piątek, 10 marca 2017

Zdobywać, czy wędrować?*

Póki żyjemy jesteśmy poszukującymi prawdy. Każda nasza aktywność, każde działanie i niedziałanie ma ukryty lub jawny cel - poszukiwanie, pragnienie poznania. Samo istnienie, bycie jest poszukiwaniem.

Świat, to nie tylko wybrane miejsca, ale każdy kawałek przestrzeni. To nie tylko turystyczne atrakcje: zabytki, cuda natury, ciekawe kultury, nieodkryte tajemnice, ale każdy kawałek przestrzeni, również pustkowia, miejsca opuszczone i odludne.

Góry to nie tylko szczyty, lecz i doliny. Świat jest całością i góry są całością.

Dlatego prawdziwy poszukujący to ktoś, kto zaspokaja głód poznania poznając całą tę przestrzeń, ktoś, kto stawia i waży kroki nie tylko ku szczytom, lecz jest uważny przy każdym stawianym kroku.

Wędrując po świecie i po różnych górach, najczęściej po Tatrach, zauważam wśród poszukujących dwie grupy ludzi: zdobywców i wędrowców.

Nie, żadna z nich nie jest lepsza, czy gorsza. Są inne. Są etapami drogi.

Zdobywcy pędzą ku szczytom, ku atrakcjom, ku odległym zakątkom – zaliczają. Zaspokajają głód emocjonalny. Potrzebują silnych wrażeń, tego by widzieli ich wyczyn inni, bo chcą się wyróżnić, albo chcą dorównać innym. Pragną sławy, zaspokojenia ambicji, zrealizowania celów i marzeń. Lub inaczej, pcha ich do zdobywania pragnienie doskonalenia siebie, poznania swoich możliwości, udowodnienia sobie (może i innym) swojej własnej wartości: siły ciała i charakteru, wytrwałości, odwagi. Oni idą ku szczytom, wspinają się, by podziwiać widok ze szczytu, by cieszyć się patrzeniem na świat z góry, by w ten sposób przeżywać chwile przyjemności i szczęścia.

Wędrowcy są inni. Dla nich liczą się nie tylko szczyty, lecz i doliny, i wszystkie pozostałe miejsca i przestrzenie. Dla wędrowca ważny jest każdy krok. Doświadczają przyjemności i szczęścia i na pustkowiu, i tam gdzie ich nie widzą inni, tam gdzie nie ma nic (wydawałoby się dla zdobywców) ciekawego. Dla nich początek drogi ku szczytom, jak i każda część ścieżki nie jest poświęceniem, stratą czasu, więc raczej nie pędzą, nie wspinają się tam, gdzie najtrudniej, tam gdzie czeka ich prestiż, pochwała, docenienie, jakakolwiek materialna lub mentalna nagroda.

Każdy z nas jest albo zdobywcą, albo wędrowcem. Rodzimy się jako potencjalni wędrowcy, stajemy się zdobywcami, jesteśmy nimi w młodości – najczęściej. Gdy zdarza nam się dojrzewać, zaglądać coraz częściej w głąb siebie, odkrywamy w sobie wędrowca.

Zdobywanie jest właśnie drogą ku odkryciu innej drogi, tego, że to wędrówka jest celem, a nie zdobycze.

Obie drogi są naszym udziałem w różnych okresach życia. Lecz nie wiek o tym decyduje. Wiek nie ma z tym nic wspólnego, to raczej intensywność poszukiwania jest tu wyznacznikiem.

Mimo, że ci drudzy wędrują wolniej, nie spiesząc się, to ich poszukiwanie jest bardziej intensywne, przez to i głębsze, bo poszukują w każdym stawianym kroku, w każdej chwili. Są w teraźniejszości.

Zdobywcy są w przyszłości, są już myślą na szczycie. Większość drogi ku szczytom to dla nich strata czasu, to niepotrzebne cierpienie. Są więc bardziej niecierpliwi, raczej biegną, częściej się potykają, upadają i giną, zdecydowanie mniej zauważają. Więcej mówią o przeszłości, o dokonaniach, o planach, o kolejnych celach, dlatego wolą chodzić i zdobywać w grupie.

Wędrowcy są cisi, ustają nawet ich wewnętrzne mowy. Ich wędrówka jest wędrówką serca, a nie nóg i głowy. Widzą i czują, bo rozumieją, czym i kim są napotkane po drodze kwiaty, kamienie, drzewa, trawy, zwierzęta i ludzie.

W wędrówce dochodzą do coraz głębszego zrozumienia siebie, a przez to i świata. U zdobywców jest odwrotnie – pragną zdobywać, by zrozumieć świat.

Dla zdobywców góry, pasje, wszelkie działania są czymś, co ich łączy z innymi ludźmi.

Dla wędrowców góry, pasje, jak i wszystko inne, są ścieżką do siebie samego, a więc do uwolnienia się od przywiązań, a poprzez to do duchowego połączenia z całością.

Łatwo jest odróżnić zdobywcę od wędrowca, nie tylko w czasie podróży po świecie, w czasie marszów po górach, na tatrzańskich ścieżkach, lecz widzę to też na forum grupy, którą prowadzę na Facebooku (Tatry – górskie wędrówki).

Jest wiele różnic. Kolejna: zdobywców denerwuje mnogość wędrujących na szlakach, a nie przeszkadza im tłok na szczycie. Wędrujących cieszą rzesze innych wędrowców, lecz na szczytach lubią być sami (i są sami, nawet, gdy na szczycie jest tłoczno. Paradoks? To tylko pozorny paradoks).
Jeszcze jednym się różnią jedni od drugich: zrobionymi fotkami. Zdobywcy pstrykają przede wszystkim fotki sobie, a reszta jest tłem. Wędrowcy fotografują ścieżki, nie siebie.

Łatwo jest odróżnić, ale łatwo jest i zauważyć, jak z każdym krokiem stawianym w górach zdobywcy odkrywają coś większego niż przyjemność zdobywania - odkrywają radość wędrowania, coś, co jest cały czas obecne w wędrowcach.

I zdobywanie, i wędrowanie, to etapy. Zdobywanie jest wcześniejsze, jest pierwszym etapem, wędrówka jest później. Zdobywanie jest etapem drogi ku wędrowaniu. Inny scenariusz jest niemożliwy.

Z natury, każdy już jest wędrowcem, lecz musi to odkryć. Zdobywanie jest więc drogą ku odkryciom. Im większymi stajemy się
zdobywcami, tym szybciej odkrywamy tego wewnętrznego wędrowca wędrującego po świecie zewnętrznym, lecz poznającego wnętrze.

I to jest jedyny i prawdziwy cel wędrówki, lecz i zdobywania. Nie ma innego celu. Wszystkie inne cele to iluzje.

Piotr Kiewra     



*Tym wpisem przedstawiam też szerzej ideę facebookowej grupy Tatry – górskie wędrówki

niedziela, 5 lutego 2017

Być dzikim, czyli wszystko na odwrót

Pewnej grudniowej niedzieli, ze trzydzieści lat temu, byłem w połowie swojego treningowego półmaratonu. Biegłem wśród lasów i jezior, by nad jednym z tych jezior, gdzieś w ustronnym miejscu, wejść do wody i zażyć zimowej kąpieli.

Zatrzymał mnie widok i hałas intensywnego pływania. Gdzieś środkiem jeziora ktoś płynął krytym kraulem. Płynął w moją stronę. Gdy już znalazł się na brzegu, podszedłem, z czystej ciekawości, bo ja swoje morsowanie ukrywałem, by nikt mnie nie osądził, jako wariata, a ten ktoś, wręcz przeciwnie, eksponował swe „szaleństwo”.

Od słowa do słowa, poznałem jedną z najbardziej inspirujących historii, jakie słyszałem.

- Parę lat wcześniej, miałem trzeci zawał. Lekarze powiedzieli, że czwartego już się nie przeżywa. Po tylu operacjach, na kręgosłup, i na serce, i jeszcze licho wie, na co, po tylu wagonach leków, tylu wizytach u lekarzy i w szpitalach, okazało się, że jestem nieuleczalnie chory. Wyznaczyli mi datę śmierci, a jako alternatywę dali drugi worek leków. Drugi, bo wcześniej przepisali już jeden i grzecznie się trzymałem ich wskazówek, ich wyroków, strachu, który we mnie zasiewali. Owszem rzuciłem palenie, ale poza tym, nie dali mi nic odnośnie mojego stylu życia. Może coś o jedzeniu, ale nie bardzo rozumiałem, o co im chodzi, może coś o stresie, ale nie bardzo wiedziałem, co mam z nim zrobić. Więc, w sumie, poza tym drugim workiem leków, nic się nie zmieniło, a ja czułem, że coś jest nie tak.

Poczułem się zagoniony w kozi róg przez śmierć. Poznałem już jej chłód na karku, bałem się, bo chodziła za mną krok w krok i w każdej chwili mogła mnie dopaść. Tak mnie ten jej uścisk złapał, że aż ciężko mi było oddychać.
Byłem w matni. Nie mogłem się podnieść, nic mi się nie chciało robić, szukać żadnej pomocy, o nic pytać. Jedyne, co czułem, to to, że jestem skończony.

Kołatały mi po głowie słowa lekarzy, owa „nieuleczalność”. Wtedy zapytałem sam siebie, skoro mój przypadek jest nieuleczalny, bo mam cukrzycę, rozjechany kręgosłup, inne stawy, nadal zapchane cholesterolem serce - miażdżycę i jeszcze parę innych nieuleczalnych rzeczy, to, po co mi ten drugi worek leków?
Wyrzuciłem go na śmietnik, siadłem na rower i pojechałem umierać do lasu. Bo tu gdzie byłem, dla mnie był już cmentarz, a tam był spokój, który znałem z chłopięcych lat. I tam nikt nie mógł widzieć mojej beznadziejnie smutnej twarzy i wyrażających przegraną, oczu.

Tam, ze skraju lasu, na małej polance obserwowałem sarnę, jak sobie skubie trawkę. Byłem w szoku, nie było przy niej … tłumu lekarzy, nie ciągnęła za sobą worka leków.W jej ruchach, w jej zgrabnej, dzikiej sylwetce kipiało zdrowie, pełnia życia, a mnie goniła śmierć.

Jednak im dłużej na nią patrzyłem, tym jaśniej coś zacząłem widzieć. Gdy dołączyły do niej jeszcze jej koleżanki, zrozumiałem: lekarze w ogóle nie zajmowali się mną, oni niańczyli jedynie moje choroby.
Sarny żyją sobie tu spokojnie bez stresu, w letniej gorączce i lutowym zimnie, żrą sobie trawkę i korę, nikt im nie doradza, co mają jeść, a czego nie, nikt się nie zajmuje ich chorobami. U mnie i u nas ludzi, wszystko jest na odwrót. Wtedy, w tym właśnie momencie, postanowiłem, że wszystko u mnie ma, od teraz, być na odwrót. 

Niech się stanie, co się ma stać, ale od teraz moimi terapeutkami mają być sarny. Nie mam nic do stracenia, śmierć i tak już mnie trzyma, więc teraz, przynajmniej na chwilkę, stanę się dziki.

Jechałem z powrotem do domu, już po zachodzie słońca, pełen śmiechu. Aż rżałem ze śmiechu, ledwo mogłem utrzymać kierownicę. Po prostu stałem się dziki, co oznaczało, że teraz wszystko będzie na odwrót.

Następnego ranka, po nieprzespanej nocy, w czasie, której planowałem swoją dzikość, oddałem na złom swój samochód.To był pierwszy krok.
Od tej pory wszystkie następne były na pieszo i rowerem. Nawet, jeśli miałem przemieścić się gdzieś o 100 km, to siadałem na rower.

Nie jadłem przez tydzień, chodziłem, pedałowałem i zastanawiałem, jak mogę się stać jeszcze bardziej dziki. Pojechałem, więc znowu na polankę i tam obserwowałem sarny i w jakiejś kałuży ptaki, jak się kąpały w świeżej burzówce.

Od tej pory jadłem tylko owoce i warzywa, orzechy i surowe jajka. Nic nie smażyłem i nie gotowałem. Od czasu do czasu, raz na parę dni, urządzałem sobie głodówkę. I codziennie jechałem 30 km w jedną stronę, nad jezioro, by sobie popływać.

Przestałem odwiedzać lekarzy, badać swoje serce, poziom cholesterolu i cukru.

Tak mijały miesiące. Nie powstrzymała mnie zima, deszcze, wiatry – jak dzikość, to dzikość.

Czułem się coraz lepiej, schudłem ze 30 kg, moja kondycja stała się taka jak nigdy wcześniej. A śmiałem się cały czas, gdzieś wewnątrz mnie cały czas był śmiech. Jak jadę rowerem, albo, tak jak teraz, płynę w grudniu przez środek jeziora, cały czas jest we mnie śmiech, taka nieokiełznana radość. Czuję, że to moje ciało okazuje mi, jak się cieszy tą dzikością, a umysł mu wtóruje, bo wreszcie nie ma w nim napięcia.

Pewnego dnia, po kilku latach, by się jeszcze bardziej uśmiać, poszedłem do lekarzy, by się przebadać, by zobaczyć, czym objawia się dzikość. Lekarze byli w szoku – biologicznie byłem kilkunastoletnim chłopcem. Gdy się zapytali, jaką kurację leczniczą podjąłem z tak wspaniałym skutkiem, przyznałem się, że mam nowego lekarza i że mieszka w lesie. Obrazili się śmiertelnie, ale „pal ich sześć”, jestem dziki, więc mogę sobie pozwolić na dzikość również w słowach.

I tak to jest do dzisiaj. Pływam, jeżdżę rowerem, maszeruję, jem jak dzikus. Robię wszystko na odwrót.To wszystko.

Na koniec, powiedziałem mu, że też jestem tak dziki jak on, że też robię wszystko na odwrót i też mnie to cieszy.

Od tej rozmowy minęło już ponad trzydzieści lat. Od czasu do czasu widuję go na rowerze. Ma już dobrze po osiemdziesiątce i nadal jest dziki. Pewnie nadal lekarze są na niego obrażeni, ale on się ciągle śmieje: i z siebie, i z nich.
Fajnie jest być dzikim.


Piotr Kiewra      

czwartek, 2 lutego 2017

Lustra, czyli rzecz o wirtualnych wędrówkach hejterów

Witam Was górscy wędrowcy!

Założyłem tę grupę nie po to by mówić, używać słów w nadmiarze, lecz by dzielić się pewną życiową energią, której przy okazji górskich wędrówek doświadczam, oraz by dać taką okazję tym wszystkich, którzy mają tak samo. Tatry „to” wyzwalają.

Rzadko się wypowiadam, rzadko komentuję wpisy, bo jestem zdania, iż słowa w obliczu tego, czym są góry, czym są Tatry i nasza przez nie wędrówka, są niczym. 

Słowa niewiele znaczą, nawet wtedy, gdy pragniemy opisać swoje uczucia, odczucia, emocje związane z wędrówką po górach, bo nie da się przy pomocy słów oddać tych uczuć, tych energii, które w nas wibrują, tych emocji, których tu doświadczamy. Nie da się, bo słowa są domeną głowy a uczucia domeną serca i ducha, a to są tak odmienne źródła, to są miejsca, które nie mają żadnego łączącego je punktu.

Owszem, używam słów, gdy o górach piszę, gdy o nich rozmawiam, gdy nagrywam filmiki ze swoich górskich wędrówek, ale przekonałem się, iż nie jestem w stanie nigdy przy pomocy słów oddać tego, co czuję, czego doświadczam. Doświadczanie gór jest zawsze tylko moje i w żaden sposób nie jestem w stanie tego przekazać, czy słowem, czy obrazem, czy filmem. Doświadczanie gór jest czymś wewnętrznym, jest energią, nie rzeczą.

Lecz teraz zabieram głos, by wypowiedzieć się na temat słów, a szczególnie tych, którymi w nadmiarze na tym forum popisują się hejterzy, krytykanci, ludzie z wyolbrzymionym ego i niedostatkami poczucia własnej wartości.

Niestety, pod pozorem antyhejterstwa, tym samym emocjom ulegają też Ci, którzy z hejtem chcą walczyć. Niestety, w tym przypadku również, potwierdza się prawda, iż walcząc stajemy się tacy, jak Ci, z którymi walczymy.

Używamy słów - mówię to też o sobie, bo jestem świadom swoich słabości … a więc używamy słów z jednego powodu, bo istnieje drugi człowiek. Nie używamy słów – w dużej części – by się komunikować, lecz by zainteresować innych sobą, by zwrócić na siebie uwagę, by pokazać się światu, by zaznaczyć swoją obecność, by nas dostrzeżono, by nakarmić swoje ego, potrzebę bycia zauważonym, docenionym. Język służy komunikacji tylko w kilku procentach, reszta to gra ego. Nic więcej. Słowa, to w zasadzie, element pewnej biologicznej gry stworzonej przez człowieka, przez społeczeństwo, na potrzeby społeczeństwa. Gdyby społeczeństwo nie istniało, w zasadzie słowa byłyby niepotrzebne, gdyby nie istniał drugi człowiek, słowa w ogóle nie miałyby racji bytu.

Człowiek, gdy jest w duchowej bliskości z innym człowiekiem, z górami, słońcem, ptakami, gwiazdami na niebie, nie potrzebuje słów. Prawdziwe zrozumienie odbywa się na poziomie nie głowy i słów, lecz na znacznie głębszym, duchowym poziomie, bo duchowość to nic innego jak poznanie siebie samego. Poprzez słowa siebie nie poznamy, nie jest to możliwe, to nie ten poziom zrozumienia.

Ale nie o tym miało być, tylko o hejterach. A więc …

Zgodnie z doświadczeniami mistyków, drugi człowiek jest dla nas lustrem. W innym człowieku widzimy siebie. Patrząc na niego widzimy siebie, jak w lustrze. Zgodnie z tym, jeśli dostrzegamy coś w innym człowieku, w innych ludziach, widzimy to, co jest w nas. Jeśli dostrzegamy w nim dobre rzeczy, to dlatego, iż one są w nas, jeśli czepiamy się złych cech, to znak, że sami je posiadamy. Jeśli uważamy, że komuś czegoś brakuje, to dowód, że tego nam właśnie brakuje, itd.

Dlaczego więc hejterzy hejtują? Bo nieświadomie zwracają uwagę na własne braki, własne niedoskonałości, zauważają własne słabości. Widząc kogoś spacerującego po górach w dżinsach ubierają spodnie, do których się nikt nie przyczepi, nie skrytykuje. 

Dlaczego? Bo boją się zdania innych na ten temat, bo boją się krytyki, bo boją się, że ktoś ich nie doceni, nie podtrzyma ich dobrej opinii o sobie samym. Ubierają się w najlepsze ciuchy, wyposażają w najdroższy sprzęt z jednego powodu, by podnieść swoją bardzo niską samoocenę. Ktoś z wysokim poczuciem własnej wartości nie zwróci na to uwagi. Jeśli będzie mu wygodnie, wejdzie na Rysy na boso, lub w sandałach. Nie przejmie się krytyką i zdaniem innych, bo dla niego drugi człowiek nie jest wyrocznią, nie jest lustrem, bo ten człowiek już dojrzał. On siebie kocha i nie jest mu inny człowiek potrzebny do tego by spełniał oczekiwania i jakiekolwiek jego pragnienia.

Hejtują, by dodać sobie wartości, bo mają niską samoocenę. Źle oceniają innych, bo sami siebie źle oceniają i porównując, wywyższając siebie, ich ego zaspakaja głód bycia ważnym. Krytykując innych, poniżając, będąc wobec nich na NIE, dodają sobie ważności, wywyższają się.

Dlatego mówię do nich:

WYPISZCIE SIĘ Z TEJ GRUPY. UDAJCIE SIĘ NA WĘDRÓWKĘ W INNE REJONY ŚWIATA, WYBIERZCIE SOBIE INNĄ ŚCIEŻKĘ, ALBO …

Odkryjcie siebie i zobaczcie wreszcie, dlaczego to robicie? Jaki jest powód tego, iż dokuczacie innym, poniżacie, oceniacie? Zdejmijcie maskę i zobaczcie, co się pod nią kryje.

Po to istnieje drugi człowiek, byście doświadczyli, kim jesteście, a nie by go zmieniać i dopasowywać do Waszych oczekiwań.

Zapamiętaj!

Oceniając kogoś, oceniasz siebie.
Poniżając kogoś, poniżasz siebie.
Widząc czyjąś słabość, widzisz swoją własną.
Nie graj więc przed samym sobą i bądź wreszcie sobą.

Wędruj po Tatrach obserwując i góry, i innych wędrujących, by obserwować siebie, by siebie poznawać. Zrozum to, a wtedy odkryjesz prawdziwe piękno gór, Tatr, innych ludzi i siebie.

Gdy to swoje piękno odkryjesz, a jest ono pod maską hejtera, już nigdy nie będziesz hejterem.

Czym jest hejt?
 Powiem tak: Szczerość jest potrzebna, gdy pojawiła się prośba wyrażenia opinii, zdania. Gdy jej nie ma, a jest ochota na mielenie ozorem, to wtedy należy iść ... pograć w golfa zamiast się wymądrzać. Jest to odmiana znanej od tysięcy lat mądrej rady, iż milczenie jest złotem.
Wszystko co tę zasadę łamie jest hejtem, a hejterami są nieproszeni goście pełni słów i opinii, nikomu do niczego niepotrzebnych, łącznie z nimi samymi. 

To tyle.

I jeszcze jedno: grupa stała się tak duża, za duża o tych, którzy są tu dla innych powodów niż te które określiłem w zasadach zawartych w przypiętym poście. Dlatego proszę wszystkich, którzy nie są tu z tych właśnie powodów, czyli dla Tatr i naszego z nimi obcowania, zrezygnujcie. Poszukajcie sobie innych grup, lub jeszcze lepiej załóżcie swoją i tam znęcajcie się nad innymi i sobą.

Życzę miłych i pomocnych w spełnianiu się, owocnych w dojrzewaniu wędrówek. Pozdrawiam

Piotr Kiewra






P.s. Z drugiej strony patrząc, od strony tych krytykowanych i hejtowanych, Wasza dojrzałość też wzrasta, gdy stajecie się odporni na hejt, gdy kochacie siebie i góry na tyle mocno, że widzicie i słyszycie, co robią inni, a jednak czujecie się z tym dobrze. Akceptujecie innych takimi jacy są. To jest ich, hejterów problem, nie Wasz.

Tatry akceptują wszystkich tak samo. I tych, co przyszli je podziwiać, i tych co wędrują, by hejtować, bez wyróżniania. I pod tym względem, natura jest od nas ludzi, mądrzejsza.

Panią, która wstawiła post o hejterach chciałbym prosić o kontakt w sprawie współpracy w moderowaniu działań grupy. 

   

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Czym jest starość?

Kiedyś na pewnym wzgórzu w złotej jesieni, na ławeczce z pięknym widokiem na jezioro odbyłem rozmowę ze starszym człowiekiem, tak z wyglądu pod siedemdziesiątkę. Przypatrywał się tańczącym liściom, połyskującym słońcem falom.

W mojej wędrówce wokół jeziora zatrzymały mnie przy nim jego oczy. Odbijały słoneczne blaski. Nie pochłaniały ich, tak jak to u innych starych ludzi - nie brały dla siebie, lecz oddawały je z powrotem światu. Poczułem natychmiast, iż jest to ktoś wyjątkowy.

Przysiadłem się i tak od słowa do słowa poznałem, czym jest starość.

Oto, co mi powiedział:
- Kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, obserwowałem swoich dziadków i babcie, przyglądałem się innym starym ludziom. Gdy zaglądałem w ich oczy, widziałem dusze. Nie znajdowałem tam uśmiechu, ciekawości, miłości, radości bycia w drodze, radości życia.

Spodziewałem się zastać dojrzałość, a zamiast niej znajdowałem potoki słów o przeszłości, o ich kiedysiejszej wielkości, pięknych, znaczących wydarzeniach, o pięknie dawnych czasów. Zamiast radości z poznania prawdy, zamiast ciszy - oznaki mądrości, znajdowałem w nich wiedzę o innych ludziach, o świecie, lecz była ona zmurszała, stara, jak oni i bezwartościowa. Byli dużymi dziećmi, tylko zamiast zabawek bawiły ich słowa, czasem też wnuki. Dlatego poszukiwali słuchaczy, czepiali się ich jak ofiar i opowiadali im stare historie. Jedyne co znajdowali w teraźniejszości to swoje i cudze choroby.  Narzekali więc na to, co teraz, marudzili. Bali się przyszłości, bo bali się śmierci.

Nie chciałem takiej starości. Zacząłem się zastanawiać jak będzie wyglądała moja starość. W pewnym momencie odkryłem, iż starość nie jest jakimś etapem życia po życiu, lecz nadal jest jego pełnią, procesem ciągłego dojrzewania.

Oto jestem jeszcze w wędrówce na szczyt, więc jest we mnie ciekawość i energia na trudy wspinaczki. Gdy patrzę na te umierające w tańcu liście to wiem, że to najpiękniejsze jest jeszcze przede mną.  

Obserwuję siebie i świat, i rozumiem, że starość jest albo dojrzałością, albo chorobą.

To jest mój wybór.
To jest moje przygotowanie.
Czuję się wolny.

Więc jak słyszysz, nie mam żadnej tajemnicy, niczego, czym mógłbym się pochwalić. Po prostu chodzę, siedzę i obserwuję. I to tyle.

Skończyłem rozmowę pytaniem: - Jeśli mogę … ile ma pan lat?
- W kolejną jesień będzie setka. – odpowiedział.


Piotr Kiewra

czwartek, 19 stycznia 2017

300 kg

Kiedyś w czasie jednej z moich wędrówek po Tatrach, potknąłem się. Nie w jakimś trudnym, niebezpiecznym, eksponowanym miejscu, lecz na prostej ścieżce. Filmowałem coś i po prostu: bach! Pozbierałem się szybko i ruszyłem dalej, obiecując sobie na przyszłość większą uważność. Za sobą usłyszałem kobiecy głos: 
- Gratuluję siły i sprawności! Szybko się podniosłeś. Dla wielu, to trudna sztuka – podnieść się z upadku …

Zatrzymałem się, odwróciłem w tył przypatrując się drobnej, już nie młodej, lecz młodzieńczo wyglądającej kobiecie. Powiedziałem: - A dziękuję. No tak, upadki wzmacniają. Doświadczyłaś tego? Prawda?
- Skąd wiesz? – zapytała zdziwiona.
- Widzę, czuję, że dostrzegasz u innych to, co było twoją słabością. Zgadza się? – odpowiedziałem, pytając. A ona, po chwili zastanowienia:
- Przeniknąłeś mnie. Potrafisz zajrzeć … To niesamowite! Magiczne! Aż poczułam dreszcze. Jak ty to robisz?
- Opowiesz mi o twoim upadku? – poprosiłem.

Trochę skrępowana, lecz z uśmiechem powiedziała:
- Dobrze, opowiem. Lecz proszę, ty nie upadaj, nie potykaj się! I jeszcze … powędrujmy razem! Dobrze? Ok.? 

- Ok., powędrujmy i obiecuję! – z ręką na sercu i również z uśmiechem zgodziłem się.
Ruszyliśmy. Nie zmieściliśmy się na wąskiej ścieżce, by iść obok siebie, więc poprosiła, by mogła iść za mną. Szliśmy podziwiając góry i doliny, oddychając naturą. 

Trochę to trwało, zanim zaczęła mówić. Na początku, czy to ze wzruszenia, czy to ze skrępowania przed nieznajomym człowiekiem, trochę cedziła słowa, lecz już po paru chwilach, otworzyła się i z jej ust popłynęła historia. Popłynęła jak górski potok, żwawo, z życiem, choć czasem bardziej leniwie, jakby ten strumień zbierał siły na czekające go przeszkody.

- Kiedyś, może więcej niż paręnaście lat temu, … nieważne … No więc, szłam. I na prostej drodze, zimą, na śliskim, trochę nierównym chodniku, w mojej miejscowości, przewróciłam się. I … nie mogłam się podnieść. Przede mną, obok mnie, za mną, szli koledzy, szły koleżanki, i … wszyscy się śmiali. Obok stali jacyś ludzie, dalej byli ludzie, też się śmiali. Cały świat się ze mnie śmiał.

Nikt mi nie pomógł. Może niektórzy chcieli, wahali się, ale nie pomogli. Sama nie wiem, czy chciałam, by mi ktokolwiek pomógł. Chciałam się podnieść, ale nie mogłam. Próbowałam, na różne sposoby. Czułam się upokorzona, zgnębiona, wręcz zabita tym śmiechem, tym, że wszyscy ze mnie mieli świetny ubaw.

Płakałam, byłam wściekła. Chciałam się zapaść pod ziemię, umrzeć. Było mi wszystko jedno, byle nie cierpieć, byle już to widowisko się skończyło. Odtrąciłam wszystkie ręce, krzyczałam płacząc, by już wszyscy sobie poszli. Wpadłam w furię, powiedziałam, że nie wstanę póki wszyscy nie znikną mi z oczu. Nikt już się nie śmiał, zrobiło się im mnie żal, ale ja nie pozwoliłam sobie pomóc. I czekałam. Leżałam na chodniku i czekałam, aż ostatnia osoba zniknie za zakrętem. Wtedy spróbowałam się podnieść. Chciałam ze sobą skończyć, wskoczyć gdzieś do rzeki, pod pociąg, zeskoczyć z jakiegoś dachu, ale nie byłam w stanie do takiego miejsca dojść. Wszędzie było za daleko, za wysoko, za trudno. Uzmysłowiłam sobie, iż byłam, za słaba, za mało sprawna, za ciężka, by się zabić.

Tak, byłam za ciężka. Ważyłam wtedy ponad 200 kg, grubo ponad dwieście. Im bardziej chciałam być szczupła, im bardziej pragnęłam być normalna, tym bliżej byłam 300 kg. Gdzieś we mnie, od małej dziewczynki, była we mnie obsesja trzystu kilogramów, może dlatego, że kiedyś zapytałam babcię, ile ona waży, a ona taką właśnie mi liczbę rzuciła.

Robiłam, co mogłam, jadłam mało, próbowałam ćwiczyć, ale tyłam. Nie wiem skąd się te kalorie we mnie brały. Może z oddychania, bo oddychałam jak parowóz. Jakikolwiek ruch powodował u mnie takie zmęczenie, tak mi przyspieszał oddech, że zatykało mnie to. Może słońce karmiło mnie energią. Nie wiem. Prawie nic nie jadłam, a tyłam. Pragnęłam, jak inni, biegać, jeździć rowerem, pływać, skakać, chodzić po górach, ale gdzież tam … Im większe było moje marzenie, tym większe miałam ciało.
Naprawdę, nie chciało mi się żyć.

Zawsze czułam się pusta w środku. Czegoś mi brakowało. Dzisiaj wiem, teraz wiem. Nie miałam, a chciałam mieć. Wydawałam się sobie mała, a w lustrze byłam wielka. Zabiegałam o współczucie i wydawało mi się, że je dostaję. I chyba, dlatego było mi w miarę dobrze.Ono czyniło mnie większą w środku i pozwalało zaakceptować swoją zewnętrzną wielkość. Gdy inni patrzyli na mnie i współczuli – wzmacniało mnie to.
Jednak teraz, gdy upadłam, zobaczyłam, że współczucie to fałszywa energia. Tak naprawdę, ci wszyscy moi przyjaciele, którzy mi do tej pory współczuli, teraz w grupie, śmiali się.Poczułam się tak mała jak nigdy dotąd. Poczułam, że jestem balonem, wielkim, pustym, pożałowania godnym, balonem.

W pewnym momencie, byłam już tak zmęczona tą rozpaczą, że poddałam się. Wyłączyłam się. To było tak, jakby w mojej głowie się coś przepaliło, jakby tam wyłączyli prąd. Pogasły wszystkie światła, ustały wszelkie maszyny, nastała totalna ciemność – po prostu mnie nie było.

Gdy poczułam ziemię, gdy zimno chodnika mnie dotknęło głębiej, zrozumiałam, że już niżej nie mogę upaść, że nawet nie mogę zabić ciała, że jestem tak mała, że nie potrafię. Ale poczułam, że jednak coś we mnie umarło: potrzeba bycia dostrzeżonym, potrzeba bycia wielkim, potrzeba współczucia.
Wraz z tym umarła moja obsesja 300 kg.
Poczułam, że to moje wielkie ciało wpadło do środka i wypełniło całą tę dotychczasową wewnętrzną pustkę, a nawet więcej, że się z niej przelewa. Coś zwymiotowałam na chodnik. To nie było tylko to co zjadłam,ale też te moje pragnienia i lęki.

Poczułam, że potrzebuję wstać. Byłam upokorzona i nie potrzebowałam świadków. Chciałam wstać, ale dla siebie samej, nie dla kogoś – dla siebie.Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie potrzebuję świadków swojej słabości, bo nie potrzebuję współczucia, bo ono nie ma mocy, straciło cudowną moc, której … nigdy nie miało. To ja je obdarzałam mocą i obdarzałam mocą współczujących.
Pierwszy raz zrozumiałam, że nikt nie może przysporzyć mi mocy. Wstając poczułam ją w sobie. Ten jeden, największy z możliwych upadków, bo aż na samo dno, pozwolił mi znaleźć moc w sobie. To ta moc wypełniła moją pustkę i nie musiałam jej już wypełniać współczuciem i … jedzeniem.

Zastanawiałam się, czym ta moc jest, dzisiaj wiem, że to miłość do samej siebie. Czym innym mogłaby być?
Gdy szukałam jej w świecie, tyło moje ciało, bo rosła wewnętrzna pustka, która określała jego granice.

Ten upadek nauczył mnie też jeszcze jednej, ważniejszej rzeczy: nie potrzebuję też świadków swojej mocy, że wystarcza mi sama świadomość jej istnienia.

Wtedy to poczułam i dzisiaj to wiem, że moje zdrowie, moja szczupła figura, moje piękno, jako kobiety, jako człowieka, biorą się z tej mocy. Póki szukałam jej w pomocnych dłoniach innych ludzi, czułam się wewnątrz mała, za to moje ciało było wielkie.

Gdy się podniosłam, poszłam do domu silniejsza.Tam zapadłam w sen, całą noc mi się śniła jedna scena, że wstaję, że się podnoszę z upadku. Powtarzało się to tysiące razy, jak jakieś ćwiczenie na siłowni, takie wznosy tułowia - w górę i w dół. Upadek, powstanie, upadek powstanie. I tak na okrągło.

Następnego dnia wstałam z łóżka i ukradkiem spojrzałam w lustro. Nie mogłam uwierzyć: moje ciało, owszem, nadal było duże, ale to coś w środku, było mocne i wielkie.  Pokochałam to „coś” i to „coś” pokochało mnie. Staliśmy się nierozłączną parą, aż w końcu zdałam sobie sprawę, iż to jest ta prawdziwa część mnie, a ta poprzednia „ja”, to była tylko jakaś chmura na niebie.
I tak już zostało.

Zachciało mi się jeść. Postanowiłam, pierwszy raz od lat, porzucić dietę, i stało się coś dziwnego - zaczęłam chudnąć. Z tych moich kilogramów, do dzisiaj, została może jedna piąta.

Dzisiaj chodzę po górach, biegam, skaczę z motylami, jem, co lubię i tyle, ile chcę, i kocham taką siebie. Nie ma takiego upadku, z którego nie podniosłabym się.
Jaka jest tajemnica tej przemiany? Dzisiaj wiem i czuję, że ty też to wiesz. Tak, gdy kochasz siebie, wtedy niczego nie potrzebujesz. Ja wtedy potrzebowałam miłości, więc jadłam tę miłość garściami i z powietrza, i z energii słonecznej, wyciskałam ją z wody, wysysałam z ludzi, aż ode mnie uciekali. Dzisiaj karmię nią wszystkich i wszystko, bo wiem, że ją mam. Idę tu po tych górach i dolinach, i sieję ją na lewo i prawo, i tracę kalorie, zasilam energią świat i nic mnie to nie kosztuje, a czuję się tak błogo …  -  latam.

No i to wszystko.
Przepraszam za tyle słów, ale jakoś poczułam, że ten potok musiał ze mnie wypłynąć, no i czuję, że tym nie zmęczyłam ciebie. Prawda?

- Nie, wręcz przeciwnie, też poczułem się lekki. No właśnie góry odchudzają i dodają lekkości. Tu stajemy się ptakami i motylami, tu się dzieje coś niesamowitego. Nie wiadomo, co to jest, ale się dzieje.

Skończyliśmy rozmowę. Resztę chwil z tego popołudnia ofiarowaliśmy Tatrom.


Piotr Kiewra

Chora medycyna, czyli o lekarzach sprzyjających chorobie

By sprawa była jasna od samego początku, mówiąc o lekarzach, nie mam na myśli wszystkich lekarzy. Mam na myśli tylko tych, którzy ściśle dopasowali się do systemu, tych, którzy zaniechali poszukiwań, tych, którzy nie starają się zrozumieć człowieka, jego ciała, właściwości psychiki, jego duchowej strony.

Mam na myśli tych, którzy odeszli od tysięcy lat tradycji medycyny, a przede wszystkim od natury. Mam na myśli tych, którzy zaufali wyłącznie chemii, lekom chemicznym, pieniądzom, pseudonauce, przedmiotom, aparaturze diagnostycznej, laserom, przyrządom, chirurgii.

Mam na myśli tych, którzy biorą pieniądze za leczenie, a nie za utrzymanie ludzi w zdrowiu. Tych, którzy stali się częścią sytemu, biorąc pieniadze bez względu na skuteczność swojej misji. Tych, którzy przyłączyli się do systemu swoim głosem potępienia wobec prawdziwych lekarzy głoszących prawdę i przede wszystkich, zajmujących się zdrowiem ludzi, a nie ich chorobami.

Lekarz, który zajmuje się wyłącznie chorobami, a nie utrzymaniem w zdrowiu swoich podopiecznych, nie jest prawdziwym lekarzem.

Lekarz, który nie wnika w przyczynę schorzenia, który nie poznaje pacjenta, który nie wnika w psychikę, w mentalną stronę człowieka, który nie ufa naturze, nie wierzy w naturalne mechanizmy samoozdrowieńcze, który nie leczy ludzi słowem, dietą, skierowaniem w stronę zdrowego stylu życia, nie jest prawdziwym lekarzem. Nie jest nim, gdy zajmuje się tylko objawami choroby, gdy przepisuje środki przeciwbólowe, antybiotyki. Nie jest nim, gdy ufa reklamom leków, programom szczepień, które najczęściej są eksperymentami naukowymi i niewiele mają wspólnego z medycyną. Nie jest nim, gdy nie informuje pacjenta o skutkach ubocznych leków, o prawdziwych skutkach zażywania leków. Nie jest nim, gdy wypisuje jedynie leki z apteki. Nie jest nim, gdy nie potrafi znaleźć czegoś naturalnego, tańszego, lub darmowego, jako zamiennika leku z apteki, gdy nie potrafi zmotywować swego podopiecznego do przeprogramowania sposobu myślenia, stylu życia, znaleźć sposobu na stres.

Nie jest nim, gdy wspólnie ze swoim podopiecznym nie pracuje nad wzmocnieniem i utrzymaniem naturalnej oraz adaptacyjnej odporności.

Ktoś, kto boi się systemu, koncernów farmaceutycznych, nie jest lekarzem. Jest urzędnikiem – wypisywaczem recept, marionetką, papugą powtarzającą wszystko, czego się wyuczył słuchając wykładów, czytając ksiażki o lekach, nie wychodząc ani na jotę poza ścieżkę wyznaczoną przez system.

Lekarz, który dla pieniędzy, „zaprzedaje swoją duszę diabłu”, nie jest prawdziwym lekarzem.

Lekarz, który nie szuka prawdy, który nie jest uczciwy wobec swoich podopiecznych i wobec siebie, nie jest prawdziwym lekarzem.

Lekarz, który bierze pieniądze, za podtrzymywanie ludzi w chorobie, nie jest prawdziwym lekarzem. Nie jest nim, jeśli wypisuje po raz drugi, trzeci i dziesiąty, te same leki. Nie jest nim, gdy mówi swojemu podopiecznemu, że choroba jest nieuleczalna. Nie jest nim, gdy nie potrafi znaleźć przyczyny choroby. Nie jest nim, gdy nie zna swego pacjenta, gdy nie poznał jego stylu życia, odżywiania, sposobu myślenia, gdy nie odbył z nim szczerej rozmowy.

Lekarz, który bazuje jedynie na systemie kształcenia lekarzy, opanowanym przez farmację, nie jest prawdziwym lekarzem. Nie jest nim, gdy nie szuka wiedzy w medycynie naturalnej, w klasycznej medycynie chińskiej, w ajurwedzie, w ziołolecznictwie, w psychologii, duchowości, dietetyce.

Lekarz, nie jest prawdziwym lekarzem, gdy sam jest chory, gdy jego rodzina choruje. 

Nie jest nim, gdy nie ma w nim radości, gdy nie jest przyjacielem swoich podopiecznych, gdy nie darzy ich miłością.

Lekarz, który jest częścią systemu opieki zdrowotnej, nie może być prawdziwym lekarzem, bo uczestniczy w kłamstwie i zbrodniach tego systemu.
Nie jest prawdziwym lekarzem ktoś, kto boi się odpowiedzialności i chroni się pod płaszczem systemu.

Nie jest prawdziwym lekarzem ten, kto nie buntuje się przeciwko systemowi, który wypompowuje z budżetu i z ludzi pieniądze, nie dając prawie nic w zamian, nie dając pełni zdrowia, a jedynie nadzieję na brak postępów choroby.

Nie jest prawdziwym lekarzem ktoś, kto zajmuje się swoimi chorobami a nie zdrowiem, kto nie daje przykładu swoim podopiecznym, jak dbać o zdrowie.

Nie jest prawdziwym lekarzem ktoś, kto boi się głosić prawdę.

Nie może być lekarzem ktoś, w kim nie ma współczucia. Nie może, bo lekarz, który nie jest szczery, żyje krótko, bo współczucie go zabija. Taki lekarz przejmuje choroby swoich pacjentów. Współczucie u lekarza może iść w parze jedynie ze szczerością, z prawdą, z byciem prawdziwym lekarzem.

Stąd właśnie u lekarzy taka znieczulica. Jest ona samoobroną przed współczuciem, wyrzutami sumienia z powodu zła, jakie wyrządza uczestnicząc bezkrytycznie w działaniach systemu, z bycia nieuczciwym, bycia hipokrytą, bycia chorym członkiem chorej medycyny.

Nie jest lekarzem, bo odszedł od idei głoszonej przez Hipokratesa, nie rozwija się w jej duchu.

Lekarz by stał się prawdziwym lekarzem, musi stać się przewodnikiem w samouzdrawianiu. Tak, bo tylko taki proces przemiany z choroby w zdrowie jest możliwy, bo choroba nie jest tylko czymś na poziomie ciała, jej przyczyna tkwi zawsze w umyśle, lub jest przez niego prowokowana, bo jest sygnałem ciała w stronę umysłu o przyczynie dysharmonii.

Tylko samouzdrawianie jest możliwe, a lekarz, to ktoś, kto pomoże choremu to zrozumieć i ten proces zmian przeprowadzić.

By lekarz stał się naprawdę skuteczny musi działać na wszystkich poziomach, czyli musi się stać tym, kogo tak krytykuje i zwalcza – trenerem, szamanem, psychologiem, uzdrowicielem i duchowym przewodnikiem, bo tylko ktoś, kto rozumie wszystkie sfery człowieka (cielesną, mentalną i duchową) może mu pomóc.

Lecz by lekarz takim lekarzem się stał, zmienić się musi wszystko, czyli system. Wszystko musi zostać odwrócone: trzeba pozwolić istnieć naturze, a zdrowie jest jej częścią w naturze człowieka, wtedy choroba sama odejdzie.

Lekarza powinno się opłacać za utrzymanie zdrowia, a nie za zajmowanie się chorobą – od tego trzeba zacząć. Wtedy będzie miał motywację do pracy nad sobą, by zrozumieć człowieka, jego konstrukcję, pochodzenie chorób, ale przede wszystkim źródło zdrowia i sposoby na jego utrzymanie.

Im większe będzie to zrozumienie, tym więcej tego zrozumienia spłynie na jego podopiecznych, tym więcej będzie profilaktyki, a tym mniej zajmowania się chorobami. 

W skrajnym przypadku cały koszt dla przeciętnego człowieka ponoszony wspólnie z innymi podopiecznymi będzie płacą dla lekarza, a nie kosztem utrzymania systemu, ze szpitalami, drogą aparaturą, reklamami leków, oraz tysiącami „szczurów”, korzystających, czytaj trwoniących góry pieniędzy, przy okazji działania tego mechanizmu będącego połączeniem polityki, biznesu i innych wielu niepotrzebnych śmieci.

Lekarz świadomy tego, iż to zdrowie jest naturą człowieka, zaszczepi tę świadomość podopiecznym. W takim przypadku wystarczy, iż podsunie kilka narzędzi by tę świadomość podtrzymać, kilka narzędzi służących działaniom ludzi w codziennym życiu, a średnia szczęścia, radości podniesie się, bo to właśnie poczucie szczęścia, wypływająca z niego radość podtrzymują zdrowie.

Prawdziwy lekarz musi to zrobić, by osiągnąć spełnienie jako lekarz, a nie trybik w maszynie podtrzymującej choroby.

Prawdziwy lekarz różni się od członka systemu tym, jak patrzy na swojego podopiecznego. Patrzy inaczej, głębiej, współczująco, z uśmiechem, radością, ze świadomością bycia lekarzem-człowiekiem. Patrzy jak na przyjaciela, jak na człowieka, a nie jak na ofiarę, jak na źródło pieniądza, z obojętnością, pogardą, nienawiścią, brakiem szacunku, kogoś, kogo można bezkarnie wykorzystać.

I to byłoby na tyle.


Piotr Kiewra

środa, 11 stycznia 2017

Pokonać raka. Dżungla

Z cyklu: Niesamowite historie 

Gdy rozmawiam z przyjaciółmi, często stwierdzam, iż w życiu jest wiele magii. Jest na każdym kroku, lecz trzeba się ją nauczyć dostrzegać. I ... Nawet sceptycy, po jakimś czasie zauważają, że tak jest w istocie.
Magia to coś, co się przytrafia wrażliwym, tym, którzy patrzą w głąb, tym, którzy żyją pełnią i żyją uważnie, czyli zauważają związek między własnymi myślami, a zdarzeniami w życiu. Przytrafia się dzięki otwartości na wszystko, co niesie życie i akceptacji tego wszystkiego, bez względu na to, jak to wygląda w tej chwili.

Magia uczy akceptacji, współczucia, wdzięczności, bezinteresowności. Uczy bycia nieoceniającym, uczy bycia.
Uczy też bycia zdrowym. Oto, co usłyszałem kiedyś właśnie o zdrowiu. To czysty przypadek, to czysta Magia.

W samolocie, tuż obok mnie zajął miejsce szczupły, pełen energii, uśmiechnięty mężczyzna. Jego uśmiech nie był do niego przyklejony, nie był maską na twarzy, pochodził, gdzieś ze środka. To się czuło. I był rozmowny. Rozmowa z nim, była ową magią.

Ledwie zajęliśmy swoje miejsca, w oczekiwaniu na start, przywitaliśmy się. Zapytał mnie o cel lotu. Odpowiedziałem, i z kolei ja zapytałem o jego cel. Z uśmiechem wyznał, że leci wprost do dżungli. Powiedział też coś o magii. Gdy zapytałem go o to, jak ją odkrywa, opowiedział mi swoją historię.

- "Jestem biznesmenem. Całe życie zarabiałem pieniądze. Były one dla mnie ważniejsze niż ludzie, niż ja sam i moje zdrowie. To się zmieniło. Zdecydował o tym przypadek, owa magia. Otóż kiedyś leciałem, tak jak dziś, samolotem. Z tym, że wtedy leciałem w celach biznesowych. Usiadł przy mnie jakiś dziwny człowiek i po jakichś tam kilku godzinach lotu, po tym, jak mi się dobrze przyjrzał, powiedział jedno zdanie: - "Potrzebujesz przez rok zamieszkać w dżungli."

Nic więcej nie powiedział. Od tej pory był cicho. A i ja się nie odzywałem. Pomyślałem, iż jest jakiś pomylony. Zupełnie był dla mnie obojętny, a o jego słowach prawie zapomniałem.

Pół roku później, zachorowałem. Lekarze stwierdzili raka. Byłem załamany. Najpierw postanowiłem się leczyć. Zacząłem wydawać na to fortunę, lecz to leczenie mnie uśmiercało, czułem, iż jestem coraz słabszy i,  że nie ma już dla mnie ratunku. 

Usiadłem kiedyś w domu, w ciszy, wyciągnąłem plik banknotów i zacząłem się im przyglądać. Patrząc na nie wspomniałem całe moje życie, to ile było warte, i to ile ja jestem wart. Doszedłem do wniosku, że moja wartość to moje pieniądze, a ja jestem zerem - maszyną do ich zarabiania, nikim więcej.

Później zacząłem się zastanawiać, co mógłbym za nie kupić, skoro nie mogę kupić zdrowia, dłuższego życia, to może kupię sobie, choć kilka chwil ciszy, ucieczki od tego, co do tej pory, czegoś zupełnie innego.

Wtedy, nagle gdzieś w środku mnie, usłyszałem ponownie te dziwne słowa, dziwnego człowieka z samolotu: „Potrzebujesz przez rok zamieszkać w dżungli.”

Gdy tylko ta myśl mną zawładnęła, dosłownie pół godziny później, spotkałem człowieka – przyrodnika, który szykował wyjazd do jakiejś głuszy i szukał funduszy na tę misję. Bez zastanowienia powiedziałem, że dam ile potrzeba, pod jednym warunkiem, iż zabierze mnie. No, i …
Rzuciłem wszystko i ruszyłem, by ostatnie chwile życia spędzić w dżungli, wśród dzikusów.

Wyruszałem zatruty: strachem przed śmiercią, z zatrutym lekami i odżywianiem ciałem, z głową zatrutą wiedzą, pieniędzmi, chorymi ambicjami. Miałem wielką nadwagę na ciele, pełno śmieci w głowie i zupełnie niewidoczną duszę.

Gdy znalazłem się na miejscu zacząłem rzygać. Dosłownie. W pierwszych dniach, cokolwiek nie zjadłem, rzygałem. O czymkolwiek nie pomyślałem, rzygałem. Gdy stawiałem jakikolwiek krok, rzygałem. Ale czułem się coraz lżejszy. Bałem się, że tak będzie każdego dnia, do końca, że tak wygląda umieranie.

Ale wraz z lekkością przyszły do mnie jakieś wewnętrzne wibracje. Z każdą wyrzyganą monetą, każdym biznesowym słowem, z każdym wyrzyganym marzeniem i celem, z każdym cywilizacyjnym – materialnym pragnieniem, byłem coraz bardziej wolny. 

Czułem się lepiej bez ubrań i wszelkich innych "zdobyczy".

Najpierw głodowałem, przez kilka tygodni. Później zaczęły mi smakować owoce, to, co dzicy jedli w dżungli. A oni niczego nie gotowali, nie smażyli, po prostu coś spadło z drzewa, coś wykopali, zerwali z krzewu i jedliśmy. Też stałem się dziki.

Poczułem tę dzikość. To była niesamowita energia. Stałem się jak młody chłopak, skakałem, wspinałem się po drzewach, pływałem w rzece, chodziłem na boso, po skałach, po sawannie, wśród dzikich zwierząt.

Poczułem, że jestem w raju. Zauważyłem, że tym jest raj, tym wszystkim, co pozostaje, gdy się wyrzyga cywilizację, materię, obiadki na talerzach, przebiegle uśmiechniętych kucharzy, partnerów biznesowych i klientów, politykę, umowy, związki, zasady, teorie, słowa i myśli.

Pod sam koniec, nie mogłem uwierzyć tylko w jedną rzecz, iż to już się kończy. Minął rok, choć trwał wieczność. Zapomniałem, naprawdę zapomniałem o świecie, o sobie. Zapomniałem nazwiska i imienia, o sprzedawaniu i kupowaniu, o bólu. Zapomniałem o chorobie.

Czekałem na śmierć, a przyszło życie. To jest właśnie Magia. Wielka Magia.

Wraz z chorobą, którą byłem ja, mój umysł, cała to stworzona myślą cywilizacja, pozbyłem się myślenia o przeszłości i przyszłości.

Uświadomiłem sobie, że raj to nic innego jak teraźniejszość, wolność od wszystkiego i do wszystkiego, przede wszystkim wolność od przywiązania do życia. I wtedy zdarza się życie. Zdarza się zdrowie.

Wróciłem do cywilizacji, ale tylko na powierzchni. Wróciłem, by pomóc innym, odnaleźć to, co ja odnalazłem: duszę, siebie, wolność.

Bywam nadal biznesmenem, do dżungli wracam, tak często jak tylko się da. Ale bardziej jestem aniołem. Dzisiaj biznes jest dla mnie okazją do powtarzania innym tego, co kiedyś mi powiedział w samolocie ten dziwny człowiek. Teraz sobie uświadamiam, iż był to anioł, ktoś taki jak ja.

Oto moja historia. Oto magia. Od tej pory się śmieję i żyję magią."


Wysłuchałem tej opowieści. I dzielę się z tobą, bo jest magiczna. I wiem, że jej potrzebujesz. Potrzebujesz oczyszczenia się, potrzebujesz dżungli. Mówię ci to, jako ktoś, kto od małego dziecka jest dziki, bo często bywa w dżungli, a właściwie ciągle w niej jest.


Piotr Kiewra