czwartek, 19 stycznia 2017

300 kg

Kiedyś w czasie jednej z moich wędrówek po Tatrach, potknąłem się. Nie w jakimś trudnym, niebezpiecznym, eksponowanym miejscu, lecz na prostej ścieżce. Filmowałem coś i po prostu: bach! Pozbierałem się szybko i ruszyłem dalej, obiecując sobie na przyszłość większą uważność. Za sobą usłyszałem kobiecy głos: 
- Gratuluję siły i sprawności! Szybko się podniosłeś. Dla wielu, to trudna sztuka – podnieść się z upadku …

Zatrzymałem się, odwróciłem w tył przypatrując się drobnej, już nie młodej, lecz młodzieńczo wyglądającej kobiecie. Powiedziałem: - A dziękuję. No tak, upadki wzmacniają. Doświadczyłaś tego? Prawda?
- Skąd wiesz? – zapytała zdziwiona.
- Widzę, czuję, że dostrzegasz u innych to, co było twoją słabością. Zgadza się? – odpowiedziałem, pytając. A ona, po chwili zastanowienia:
- Przeniknąłeś mnie. Potrafisz zajrzeć … To niesamowite! Magiczne! Aż poczułam dreszcze. Jak ty to robisz?
- Opowiesz mi o twoim upadku? – poprosiłem.

Trochę skrępowana, lecz z uśmiechem powiedziała:
- Dobrze, opowiem. Lecz proszę, ty nie upadaj, nie potykaj się! I jeszcze … powędrujmy razem! Dobrze? Ok.? 

- Ok., powędrujmy i obiecuję! – z ręką na sercu i również z uśmiechem zgodziłem się.
Ruszyliśmy. Nie zmieściliśmy się na wąskiej ścieżce, by iść obok siebie, więc poprosiła, by mogła iść za mną. Szliśmy podziwiając góry i doliny, oddychając naturą. 

Trochę to trwało, zanim zaczęła mówić. Na początku, czy to ze wzruszenia, czy to ze skrępowania przed nieznajomym człowiekiem, trochę cedziła słowa, lecz już po paru chwilach, otworzyła się i z jej ust popłynęła historia. Popłynęła jak górski potok, żwawo, z życiem, choć czasem bardziej leniwie, jakby ten strumień zbierał siły na czekające go przeszkody.

- Kiedyś, może więcej niż paręnaście lat temu, … nieważne … No więc, szłam. I na prostej drodze, zimą, na śliskim, trochę nierównym chodniku, w mojej miejscowości, przewróciłam się. I … nie mogłam się podnieść. Przede mną, obok mnie, za mną, szli koledzy, szły koleżanki, i … wszyscy się śmiali. Obok stali jacyś ludzie, dalej byli ludzie, też się śmiali. Cały świat się ze mnie śmiał.

Nikt mi nie pomógł. Może niektórzy chcieli, wahali się, ale nie pomogli. Sama nie wiem, czy chciałam, by mi ktokolwiek pomógł. Chciałam się podnieść, ale nie mogłam. Próbowałam, na różne sposoby. Czułam się upokorzona, zgnębiona, wręcz zabita tym śmiechem, tym, że wszyscy ze mnie mieli świetny ubaw.

Płakałam, byłam wściekła. Chciałam się zapaść pod ziemię, umrzeć. Było mi wszystko jedno, byle nie cierpieć, byle już to widowisko się skończyło. Odtrąciłam wszystkie ręce, krzyczałam płacząc, by już wszyscy sobie poszli. Wpadłam w furię, powiedziałam, że nie wstanę póki wszyscy nie znikną mi z oczu. Nikt już się nie śmiał, zrobiło się im mnie żal, ale ja nie pozwoliłam sobie pomóc. I czekałam. Leżałam na chodniku i czekałam, aż ostatnia osoba zniknie za zakrętem. Wtedy spróbowałam się podnieść. Chciałam ze sobą skończyć, wskoczyć gdzieś do rzeki, pod pociąg, zeskoczyć z jakiegoś dachu, ale nie byłam w stanie do takiego miejsca dojść. Wszędzie było za daleko, za wysoko, za trudno. Uzmysłowiłam sobie, iż byłam, za słaba, za mało sprawna, za ciężka, by się zabić.

Tak, byłam za ciężka. Ważyłam wtedy ponad 200 kg, grubo ponad dwieście. Im bardziej chciałam być szczupła, im bardziej pragnęłam być normalna, tym bliżej byłam 300 kg. Gdzieś we mnie, od małej dziewczynki, była we mnie obsesja trzystu kilogramów, może dlatego, że kiedyś zapytałam babcię, ile ona waży, a ona taką właśnie mi liczbę rzuciła.

Robiłam, co mogłam, jadłam mało, próbowałam ćwiczyć, ale tyłam. Nie wiem skąd się te kalorie we mnie brały. Może z oddychania, bo oddychałam jak parowóz. Jakikolwiek ruch powodował u mnie takie zmęczenie, tak mi przyspieszał oddech, że zatykało mnie to. Może słońce karmiło mnie energią. Nie wiem. Prawie nic nie jadłam, a tyłam. Pragnęłam, jak inni, biegać, jeździć rowerem, pływać, skakać, chodzić po górach, ale gdzież tam … Im większe było moje marzenie, tym większe miałam ciało.
Naprawdę, nie chciało mi się żyć.

Zawsze czułam się pusta w środku. Czegoś mi brakowało. Dzisiaj wiem, teraz wiem. Nie miałam, a chciałam mieć. Wydawałam się sobie mała, a w lustrze byłam wielka. Zabiegałam o współczucie i wydawało mi się, że je dostaję. I chyba, dlatego było mi w miarę dobrze.Ono czyniło mnie większą w środku i pozwalało zaakceptować swoją zewnętrzną wielkość. Gdy inni patrzyli na mnie i współczuli – wzmacniało mnie to.
Jednak teraz, gdy upadłam, zobaczyłam, że współczucie to fałszywa energia. Tak naprawdę, ci wszyscy moi przyjaciele, którzy mi do tej pory współczuli, teraz w grupie, śmiali się.Poczułam się tak mała jak nigdy dotąd. Poczułam, że jestem balonem, wielkim, pustym, pożałowania godnym, balonem.

W pewnym momencie, byłam już tak zmęczona tą rozpaczą, że poddałam się. Wyłączyłam się. To było tak, jakby w mojej głowie się coś przepaliło, jakby tam wyłączyli prąd. Pogasły wszystkie światła, ustały wszelkie maszyny, nastała totalna ciemność – po prostu mnie nie było.

Gdy poczułam ziemię, gdy zimno chodnika mnie dotknęło głębiej, zrozumiałam, że już niżej nie mogę upaść, że nawet nie mogę zabić ciała, że jestem tak mała, że nie potrafię. Ale poczułam, że jednak coś we mnie umarło: potrzeba bycia dostrzeżonym, potrzeba bycia wielkim, potrzeba współczucia.
Wraz z tym umarła moja obsesja 300 kg.
Poczułam, że to moje wielkie ciało wpadło do środka i wypełniło całą tę dotychczasową wewnętrzną pustkę, a nawet więcej, że się z niej przelewa. Coś zwymiotowałam na chodnik. To nie było tylko to co zjadłam,ale też te moje pragnienia i lęki.

Poczułam, że potrzebuję wstać. Byłam upokorzona i nie potrzebowałam świadków. Chciałam wstać, ale dla siebie samej, nie dla kogoś – dla siebie.Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie potrzebuję świadków swojej słabości, bo nie potrzebuję współczucia, bo ono nie ma mocy, straciło cudowną moc, której … nigdy nie miało. To ja je obdarzałam mocą i obdarzałam mocą współczujących.
Pierwszy raz zrozumiałam, że nikt nie może przysporzyć mi mocy. Wstając poczułam ją w sobie. Ten jeden, największy z możliwych upadków, bo aż na samo dno, pozwolił mi znaleźć moc w sobie. To ta moc wypełniła moją pustkę i nie musiałam jej już wypełniać współczuciem i … jedzeniem.

Zastanawiałam się, czym ta moc jest, dzisiaj wiem, że to miłość do samej siebie. Czym innym mogłaby być?
Gdy szukałam jej w świecie, tyło moje ciało, bo rosła wewnętrzna pustka, która określała jego granice.

Ten upadek nauczył mnie też jeszcze jednej, ważniejszej rzeczy: nie potrzebuję też świadków swojej mocy, że wystarcza mi sama świadomość jej istnienia.

Wtedy to poczułam i dzisiaj to wiem, że moje zdrowie, moja szczupła figura, moje piękno, jako kobiety, jako człowieka, biorą się z tej mocy. Póki szukałam jej w pomocnych dłoniach innych ludzi, czułam się wewnątrz mała, za to moje ciało było wielkie.

Gdy się podniosłam, poszłam do domu silniejsza.Tam zapadłam w sen, całą noc mi się śniła jedna scena, że wstaję, że się podnoszę z upadku. Powtarzało się to tysiące razy, jak jakieś ćwiczenie na siłowni, takie wznosy tułowia - w górę i w dół. Upadek, powstanie, upadek powstanie. I tak na okrągło.

Następnego dnia wstałam z łóżka i ukradkiem spojrzałam w lustro. Nie mogłam uwierzyć: moje ciało, owszem, nadal było duże, ale to coś w środku, było mocne i wielkie.  Pokochałam to „coś” i to „coś” pokochało mnie. Staliśmy się nierozłączną parą, aż w końcu zdałam sobie sprawę, iż to jest ta prawdziwa część mnie, a ta poprzednia „ja”, to była tylko jakaś chmura na niebie.
I tak już zostało.

Zachciało mi się jeść. Postanowiłam, pierwszy raz od lat, porzucić dietę, i stało się coś dziwnego - zaczęłam chudnąć. Z tych moich kilogramów, do dzisiaj, została może jedna piąta.

Dzisiaj chodzę po górach, biegam, skaczę z motylami, jem, co lubię i tyle, ile chcę, i kocham taką siebie. Nie ma takiego upadku, z którego nie podniosłabym się.
Jaka jest tajemnica tej przemiany? Dzisiaj wiem i czuję, że ty też to wiesz. Tak, gdy kochasz siebie, wtedy niczego nie potrzebujesz. Ja wtedy potrzebowałam miłości, więc jadłam tę miłość garściami i z powietrza, i z energii słonecznej, wyciskałam ją z wody, wysysałam z ludzi, aż ode mnie uciekali. Dzisiaj karmię nią wszystkich i wszystko, bo wiem, że ją mam. Idę tu po tych górach i dolinach, i sieję ją na lewo i prawo, i tracę kalorie, zasilam energią świat i nic mnie to nie kosztuje, a czuję się tak błogo …  -  latam.

No i to wszystko.
Przepraszam za tyle słów, ale jakoś poczułam, że ten potok musiał ze mnie wypłynąć, no i czuję, że tym nie zmęczyłam ciebie. Prawda?

- Nie, wręcz przeciwnie, też poczułem się lekki. No właśnie góry odchudzają i dodają lekkości. Tu stajemy się ptakami i motylami, tu się dzieje coś niesamowitego. Nie wiadomo, co to jest, ale się dzieje.

Skończyliśmy rozmowę. Resztę chwil z tego popołudnia ofiarowaliśmy Tatrom.


Piotr Kiewra

Chora medycyna, czyli o lekarzach sprzyjających chorobie

By sprawa była jasna od samego początku, mówiąc o lekarzach, nie mam na myśli wszystkich lekarzy. Mam na myśli tylko tych, którzy ściśle dopasowali się do systemu, tych, którzy zaniechali poszukiwań, tych, którzy nie starają się zrozumieć człowieka, jego ciała, właściwości psychiki, jego duchowej strony.

Mam na myśli tych, którzy odeszli od tysięcy lat tradycji medycyny, a przede wszystkim od natury. Mam na myśli tych, którzy zaufali wyłącznie chemii, lekom chemicznym, pieniądzom, pseudonauce, przedmiotom, aparaturze diagnostycznej, laserom, przyrządom, chirurgii.

Mam na myśli tych, którzy biorą pieniądze za leczenie, a nie za utrzymanie ludzi w zdrowiu. Tych, którzy stali się częścią sytemu, biorąc pieniadze bez względu na skuteczność swojej misji. Tych, którzy przyłączyli się do systemu swoim głosem potępienia wobec prawdziwych lekarzy głoszących prawdę i przede wszystkich, zajmujących się zdrowiem ludzi, a nie ich chorobami.

Lekarz, który zajmuje się wyłącznie chorobami, a nie utrzymaniem w zdrowiu swoich podopiecznych, nie jest prawdziwym lekarzem.

Lekarz, który nie wnika w przyczynę schorzenia, który nie poznaje pacjenta, który nie wnika w psychikę, w mentalną stronę człowieka, który nie ufa naturze, nie wierzy w naturalne mechanizmy samoozdrowieńcze, który nie leczy ludzi słowem, dietą, skierowaniem w stronę zdrowego stylu życia, nie jest prawdziwym lekarzem. Nie jest nim, gdy zajmuje się tylko objawami choroby, gdy przepisuje środki przeciwbólowe, antybiotyki. Nie jest nim, gdy ufa reklamom leków, programom szczepień, które najczęściej są eksperymentami naukowymi i niewiele mają wspólnego z medycyną. Nie jest nim, gdy nie informuje pacjenta o skutkach ubocznych leków, o prawdziwych skutkach zażywania leków. Nie jest nim, gdy wypisuje jedynie leki z apteki. Nie jest nim, gdy nie potrafi znaleźć czegoś naturalnego, tańszego, lub darmowego, jako zamiennika leku z apteki, gdy nie potrafi zmotywować swego podopiecznego do przeprogramowania sposobu myślenia, stylu życia, znaleźć sposobu na stres.

Nie jest nim, gdy wspólnie ze swoim podopiecznym nie pracuje nad wzmocnieniem i utrzymaniem naturalnej oraz adaptacyjnej odporności.

Ktoś, kto boi się systemu, koncernów farmaceutycznych, nie jest lekarzem. Jest urzędnikiem – wypisywaczem recept, marionetką, papugą powtarzającą wszystko, czego się wyuczył słuchając wykładów, czytając ksiażki o lekach, nie wychodząc ani na jotę poza ścieżkę wyznaczoną przez system.

Lekarz, który dla pieniędzy, „zaprzedaje swoją duszę diabłu”, nie jest prawdziwym lekarzem.

Lekarz, który nie szuka prawdy, który nie jest uczciwy wobec swoich podopiecznych i wobec siebie, nie jest prawdziwym lekarzem.

Lekarz, który bierze pieniądze, za podtrzymywanie ludzi w chorobie, nie jest prawdziwym lekarzem. Nie jest nim, jeśli wypisuje po raz drugi, trzeci i dziesiąty, te same leki. Nie jest nim, gdy mówi swojemu podopiecznemu, że choroba jest nieuleczalna. Nie jest nim, gdy nie potrafi znaleźć przyczyny choroby. Nie jest nim, gdy nie zna swego pacjenta, gdy nie poznał jego stylu życia, odżywiania, sposobu myślenia, gdy nie odbył z nim szczerej rozmowy.

Lekarz, który bazuje jedynie na systemie kształcenia lekarzy, opanowanym przez farmację, nie jest prawdziwym lekarzem. Nie jest nim, gdy nie szuka wiedzy w medycynie naturalnej, w klasycznej medycynie chińskiej, w ajurwedzie, w ziołolecznictwie, w psychologii, duchowości, dietetyce.

Lekarz, nie jest prawdziwym lekarzem, gdy sam jest chory, gdy jego rodzina choruje. 

Nie jest nim, gdy nie ma w nim radości, gdy nie jest przyjacielem swoich podopiecznych, gdy nie darzy ich miłością.

Lekarz, który jest częścią systemu opieki zdrowotnej, nie może być prawdziwym lekarzem, bo uczestniczy w kłamstwie i zbrodniach tego systemu.
Nie jest prawdziwym lekarzem ktoś, kto boi się odpowiedzialności i chroni się pod płaszczem systemu.

Nie jest prawdziwym lekarzem ten, kto nie buntuje się przeciwko systemowi, który wypompowuje z budżetu i z ludzi pieniądze, nie dając prawie nic w zamian, nie dając pełni zdrowia, a jedynie nadzieję na brak postępów choroby.

Nie jest prawdziwym lekarzem ktoś, kto zajmuje się swoimi chorobami a nie zdrowiem, kto nie daje przykładu swoim podopiecznym, jak dbać o zdrowie.

Nie jest prawdziwym lekarzem ktoś, kto boi się głosić prawdę.

Nie może być lekarzem ktoś, w kim nie ma współczucia. Nie może, bo lekarz, który nie jest szczery, żyje krótko, bo współczucie go zabija. Taki lekarz przejmuje choroby swoich pacjentów. Współczucie u lekarza może iść w parze jedynie ze szczerością, z prawdą, z byciem prawdziwym lekarzem.

Stąd właśnie u lekarzy taka znieczulica. Jest ona samoobroną przed współczuciem, wyrzutami sumienia z powodu zła, jakie wyrządza uczestnicząc bezkrytycznie w działaniach systemu, z bycia nieuczciwym, bycia hipokrytą, bycia chorym członkiem chorej medycyny.

Nie jest lekarzem, bo odszedł od idei głoszonej przez Hipokratesa, nie rozwija się w jej duchu.

Lekarz by stał się prawdziwym lekarzem, musi stać się przewodnikiem w samouzdrawianiu. Tak, bo tylko taki proces przemiany z choroby w zdrowie jest możliwy, bo choroba nie jest tylko czymś na poziomie ciała, jej przyczyna tkwi zawsze w umyśle, lub jest przez niego prowokowana, bo jest sygnałem ciała w stronę umysłu o przyczynie dysharmonii.

Tylko samouzdrawianie jest możliwe, a lekarz, to ktoś, kto pomoże choremu to zrozumieć i ten proces zmian przeprowadzić.

By lekarz stał się naprawdę skuteczny musi działać na wszystkich poziomach, czyli musi się stać tym, kogo tak krytykuje i zwalcza – trenerem, szamanem, psychologiem, uzdrowicielem i duchowym przewodnikiem, bo tylko ktoś, kto rozumie wszystkie sfery człowieka (cielesną, mentalną i duchową) może mu pomóc.

Lecz by lekarz takim lekarzem się stał, zmienić się musi wszystko, czyli system. Wszystko musi zostać odwrócone: trzeba pozwolić istnieć naturze, a zdrowie jest jej częścią w naturze człowieka, wtedy choroba sama odejdzie.

Lekarza powinno się opłacać za utrzymanie zdrowia, a nie za zajmowanie się chorobą – od tego trzeba zacząć. Wtedy będzie miał motywację do pracy nad sobą, by zrozumieć człowieka, jego konstrukcję, pochodzenie chorób, ale przede wszystkim źródło zdrowia i sposoby na jego utrzymanie.

Im większe będzie to zrozumienie, tym więcej tego zrozumienia spłynie na jego podopiecznych, tym więcej będzie profilaktyki, a tym mniej zajmowania się chorobami. 

W skrajnym przypadku cały koszt dla przeciętnego człowieka ponoszony wspólnie z innymi podopiecznymi będzie płacą dla lekarza, a nie kosztem utrzymania systemu, ze szpitalami, drogą aparaturą, reklamami leków, oraz tysiącami „szczurów”, korzystających, czytaj trwoniących góry pieniędzy, przy okazji działania tego mechanizmu będącego połączeniem polityki, biznesu i innych wielu niepotrzebnych śmieci.

Lekarz świadomy tego, iż to zdrowie jest naturą człowieka, zaszczepi tę świadomość podopiecznym. W takim przypadku wystarczy, iż podsunie kilka narzędzi by tę świadomość podtrzymać, kilka narzędzi służących działaniom ludzi w codziennym życiu, a średnia szczęścia, radości podniesie się, bo to właśnie poczucie szczęścia, wypływająca z niego radość podtrzymują zdrowie.

Prawdziwy lekarz musi to zrobić, by osiągnąć spełnienie jako lekarz, a nie trybik w maszynie podtrzymującej choroby.

Prawdziwy lekarz różni się od członka systemu tym, jak patrzy na swojego podopiecznego. Patrzy inaczej, głębiej, współczująco, z uśmiechem, radością, ze świadomością bycia lekarzem-człowiekiem. Patrzy jak na przyjaciela, jak na człowieka, a nie jak na ofiarę, jak na źródło pieniądza, z obojętnością, pogardą, nienawiścią, brakiem szacunku, kogoś, kogo można bezkarnie wykorzystać.

I to byłoby na tyle.


Piotr Kiewra

środa, 11 stycznia 2017

Pokonać raka. Dżungla

Z cyklu: Niesamowite historie 

Gdy rozmawiam z przyjaciółmi, często stwierdzam, iż w życiu jest wiele magii. Jest na każdym kroku, lecz trzeba się ją nauczyć dostrzegać. I ... Nawet sceptycy, po jakimś czasie zauważają, że tak jest w istocie.
Magia to coś, co się przytrafia wrażliwym, tym, którzy patrzą w głąb, tym, którzy żyją pełnią i żyją uważnie, czyli zauważają związek między własnymi myślami, a zdarzeniami w życiu. Przytrafia się dzięki otwartości na wszystko, co niesie życie i akceptacji tego wszystkiego, bez względu na to, jak to wygląda w tej chwili.

Magia uczy akceptacji, współczucia, wdzięczności, bezinteresowności. Uczy bycia nieoceniającym, uczy bycia.
Uczy też bycia zdrowym. Oto, co usłyszałem kiedyś właśnie o zdrowiu. To czysty przypadek, to czysta Magia.

W samolocie, tuż obok mnie zajął miejsce szczupły, pełen energii, uśmiechnięty mężczyzna. Jego uśmiech nie był do niego przyklejony, nie był maską na twarzy, pochodził, gdzieś ze środka. To się czuło. I był rozmowny. Rozmowa z nim, była ową magią.

Ledwie zajęliśmy swoje miejsca, w oczekiwaniu na start, przywitaliśmy się. Zapytał mnie o cel lotu. Odpowiedziałem, i z kolei ja zapytałem o jego cel. Z uśmiechem wyznał, że leci wprost do dżungli. Powiedział też coś o magii. Gdy zapytałem go o to, jak ją odkrywa, opowiedział mi swoją historię.

- "Jestem biznesmenem. Całe życie zarabiałem pieniądze. Były one dla mnie ważniejsze niż ludzie, niż ja sam i moje zdrowie. To się zmieniło. Zdecydował o tym przypadek, owa magia. Otóż kiedyś leciałem, tak jak dziś, samolotem. Z tym, że wtedy leciałem w celach biznesowych. Usiadł przy mnie jakiś dziwny człowiek i po jakichś tam kilku godzinach lotu, po tym, jak mi się dobrze przyjrzał, powiedział jedno zdanie: - "Potrzebujesz przez rok zamieszkać w dżungli."

Nic więcej nie powiedział. Od tej pory był cicho. A i ja się nie odzywałem. Pomyślałem, iż jest jakiś pomylony. Zupełnie był dla mnie obojętny, a o jego słowach prawie zapomniałem.

Pół roku później, zachorowałem. Lekarze stwierdzili raka. Byłem załamany. Najpierw postanowiłem się leczyć. Zacząłem wydawać na to fortunę, lecz to leczenie mnie uśmiercało, czułem, iż jestem coraz słabszy i,  że nie ma już dla mnie ratunku. 

Usiadłem kiedyś w domu, w ciszy, wyciągnąłem plik banknotów i zacząłem się im przyglądać. Patrząc na nie wspomniałem całe moje życie, to ile było warte, i to ile ja jestem wart. Doszedłem do wniosku, że moja wartość to moje pieniądze, a ja jestem zerem - maszyną do ich zarabiania, nikim więcej.

Później zacząłem się zastanawiać, co mógłbym za nie kupić, skoro nie mogę kupić zdrowia, dłuższego życia, to może kupię sobie, choć kilka chwil ciszy, ucieczki od tego, co do tej pory, czegoś zupełnie innego.

Wtedy, nagle gdzieś w środku mnie, usłyszałem ponownie te dziwne słowa, dziwnego człowieka z samolotu: „Potrzebujesz przez rok zamieszkać w dżungli.”

Gdy tylko ta myśl mną zawładnęła, dosłownie pół godziny później, spotkałem człowieka – przyrodnika, który szykował wyjazd do jakiejś głuszy i szukał funduszy na tę misję. Bez zastanowienia powiedziałem, że dam ile potrzeba, pod jednym warunkiem, iż zabierze mnie. No, i …
Rzuciłem wszystko i ruszyłem, by ostatnie chwile życia spędzić w dżungli, wśród dzikusów.

Wyruszałem zatruty: strachem przed śmiercią, z zatrutym lekami i odżywianiem ciałem, z głową zatrutą wiedzą, pieniędzmi, chorymi ambicjami. Miałem wielką nadwagę na ciele, pełno śmieci w głowie i zupełnie niewidoczną duszę.

Gdy znalazłem się na miejscu zacząłem rzygać. Dosłownie. W pierwszych dniach, cokolwiek nie zjadłem, rzygałem. O czymkolwiek nie pomyślałem, rzygałem. Gdy stawiałem jakikolwiek krok, rzygałem. Ale czułem się coraz lżejszy. Bałem się, że tak będzie każdego dnia, do końca, że tak wygląda umieranie.

Ale wraz z lekkością przyszły do mnie jakieś wewnętrzne wibracje. Z każdą wyrzyganą monetą, każdym biznesowym słowem, z każdym wyrzyganym marzeniem i celem, z każdym cywilizacyjnym – materialnym pragnieniem, byłem coraz bardziej wolny. 

Czułem się lepiej bez ubrań i wszelkich innych "zdobyczy".

Najpierw głodowałem, przez kilka tygodni. Później zaczęły mi smakować owoce, to, co dzicy jedli w dżungli. A oni niczego nie gotowali, nie smażyli, po prostu coś spadło z drzewa, coś wykopali, zerwali z krzewu i jedliśmy. Też stałem się dziki.

Poczułem tę dzikość. To była niesamowita energia. Stałem się jak młody chłopak, skakałem, wspinałem się po drzewach, pływałem w rzece, chodziłem na boso, po skałach, po sawannie, wśród dzikich zwierząt.

Poczułem, że jestem w raju. Zauważyłem, że tym jest raj, tym wszystkim, co pozostaje, gdy się wyrzyga cywilizację, materię, obiadki na talerzach, przebiegle uśmiechniętych kucharzy, partnerów biznesowych i klientów, politykę, umowy, związki, zasady, teorie, słowa i myśli.

Pod sam koniec, nie mogłem uwierzyć tylko w jedną rzecz, iż to już się kończy. Minął rok, choć trwał wieczność. Zapomniałem, naprawdę zapomniałem o świecie, o sobie. Zapomniałem nazwiska i imienia, o sprzedawaniu i kupowaniu, o bólu. Zapomniałem o chorobie.

Czekałem na śmierć, a przyszło życie. To jest właśnie Magia. Wielka Magia.

Wraz z chorobą, którą byłem ja, mój umysł, cała to stworzona myślą cywilizacja, pozbyłem się myślenia o przeszłości i przyszłości.

Uświadomiłem sobie, że raj to nic innego jak teraźniejszość, wolność od wszystkiego i do wszystkiego, przede wszystkim wolność od przywiązania do życia. I wtedy zdarza się życie. Zdarza się zdrowie.

Wróciłem do cywilizacji, ale tylko na powierzchni. Wróciłem, by pomóc innym, odnaleźć to, co ja odnalazłem: duszę, siebie, wolność.

Bywam nadal biznesmenem, do dżungli wracam, tak często jak tylko się da. Ale bardziej jestem aniołem. Dzisiaj biznes jest dla mnie okazją do powtarzania innym tego, co kiedyś mi powiedział w samolocie ten dziwny człowiek. Teraz sobie uświadamiam, iż był to anioł, ktoś taki jak ja.

Oto moja historia. Oto magia. Od tej pory się śmieję i żyję magią."


Wysłuchałem tej opowieści. I dzielę się z tobą, bo jest magiczna. I wiem, że jej potrzebujesz. Potrzebujesz oczyszczenia się, potrzebujesz dżungli. Mówię ci to, jako ktoś, kto od małego dziecka jest dziki, bo często bywa w dżungli, a właściwie ciągle w niej jest.


Piotr Kiewra

piątek, 30 grudnia 2016

Łatwo jest być chorym

Łatwo jest być chorym, bo twojej chorobie sprzyjają lekarze*, twoi bliscy, twoje przekonania, twój styl życia, to, co zjadasz i twój strach. Przede wszystkim strach.

Jeśli lękasz się choroby, to już ją projektujesz. Lęk przed chorobą jest jej projektem. Właśnie tak potężny jest nasz umysł. Owszem on potrafi kreować też pozytywy, lecz do tego potrzebna jest pozytywna myśl, radość, miłość i brak lęku.

100 % chorób ma swoje pochodzenie – źródło, w umyśle.

Dlatego bycie zdrowym jest trudne, bo potrzeba pozytywnego nastawienia, bycia pozytywnym, bycia wobec życia na TAK, a o to trudno, bardzo trudno.

Jest tak z kilku powodów.

Po pierwsze: zdrowie jest stanem bycia, co oznacza porozumienie – równowagę ciała, umysłu i czegoś subtelnego, duchowego, subiektywnego (najczęściej nazywanego duszą).

Po drugie: zdrowie jest stanem, którego (z powyższych względów) nie można zdefiniować. Nie można więc, do niego dążyć i nie można niczego z nim zrobić. Ono nie poddaje się działaniu, nie ma do niego drogi – przychodzi samo, gdy spełnione są określone warunki (dla każdego człowieka inne, bo człowiek to indywidualność, nie ma dwóch takich samych ludzi, nie tylko fizycznie, ale i mentalnie, i duchowo).

Po trzecie: nie można go pragnąć (również z powyższych względów), bo każde pragnienie jest wynikiem lęku (a lęk prowokuje choroby. Pragnąc zdrowia przyznajemy tym samym, iż go nie mamy, i że jest w nas lęk), a jak mówią mistycy – naturą pragnienia jest niespełnienie. Czyli pragnąc zdrowia otrzymujesz odwrotny skutek – chorobę.

Ponieważ jednak zdrowie jest naszą naturą, naszym programem, a podejmując jakiekolwiek starania, ten program – mechanizm, psujemy, łatwiej o nie eliminując to, co sprzyja chorobie, eliminując przyczyny chorób. Łatwiej o zdrowie żyjąc jak najbliżej natury, w zgodzie z naturą, w tym też w zgodzie z naturą naszego ciała.

Lecz to jest trudne dla przeciętnego człowieka, ale i dla współczesnej medycyny nastawionej na stosowanie leków chemicznych, na leczenie objawów, a nie na usuwanie przyczyn. Trudne, ponieważ człowiek oderwany od swojej duchowej istoty, wychowany w pogardzie dla ciała, w braku poszanowania jego, jako świątyni, nie rozumie siebie, nie rozumie swego ciała, jego potrzeb, jego języka, jego madrości. To powoduje, iż bardziej mu przeszkadzamy, niż jesteśmy w stanie pomóc działaniami. A najbardziej przeszkadza ciału traktowanie umysłu jako władcy absolutnego poprzez którego staramy się wpływać na ciało, decydując np. zamiast instynktu, o tym co mamy jeść. Przeszkadza ciału zbyt duża wiedza gromadzona w umyśle, której człowiek częściej używa przeciw ciału niż w sposób zdrowiu służący. Tą częścią umysłu są nasze przekonania, a te trudno zmienić, bo trudno zrozumieć, że ciało samo potrafi zadbać o zdrowie, jeśli się uszanuje jego autonomię, jego mechanizmy samoregulujące, samouzdrawiające, jego naturę i fakt, iż jest ono pochodną natury, a natura jest źródłem jego zdrowia.

Łatwiej jest chorować, bo choroba będąca zakłóceniem równowagi, manifestacją braku zaufania do ciała, do programu służącemu zdrowiu, do natury, objawia się w ciele w konkretnej materialnej postaci, czego nie można powiedzieć o zdrowiu – ono nie ma żadnej materialnej postaci, żadnych objawów (można jedynie stwierdzić brak objawów chorobowych, co nie oznacza jeszcze zdrowia).

O chorobę łatwiej, bo nią można się zająć, można wykonać wokół niej, jak i siebie, wiele działań. I co chyba najbardziej istotne, dzięki chorobie można wiele osiągnąć, można odnieść wymierne korzyści. Oczywiście są to pozorne korzyści, iluzje, ale takimi właśnie iluzjami żyje współczesny człowiek, nie tylko współczesny. Od zarania dziejów człowiek żyjący w społeczeństwie karmił się iluzjami, karmił nimi swój umysł, swoje ego.

Bycie na NIE, oczekiwania wobec siebie i innych, pragnienia, wspomnienia, zmartwienia, poczucie osamotnienia i lęk, to stan umysłu, a ciało jest tylko jego odzwierciedleniem, jest jak papuga, która to wszystko powtarza i przetwarza na język materii.

Dlatego bycie chorym jest łatwe. Jest łatwe, bo to, co powyżej wymienione jest bardzo powszechne.

90% ludzi pragnie chorób. Oczywiście nie pragnie ich w sposób świadomy. 

Przyciągamy je podświadomie do siebie, bo dają nam profity: współczucie, zainteresowanie otoczenia, tematy do rozmów i okazję do wyrażenia potrzeby opieki, pomocy, bycia blisko innych ludzi, choćby innych chorych i bliskich. Będąc chorym można się wymigać od pracy, od aktywności, od kreatywności, od pełni życia. Będąc chorym łatwiej o przyjaźń z lenistwem, ale i milionami myśli o złu świata i innych ludzi. 

Jest i też, oczywiście, odwrotnie: będąc w przyjaźni z negatywną myślą o sobie, o świecie, o innych ludziach, lenistwem, nudą, jesteś – siłą rzeczy – w przyjaźni z chorobą.

Będąc chorym łatwiej o kontakt z innym człowiekiem, łatwiej o przyjaźń, łatwiej o bycie w tłumie ludzi.

Człowiek zdrowy nie wzbudza takiego zainteresowania jak chory. Jest nawet na odwrót, człowiek zdrowy, tryskający zdrowiem, wzbudza nienawiść, a przynajmniej obojętność. Jest obcy, bo jest inny. Wydaje się być egoistycznym, a jest to tylko pozór, bo właśnie choroby idą w parze z ego. Im większe ego, tym łatwiej o chorobę, bo poprzez ego skupiasz się na sobie, na tym, jak przyciągnąć do siebie owo zainteresowanie i współczucie, przyjaźń i miłość innych. Bojąc się tego, iż nie mamy czego ofiarować, pragniemy przyciągnąć uwagę innych  i wybieramy łatwiejszą drogę – ścieżkę choroby. 

Dzieje się to podświadomie, a sprzyja temu właściwość naszego umysłu: strach. Przede wszystkim boimy się samotności. Bojąc się jej jesteśmy w stanie zrobić wszystko, by nie być samotnym. W tym wszystkim mieści się też i choroba, przede wszystkim choroba.

Człowiek zdrowy ma w sobie więcej miłości do siebie, do swojego ciała, traktuje ciało jak świątynię, więc ono mu odpłaca, tym, co ma najlepszego: energią, dobrą, zdrową energią. I odwrotność też jest prawdą: człowiekowi, który potrafi być samotnym, rozumie to, że samotność jest naszą naturą, łatwiej o zdrowie, bo łatwiej mu ofiarować innym miłość, niż jej oczekiwać od innych.

Człowiek chory, człowiek przekonany o trudach swego losu, człowiek, który odpowiedzialność za swoje zdrowie widzi w innych, widzi na zewnątrz, w medycynie, w środowisku, w świecie, siłach wyższych, nie ma energii. Jego ciało czuje się odrzucone, mądrość ciała jest niezauważana, jego instynkty nie są wysłuchiwane, jego zdolność samouzdrawiania odrzucona. Wtedy tej energii brakuje. Nie ma witalności – nie ma zdrowia. Bo zdrowie to witalność, to natura.

Ciało pochodzi z natury, więc tylko natura i rządzące nią prawa prowadzą w stronę zdrowia. Można powiedzieć, iż zdrowie to stan natury w ciele i umyśle. Jeśli nie ufamy naturze, ciału, sobie, siłom witalnym, ono odpływa. Nie można sterować ciałem przy pomocy wiedzy, strachu, innych ludzi i chorych przekonań, bo wiedza – przynajmniej na stan obecny, to jeden wielki stek bzdur, ponieważ każde ciało jest inne, każdy człowiek jest inny. Każde ma inne potrzeby i potrafi je okazywać i zaspokajać, tylko nie wolno mu w tym przeszkadzać i go truć, chemią i negatywem, lękiem.

To jest jedyny warunek. Jest nim ufność. Jeśli ufności nie ma, jest choroba. Dlatego tak o nią łatwo. Dlatego tak trudno o zdrowie. Zdrowie idzie w parze z ufnością, miłością. Choroba idzie w parze z lękiem, z wiarą w pozorną wartość wiedzy, z bycia w niezgodzie z naturą. Taka wiara jest nieufnością wobec natury.

Zdrowie jest stanem naturalnym. Choroba jest naszą projekcją.

By mieć zdrowie nic nie trzeba robić ponad to, co naturalne. By być chorym jest wiele do zrobienia z tych rzeczy, które naturalnymi nie są. A jednak o chorobę łatwiej, ze względu na właściwości naszego umysłu. Tylko on jest za to odpowiedzialny, więc jeśli go w nadmiarze słuchasz, masz problem.

Dlatego, jeśli lubisz chorować poszukuj wiedzy, nie szanuj natury i świątyni swego ciała.

Natomiast, jeśli wolisz być zdrowym, zaufaj naturze, intuicji, instynktowi, swemu ciału. Kochaj je i wszystko inne. I nie myśl o zdrowiu. Ono samo przyjdzie.

*O tym jak lekarze sprzyjają chorobie, w jednym z następnych tekstów.


Piotr Kiewra

poniedziałek, 17 października 2016

Dobrodziejstwo bólu

Czego najbardziej brakuje człowiekowi?
Ufności, a w związku z tym i mądrości.

Z jakiej przyczyny jej brakuje?
Z powodu ego. Z powodu pychy naszego własnego umysłu, który jest przekonany, że wszystko wie, że ma rację, bo posiadł wiedzę. A ego to strach. Ufamy lekarzom, reklamie, obcym ludziom, nauce, wierzymy w pieniądze, w potęgę umysłu, ale nie swojemu ciału, nie naturze. Wierzymy w umysł, ale nie w siebie.
Czy możliwy jest brak zaufania do siebie i niezachwiana wiara w umysł? Tak, jest to możliwe, gdyż umysł nie jest nami, umysł jest tworem społecznym, cudzą wiedzą. 
Tę cudzą wiedzę człowiek ma za mądrość.

Tymczasem wszystko jest odwrotnie.
Dosłownie wszystko.

Ciało człowieka ma swoją mądrość. Jest nią instynkt.
Jest w człowieku jeszcze większa mądrość: intuicja, świadomość.
Lecz jak już powiedziałem, nie mądrość bierze górę, nie instynkt i intuicja, lecz przekonania naszego umysłu, a te są fałszywe - odnośnie naszego zdrowia i wielu innych dziedzin życia, są fałszywe.

To te fałszywe przekonania, najczęściej, w dziewięćdziesięciu iluś tam procentach, czyli nasz sposób myślenia (stres, strach, lęk, zmartwienia, negatywne emocje: nienawiść, zazdrość, urazy) wywołują problemy w ciele, a więc i ból. Lekarze to mówią wyraźnie: choroby mają podłoże psychiczne (psychosomatyczne).

Jesteśmy głupcami z powodu niepodzielnej władzy umysłu. Natomiast człowiek twierdzi inaczej, że to umysł jest źródłem mądrości. I tu jest pies pogrzebany: umysł jest wiedzą, a wiedza nie jest mądrością, jest tylko wiedzą, najgorsze jest to, iż jest cudza. Mądrość bierze się z doświadczenia, a nie z wiedzy, instynkt jest z doświadczenia, intuicja ze świadomości, jest mądrością serca i duszy, jest prawdą, prawdą o całości.

A teraz do rzeczy. Dzisiaj o bólu.

Czym jest ból, a czym nie jest?

Ból nie jest chorobą.

Jest informacją. Jest informacją o zakłóceniu równowagi. Ból wskazuje, że jest jakaś przyczyna dysharmonii.

Czym jeszcze jest ból?

Ból jest lekiem.

Czyli są tu trzy rzeczy:
Ból nie jest chorobą, więc nie powinien być leczony, osłabiany, eliminowany.
Ból jest informacją, więc czemuś służy – odnalezieniu jego przyczyny.
Ból jest lekiem, więc powinien być wzmacniany.

A jakie są nasze przekonania? A jaka jest praktyka, również praktyka współczesnej medycyny?

No właśnie, wszystko jest odwrotnie.

Jeśli chcesz się samouzdrowić, przywrócić sobie zdrowie, to znajdź przy pomocy tej informacji jaką jest ból, przyczynę choroby i wyeliminuj ją. Wyeliminuj przyczynę bólu, a nie ból, bo ból nie jest chorobą.

Po drugie, zastosuj ból jako lek. Ból wskazuje nie tylko samą chorobę, jej przyczynę (potrzebna ufność do własnego ciała i inteligencja – intuicja, by odnaleźć przyczynę, by dojść po nitce do kłębka), ból wskazuje środek leczniczy, jakim sam jest. W związku z tym należy go wzmacniać.

Przykładów wzmacniania bólu mamy tysiące, podpowiada nam to własne ciało:

- Gdy biegniesz, wykonujesz jakiś ruch z dużą intensywnością, albo wystarczająco długo, to boli. Na tej zasadzie opiera się cały sport wyczynowy, każdy sport, każda adaptacja ciała do wysiłku. Ruch jest lekiem, bo w czasie ćwiczeń ciało, mięśnie, kości i organy cierpią, bolą, i w ten sposób się leczą, adaptują, wzmacniają.

- Gdy cię boli, ciało wskazuje ci miejsce ucisku, dotyku, poklepywania, nawet uderzania. Zauważyłeś to, że ręka instynktownie dotyka źródła bólu. Jest to wskazówka.

Pod wieloma względami tradycyjna medycyna, a szczególnie klasyczna medycyna chińska były mądrzejsze od współczesnej, bo wykorzystywały  ten sposób uzdrawiania.
Jest taka metoda, która nazywa się paida – oklepywanie, uderzanie (napisałem o tym, specjalny tekst, wkrótce też nagram filmik, który będzie dostępny na You Tube). Jest ona skuteczniejsza w uzdrawianiu tysięcy różnego rodzaju schorzeń, niż tysiące chemicznych leków. Dlaczego? Bo wykorzystuje ból jako naturalny lek.

Inna metoda chińska to lajin – również opisana na tym blogu i opatrzona filmikiem instruktażowym, także służy wzmacnianiu bólu, jako leku.

Zapamiętaj w takim razie!

Ból to nie choroba. Nie osłabiaj go lekami przeciwbólowymi, nie ignoruj go. Wręcz przeciwnie – wzmacniaj ból, bo jest lekiem.

Gdy go wzmocnisz, osłabnie. Dlaczego? Bo ten lek zacznie działać.

Doświadczyłeś tego w sporcie, w różnego rodzaju ćwiczeniach. Po pewnym czasie, bieg, ćwiczenie nie wywołuje już takiego bólu jak na początku. To jest właśnie sygnał jego skuteczności.

Takich sygnałów możesz mieć dużo, lecz zanim to nastąpi, zmień swoje nastawienie do bólu. Bądź mu wdzięczny, witaj go z szacunkiem, jako pożądanego gościa, bo takim jest. Jest dobrodziejem: przynosi ci ważne informacje o tobie samym, o skutkach twojego sposobu myślenia i stylu życia, a także daje ci bardzo skuteczny sposób na zdrowie, na jego przywrócenie, utrzymanie i wzmocnienie.


Piotr Kiewra

niedziela, 28 sierpnia 2016

Leczenie sercem

Choroba to zmaterializowany strach. Zdrowie to zmaterializowana miłość.

Przyznam się: Nie chce mi się pisać! Jest gorąco, chodzę po zacienionej puszczy, jadę rowerem, spaceruję brzegiem jeziora, siedzę nad wodą, pływam i nie chce mi się pisać.

Nie chce mi się, a przyszedł do mnie temat. Tytuł przyszedł z telewizji, z jakiegoś starego filmu polskiego, a treść przyszła podczas spotkania z ciszą natury.

By nie odkładać niczego na przyszłość, by nie sprzeciwiać się swojej naturze, by nie tracić okazji do cieszenia się spacerem, pływaniem, korzystaniem z wody i słońca – dzisiaj inaczej – w formie filmu z komentarzem.

Przy okazji poznasz trochę tej natury, o której wyżej powiedziałem, trochę ciszy i kolorów Puszczy Rzepińskiej i Uroczyska Ośniańskich Jezior.

Zapraszam na film o leczeniu sercem.


A tu z rozpędu drugi, również nagrany w ciszy natury, nad potokiem, o tym, że zdrowie jest twoja naturą, o tym, co zrobiła z nas cywilizacja i … No tak, ale mówiłem, że nie chce mi się pisać, więc zapraszam na film.




Piotr Kiewra

wtorek, 23 sierpnia 2016

Słońce – naturalny czynnik uzdrawiający

Na świecie coraz bardziej góruje strach. Zaszczepiają go rządy, nauka, urzędnicy, lekarze, a przede wszystkim media i powielający je jak katarynki ludzie. Oczywiście dzieje się tak z powodu pieniędzy.

Strach jest przeciwieństwem miłości, więc gdy mnoży się strach, zmniejsza się pole dla miłości, energii utrzymującej nas przy życiu, łączącej a nie rozdzielającej, kreującej dobro i ujmującej przestrzeni dla zła.

I to z powodu pieniędzy, wykorzystując strach zabiera się ludziom wiele z darów, które od początku świata otrzymali i użytkowali.

Jednym z tych darów jest słońce. Jest ono kreatorem życia na ziemi, nie tylko roślin, ale wszelkiego życia. Dzięki słońcu życie jest możliwe, ono je tworzy,  podtrzymuje, ono odżywia, uzdrawia, chroni przed chorobami, a więc wzmacnia odporność, produkuje endorfiny, a więc przynosi radość do naszego życia, a ponadto światło i ciepło. To słońce jest pierwszym fizycznym dystrybutorem energii miłości i przekazuje ją wszystkim innym podmiotom i przedmiotom na ziemi. Od słońca uczymy się miłości, chłoniemy i przekazujemy dalej, wzmacniamy się nią. Dzięki tej energii rośniemy, rozwijamy się, mądrzejemy.

Przebywanie na słońcu dodaje energii, ładuje nasze akumulatory, choć czasem mamy wrażenie, że jest odwrotnie. Pamiętajmy jednak, że nadmiar ciepła rozgrzewa, a więc odwadnia, bo organizm broniąc się przed przegrzaniem poci się.  Ale wystarcza wtedy odpowiednia porcja wody i znowu mamy poczucie przypływu energii.
No dobrze, mógłbym wymieniać wszystko co dobre, a mamy to od słońca. Gdyby pewnego dnia go zabrakło, byłby to koniec życia na ziemi, byłby to koniec naszego świata.

A niestety ogranicza się nam dostęp do słońca, a na dodatek straszy się nim, w imię pewnych celów. Zmniejsza się nam dawki promieniowania słonecznego, zasłaniając jego dostęp chmurami pyłów przemysłowych i gazów cieplarnianych, rozpylanymi przez samoloty aerozolami (chemitrials), blokując ludziom dostęp do słońca poprzez straszenie ich konsekwencjami kontaktu jego promieni ze skórą.

A ten kontakt jest niezbędny, ponieważ bez słońca nasz organizm nie potrafi normalnie funkcjonować: potrzebuje go nasza skóra, nasze oczy, kości, całe nasze ciało, każda komórka. Nie będę mówił tutaj o pewnych naukowych argumentach, np. o roli witaminy D.

Słońce jest naturalnym czynnikiem uzdrawiającym i chroniącym nas przed chorobami.

Tak samo jak rośliny, cierpimy, gdy jest go za mało. Gdy lato jest pochmurne i deszczowe, a więc jest mniej słońca, wiele roślin cierpi, choruje, nie rozwija się. Tak samo jest z człowiekiem. Stajemy się mniej odporni na choroby.

Straszy się nas słońcem, proponuje go unikać, lub przed nim osłaniać, by zapobiec chorobom, które słońce rzekomo wywołuje. A prawda jest taka, że zasłaniając się kremami z filtrem, uciekając od słońca,, uciekasz od zdrowia w stronę chorób właśnie. 

Okazuje się, że zbyt małe jego dawki, a więc zmniejszona odporność organizmu może sprzyjać powstawaniu chorób, również tych najgroźniejszych.

Miliardy ludzi na całym świecie nie przejmują się naukowymi rewelacjami, kupowanymi przez żądnych pieniędzy producentów kosmetyków i leków, i korzystają ze słońca, bo lubią korzystać z jego siły wzmacniającej. Czują to instynktownie, że słońce ożywia i dodaje sił, uzdrawia, poprawia nastrój, więc nie tylko opalają się, eksponując większe powierzchnie skóry, ale też spacerują, uprawiają sporty, czy po prostu przebywają na słońcu.

Jest to przyjemne. Słońce przynosi radość. Słońce nie zabija, wręcz przeciwnie, przedłuża życie. Oczywiście potrafi też zaszkodzić, ale tylko tym nieprzygotowanym i tym, którzy nie znają granic i nie potrafią słuchać swego ciała.

Zwiększ dawki słońca dla twej skóry. Odsłoń co najmniej 40% powierzchni skóry, na tak długo, by organizm zdążył wchłonąć odpowiednią ilość energii, promieniowania, które nie tylko dostarczy witaminy, wzmocni kości i odporność, doda urody skórze, siły i witalności, zdrowia, ale też uzdrowi.

Rób to systematycznie, najlepiej codziennie i to w porach roku, gdy jest go najwięcej i gdy pada pod największym kątem. Przebywaj na słońcu nie tylko w bezchmurne dni, lecz i w pochmurne, bo i wtedy docierają do nas jego promienie, choć zdecydowanie mniej.

Mówią nam, że słońce przyspiesza starzenie się skóry. Czasem pozory mylą. Gdy poparzysz skórę, gdy przesadzisz z ekspozycjami po dłuższej przerwie niewątpliwie to się może zdarzyć, ale gdy będziesz przebywać na słońcu stopniowo adaptując się do dłuższych naświetlań, a ponadto zadbasz o odpowiednią ilość płynów, to nie tylko nie będziesz się szybciej starzeć, lecz nawet odmłodniejesz.

Owszem skóra dzięki słońcu szybciej wymienia swój naskórek, częściej on się złuszcza, lecz słońca potrzebują też tkanki położone głębiej.  

Potrzebujesz harmonii z naturą, czyli potrzebujesz słońca na swojej skórze, potrzebujesz naturalnej żywności, którą wyprodukowała natura dzięki słońcu, potrzebujesz ruchu oraz światła, ciszy i spokoju natury, jej witalności, która udzieli się tobie.

Zharmonizuj się więc z naturą, niech słońce, ziemia i woda zostaną twoimi przyjaciółmi.

Ø Pokaż słońcu swą skórę a okażesz mu swoje wnętrze, a ono cię uzdrowi.
Ø Pozwól, żywej, nie przegotowanej, będącej w ruchu wodzie przez ciebie płynąć, a ona cię oczyści.
Ø Pozwól ziemi wysyłać jej swoją energię, pozwól swojej energii przepływać do ziemi. Nie izoluj się – pozwól swoim stopom, nagim stopom na kontakt z matką naturą, z prochem z którego jesteś.

Słońce, woda i ziemia oczyszczą twoje ciało i umysł, ze śmieci, również mentalnych i dodadzą ci życia, energii, którą jesteś. Stanowisz z nimi całość, z nich jesteś, nie izoluj się. Nie uciekaj. Jesteś częścią natury, nie zaprzeczaj temu, nie walcz z nią, nie niszcz jej.

Ty jesteś słońcem, wodą i ziemią, a te żywioły są tobą. Zrozum. Bądź więc i ich, i swoim przyjacielem.


Piotr Kiewra