Kiedyś w czasie jednej z moich wędrówek po Tatrach, potknąłem
się. Nie w jakimś trudnym, niebezpiecznym, eksponowanym miejscu, lecz na
prostej ścieżce. Filmowałem coś i po prostu: bach! Pozbierałem się szybko i
ruszyłem dalej, obiecując sobie na przyszłość większą uważność. Za sobą
usłyszałem kobiecy głos:
- Gratuluję siły i sprawności! Szybko się podniosłeś.
Dla wielu, to trudna sztuka – podnieść się z upadku …
Zatrzymałem się, odwróciłem w tył przypatrując się
drobnej, już nie młodej, lecz młodzieńczo wyglądającej kobiecie. Powiedziałem:
- A dziękuję. No tak, upadki wzmacniają. Doświadczyłaś tego? Prawda?
- Skąd wiesz? – zapytała zdziwiona.
- Widzę, czuję, że dostrzegasz u innych to, co było twoją
słabością. Zgadza się? – odpowiedziałem, pytając. A ona, po chwili
zastanowienia:
- Przeniknąłeś mnie. Potrafisz zajrzeć … To niesamowite! Magiczne!
Aż poczułam dreszcze. Jak ty to robisz?
- Opowiesz mi o twoim upadku? – poprosiłem.
Trochę skrępowana, lecz z uśmiechem powiedziała:
- Dobrze, opowiem. Lecz proszę, ty nie upadaj, nie potykaj
się! I jeszcze … powędrujmy razem! Dobrze? Ok.?
- Ok., powędrujmy i obiecuję! – z ręką na sercu i również z
uśmiechem zgodziłem się.
Ruszyliśmy. Nie zmieściliśmy się na wąskiej ścieżce, by iść
obok siebie, więc poprosiła, by mogła iść za mną. Szliśmy podziwiając góry i
doliny, oddychając naturą.
Trochę to trwało, zanim zaczęła mówić. Na początku,
czy to ze wzruszenia, czy to ze skrępowania przed nieznajomym człowiekiem,
trochę cedziła słowa, lecz już po paru chwilach, otworzyła się i z jej ust
popłynęła historia. Popłynęła jak górski potok, żwawo, z życiem, choć czasem
bardziej leniwie, jakby ten strumień zbierał siły na czekające go przeszkody.
- Kiedyś, może więcej
niż paręnaście lat temu, … nieważne … No więc, szłam. I na prostej drodze, zimą,
na śliskim, trochę nierównym chodniku, w mojej miejscowości, przewróciłam się. I
… nie mogłam się podnieść. Przede mną, obok mnie, za mną, szli koledzy, szły
koleżanki, i … wszyscy się śmiali. Obok stali jacyś ludzie, dalej byli ludzie,
też się śmiali. Cały świat się ze mnie śmiał.
Nikt mi nie
pomógł. Może niektórzy chcieli, wahali się, ale nie pomogli. Sama nie wiem, czy
chciałam, by mi ktokolwiek pomógł. Chciałam się podnieść, ale nie mogłam.
Próbowałam, na różne sposoby. Czułam się upokorzona, zgnębiona, wręcz zabita
tym śmiechem, tym, że wszyscy ze mnie mieli świetny ubaw.
Płakałam,
byłam wściekła. Chciałam się zapaść pod ziemię, umrzeć. Było mi wszystko jedno,
byle nie cierpieć, byle już to widowisko się skończyło. Odtrąciłam wszystkie
ręce, krzyczałam płacząc, by już wszyscy sobie poszli. Wpadłam w furię,
powiedziałam, że nie wstanę póki wszyscy nie znikną mi z oczu. Nikt już się nie
śmiał, zrobiło się im mnie żal, ale ja nie pozwoliłam sobie pomóc. I czekałam.
Leżałam na chodniku i czekałam, aż ostatnia osoba zniknie za zakrętem. Wtedy
spróbowałam się podnieść. Chciałam ze sobą skończyć, wskoczyć gdzieś do rzeki,
pod pociąg, zeskoczyć z jakiegoś dachu, ale nie byłam w stanie do takiego
miejsca dojść. Wszędzie było za daleko, za wysoko, za trudno. Uzmysłowiłam
sobie, iż byłam, za słaba, za mało sprawna, za ciężka, by się zabić.
Tak, byłam
za ciężka. Ważyłam wtedy ponad 200 kg, grubo ponad dwieście. Im bardziej
chciałam być szczupła, im bardziej pragnęłam być normalna, tym bliżej byłam 300
kg. Gdzieś we mnie, od małej dziewczynki, była we mnie obsesja trzystu kilogramów,
może dlatego, że kiedyś zapytałam babcię, ile ona waży, a ona taką właśnie mi
liczbę rzuciła.
Robiłam, co
mogłam, jadłam mało, próbowałam ćwiczyć, ale tyłam. Nie wiem skąd się te
kalorie we mnie brały. Może z oddychania, bo oddychałam jak parowóz.
Jakikolwiek ruch powodował u mnie takie zmęczenie, tak mi przyspieszał oddech,
że zatykało mnie to. Może słońce karmiło mnie energią. Nie wiem. Prawie nic nie
jadłam, a tyłam. Pragnęłam, jak inni, biegać, jeździć rowerem, pływać, skakać,
chodzić po górach, ale gdzież tam … Im większe było moje marzenie, tym większe
miałam ciało.
Naprawdę,
nie chciało mi się żyć.
Zawsze
czułam się pusta w środku. Czegoś mi brakowało. Dzisiaj wiem, teraz wiem. Nie
miałam, a chciałam mieć. Wydawałam się sobie mała, a w lustrze byłam wielka.
Zabiegałam o współczucie i wydawało mi się, że je dostaję. I chyba, dlatego
było mi w miarę dobrze.Ono czyniło mnie większą w środku i pozwalało
zaakceptować swoją zewnętrzną wielkość. Gdy inni patrzyli na mnie i współczuli –
wzmacniało mnie to.
Jednak
teraz, gdy upadłam, zobaczyłam, że współczucie to fałszywa energia. Tak
naprawdę, ci wszyscy moi przyjaciele, którzy mi do tej pory współczuli, teraz w
grupie, śmiali się.Poczułam się tak mała jak nigdy dotąd. Poczułam, że jestem
balonem, wielkim, pustym, pożałowania godnym, balonem.
W pewnym
momencie, byłam już tak zmęczona tą rozpaczą, że poddałam się. Wyłączyłam się.
To było tak, jakby w mojej głowie się coś przepaliło, jakby tam wyłączyli prąd.
Pogasły wszystkie światła, ustały wszelkie maszyny, nastała totalna ciemność –
po prostu mnie nie było.
Gdy
poczułam ziemię, gdy zimno chodnika mnie dotknęło głębiej, zrozumiałam, że już niżej
nie mogę upaść, że nawet nie mogę zabić ciała, że jestem tak mała, że nie
potrafię. Ale poczułam, że jednak coś we mnie umarło: potrzeba bycia
dostrzeżonym, potrzeba bycia wielkim, potrzeba współczucia.
Wraz z tym
umarła moja obsesja 300 kg.
Poczułam,
że to moje wielkie ciało wpadło do środka i wypełniło całą tę dotychczasową
wewnętrzną pustkę, a nawet więcej, że się z niej przelewa. Coś zwymiotowałam na
chodnik. To nie było tylko to co zjadłam,ale też te moje pragnienia i lęki.
Poczułam,
że potrzebuję wstać. Byłam upokorzona i nie potrzebowałam świadków. Chciałam
wstać, ale dla siebie samej, nie dla kogoś – dla siebie.Wtedy zdałam sobie
sprawę, że nie potrzebuję świadków swojej słabości, bo nie potrzebuję
współczucia, bo ono nie ma mocy, straciło cudowną moc, której … nigdy nie miało.
To ja je obdarzałam mocą i obdarzałam mocą współczujących.
Pierwszy
raz zrozumiałam, że nikt nie może przysporzyć mi mocy. Wstając poczułam ją w
sobie. Ten jeden, największy z możliwych upadków, bo aż na samo dno, pozwolił
mi znaleźć moc w sobie. To ta moc wypełniła moją pustkę i nie musiałam jej już
wypełniać współczuciem i … jedzeniem.
Zastanawiałam
się, czym ta moc jest, dzisiaj wiem, że to miłość do samej siebie. Czym innym
mogłaby być?
Gdy
szukałam jej w świecie, tyło moje ciało, bo rosła wewnętrzna pustka, która
określała jego granice.
Ten upadek
nauczył mnie też jeszcze jednej, ważniejszej rzeczy: nie potrzebuję też
świadków swojej mocy, że wystarcza mi sama świadomość jej istnienia.
Wtedy to
poczułam i dzisiaj to wiem, że moje zdrowie, moja szczupła figura, moje piękno,
jako kobiety, jako człowieka, biorą się z tej mocy. Póki szukałam jej w
pomocnych dłoniach innych ludzi, czułam się wewnątrz mała, za to moje ciało
było wielkie.
Gdy się
podniosłam, poszłam do domu silniejsza.Tam zapadłam w sen, całą noc mi się
śniła jedna scena, że wstaję, że się podnoszę z upadku. Powtarzało się to
tysiące razy, jak jakieś ćwiczenie na siłowni, takie wznosy tułowia - w górę i
w dół. Upadek, powstanie, upadek powstanie. I tak na okrągło.
Następnego
dnia wstałam z łóżka i ukradkiem spojrzałam w lustro. Nie mogłam uwierzyć: moje
ciało, owszem, nadal było duże, ale to coś w środku, było mocne i wielkie. Pokochałam to „coś” i to „coś”
pokochało mnie. Staliśmy się nierozłączną parą, aż w końcu zdałam sobie sprawę,
iż to jest ta prawdziwa część mnie, a ta poprzednia „ja”, to była tylko jakaś
chmura na niebie.
I tak już
zostało.
Zachciało
mi się jeść. Postanowiłam, pierwszy raz od lat, porzucić dietę, i stało się coś
dziwnego - zaczęłam chudnąć. Z tych moich kilogramów, do dzisiaj, została może
jedna piąta.
Dzisiaj
chodzę po górach, biegam, skaczę z motylami, jem, co lubię i tyle, ile chcę, i
kocham taką siebie. Nie ma takiego upadku, z którego nie podniosłabym się.
Jaka jest
tajemnica tej przemiany? Dzisiaj wiem i czuję, że ty też to wiesz. Tak, gdy
kochasz siebie, wtedy niczego nie potrzebujesz. Ja wtedy potrzebowałam miłości,
więc jadłam tę miłość garściami i z powietrza, i z energii słonecznej,
wyciskałam ją z wody, wysysałam z ludzi, aż ode mnie uciekali. Dzisiaj karmię
nią wszystkich i wszystko, bo wiem, że ją mam. Idę tu po tych górach i dolinach,
i sieję ją na lewo i prawo, i tracę kalorie, zasilam energią świat i nic mnie
to nie kosztuje, a czuję się tak błogo …
- latam.
No i to
wszystko.
Przepraszam
za tyle słów, ale jakoś poczułam, że ten potok musiał ze mnie wypłynąć, no i
czuję, że tym nie zmęczyłam ciebie. Prawda?
- Nie, wręcz
przeciwnie, też poczułem się lekki. No właśnie góry odchudzają i dodają
lekkości. Tu stajemy się ptakami i motylami, tu się dzieje coś niesamowitego.
Nie wiadomo, co to jest, ale się dzieje.
Skończyliśmy rozmowę. Resztę chwil z tego popołudnia
ofiarowaliśmy Tatrom.
Piotr Kiewra
...." ten brak miłości ,tą ciszę , głęboko w sobie ją słyszę "....
OdpowiedzUsuńNie mogę zrozumieć jednego : obdarowywanie innych miłością jest dobre zaś pragnienie miłości jest egoistyczne , złe dlaczego ????? Zdaje mi się iż umiem rozdawać miłość , ale nie rozumiem dlaczego pragnienie aby dostać jej trochę w rewanżu jest złe. Miłość przecież buduje nas dodaje nam skrzydeł czyni nas silniejszymi. Jeśli to co mam podwoję z "otrzymania" jaka to będzie moc jaki wulkan . Więc jak uważasz,powinniśmy być ponad i wyrzekać się tego co jest takie piękne - co z tą równowagą ?
ONA ją zajadała czym się dało i do czego to doszło? Czy zawsze nas życie tak musi pokopać?
Z kilku powodów nie możesz dostać:
UsuńIstotą pragnienia jest niespełnienie
Nie istnieje ktoś, kto mógłby Ci ją dać
Miłość nie jest rzeczą
Miłość trafia do Ciebie tylko jako odbita energia, więc tylko Ty ją możesz wysłać
Prawdziwa jest tylko ta nieukierunkowana
Istnieje po to byś odnalazła siebie a nie kogoś
Miłość nie lubi handlarzy : dam jak dostanę
Istnieje tylko razem z wolnością,a gdy masz jej pragnienie nie jesteś wolna
To co dodaje skrzydeł to tylko pokarm dla ego. To nie miłość
UsuńDo tej pory dawała głową a nie serce. Dowód? Bo o tym myślisz
OdpowiedzUsuńSerce daje i niczego nie oczekuję w zamian. Daje i na tym koniec