niedziela, 4 czerwca 2017

Pełna świadomość „Sekretu”, czyli niepotrzebne „chcenie i niechcenie”

Pewnego razu, przy okazji rozmowy z ciocią o jej narzekających i negatywnych koleżankach, zapytała:

- Piotrze, znasz „Sekret”, film o naszym myśleniu?

- Tak. – padła krótka odpowiedź. A ciocia na to z wyrzutem: - To dlaczego mi o tym nie mówiłeś? Czyżbyś też brał udział w spisku elit rządzących światem?

To drugie pytanie zadała śmiejąc się od ucha do ucha.

- Ciociu, mówiłem ci o tym z milion razy, lecz chyba nie słuchałaś. Może nie użyłem tego słowa „sekret”, ale mówiłem ci, że swoim myśleniem kreujesz swoją rzeczywistość, że swoimi słowami i myślowymi obrazami ustalasz swoją przyszłość, ale widocznie traktowałaś to z przymrużeniem oka, a teraz oglądasz film i naraz wierzysz we wszystko, co tam mówią.

- A co, nie mam wierzyć? – ripostowała.

- Nie o to chodzi, ciociu. Świadomość „sekretu” jest potrzebna, lecz potrzebna jest pełna jego świadomość, a nie tylko część. – odpowiedział.

- Nie rozumiem, Piotrze. Czyżby w tym filmie nie powiedziano wszystkiego? – pytała zaniepokojona.

- Powiedziano, ile powiedziano, lecz to nie od tego zależy co tam powiedziano, tylko kto to ogląda i co widzi, i słyszy. – odpowiedział Piotr, lecz po minie cioci można było się zorientować, że nadal nie jest zadowolona z jego wyjaśnień i od razu, jakby na potwierdzenie, znowu zapytała:

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że nie zrozumiałam „Sekretu”? Chcesz przez to powiedzieć, że jakość mojego życia, to kim jestem i jak żyję świadczy o jego zrozumieniu, lub jego braku?  Chcesz przez to powiedzieć, że przeszkadzać mi w tym może moja wiedza, poziom dojrzałości, przekonania, a przede wszystkim sposób myślenia, że rozumiem tak jak chcę rozumieć i wybieram to, co jest, wg mnie korzystne i wygodne, i z jakichś powodów wydaje się potrzebne, a resztę odrzuciłam i … już? Czyż tak?

- Dokładnie, ciociu. Wolimy w innych widzieć ich błędy i niedoskonałości, tym samym zrzucając odpowiedzialność, za to co się dzieje w naszym życiu ...  – nie dokończył, bo ciocia już wtrąciła następną porcję spostrzeżeń:

- Zauważyłam Piotrze, że wszystko w moim życiu jest odwrotnie. Dostaję to czego się boję, przychodzi do mnie to, od czego uciekam, a to za czym ja gonię, ucieka ode mnie. To co wyrzucam wraca do mnie, to co chcę naprawić, psuje się jeszcze bardziej, to co mnie denerwuje w innych, odkrywam w sobie samej. Kultywuję w sobie spokój, a staję się wulkanem, szukam radości, a znajduję smutek, chciałabym czynić dobro i dobrą się stawać, a czuję, że jest we mnie wiele zła, szukam miłości, a znajduję nienawiść i strach. Staram się być sobą, a tak naprawdę, ciągle do mnie wraca pytanie, jak być sobą? W ogóle jest we mnie wiele pytań …

Opowiedz mi Piotrze, proszę, trochę o sekrecie! Opowiesz?   

- Ciociu, jakby ci to … powiedzieć … Ciociu, ludzie rozumieją pewne treści przez pryzmat swoich wcześniejszych doświadczeń, swojej dotychczasowej wiedzy i zauważają to, co chcą zauważyć, a „materia”, która jest dotknięta w „Sekrecie” jest wyjątkowo delikatna, ale za to potężna. To obosieczna broń, narzędzie, które niemądrze używane zabija, niszczy, zakłóca porządek, unieszczęśliwia, tworzy zło. 

Myśli nie tylko kreują dobre i potrzebne nam rzeczy, materializują je, ale – niestety - w większości przypadków, materializują też to, czego nie chcemy, to czego się boimy. Dostajemy odwrotność tego o czym śnimy, bo na co dzień, w większości chwil naszego życia, wypełniają nas myśli pełne złości, nienawiści, oczekiwań wobec innych, oczekiwanie miłości, rzeczy, dostatku, szczęścia, nieobecności bólu i cierpienia. Boimy się chorób, a je przyciągamy i zapominamy, że to właśnie zapomnienie o potędze sekretu, o jego obosieczności to sprawiło. Nie przypisujemy sobie takich rzeczy, nie bierzemy pod uwagę swojej destrukcyjności, tego, że to nasze przeszłe myśli sprawiły.

Wierzymy, że można się stać bogatym poprzez „Sekret”, poprzez użycie mocy naszych myśli, naszej wyobraźni, naszej wizji, a nie wierzymy, że nasze ubóstwo, czy cierpienie jest wynikiem tych samych myśli, niedowierzania, niewiary, nieufności, lęków, strachu, albo tłumienia tych niechcianych, czy też wizualizacji jakichś katastrof, nieszczęść, osamotnienia, które mogą nas spotkać.

Naszymi przeszłymi myślami lub tymi, które aktualnie defilują przez naszą głowę, nasz umysł, wyrządzamy szkodę innym i sobie. W myślach, w naszych marzeniach, tych sennych, czy raczej częściej na jawie, wykorzystujemy innych, wywyższamy siebie kosztem innych, sprawiamy w wizjach, że czują się poniżeni, gorsi, nieszczęśliwi, albo też robimy tak sobie samym, tworząc wizje nieszczęśliwych siebie, co ma sprawić, że inni się nad nami zlitują, zainteresują, zaczną nam sprzyjać, obdarują nas czymś, pokochają. Nie rozumiemy, że to te właśnie myśli „stworzyły” nasz obecny świat, nie czujemy się za to odpowiedzialni. Chcielibyśmy dobrych rzeczy dla siebie i mamy pretensje do świata, że ich nie doświadczamy, a nie czujemy się odpowiedzialni za stworzenie bałaganu, chaosu, niepokoju, ubóstwa, bólu i cierpienia wokół, i w nas samych. Oceniamy, sądzimy innych, przypisujemy im zło, wierzymy, iż to działanie i tylko działanie się liczy, a nie zdajemy sobie sprawy, że nawet mając dobre intencje, chcąc czegoś dla innych, lub dla siebie szkodzimy im i sobie. Na przykład, modliłaś się kiedyś, by spotkać przystojnego i męskiego faceta i wymodliłaś to. No i co? Co się zdarzyło po latach? – zapytał, ot tak, nie kierując pytania do cioci, jednak ona natychmiast odpowiedziała na nie.

- Nieszczęście, cierpienie dla mnie i dla wielu innych osób. Tak, rozumiem, nie zdajemy sprawy z konsekwencji swoich wizji, swoich oczekiwań wobec świata i ludzi, z ustalania porządku świata wg swojej fantazji, wg swojego widzimisię. No tak. Tak się dzieje. I pewnie tak jest codziennie z miliardami innych modlitw, czynimy wielkie zamieszanie swoimi, często sprzecznymi modlitwami, swoją interesownością, tym, że tak naprawdę chcemy się targować z Bogiem, tym, że tak naprawdę mu nie ufamy, że nie wierzymy w jego wizję świata. To nasze wielkie ego chce uczynić nas władcami świata, a tak naprawdę nie mamy żadnych podstaw, by rządzić, by decydować, by prosić, by szukać, bo Bóg przecież wie, co dla nas dobre, i to wie już do samego końca, do kresu naszych dni. Czyli niepotrzebnie się wysilamy. Niepotrzebnie, nie tylko używamy wioseł, ale też zupełnie bez potrzeby zatruwamy sobie głowę myśleniem. Czyli myślenie to raczej choroba niż … Zgadza się?

- Dokładnie. Większość naszych myśli jest chorych, niepotrzebnych, szkodliwych, a my je wypuszczamy w świat, tworzymy bałagan. Z tego nie zdajemy sobie sprawy, albo nie chcemy być tego świadomi. Takie jest w tym niebezpieczeństwo, ciociu.
Natworzyłaś w swoim życiu wiele rzeczy, których pewnie się wstydzisz, lub będziesz wstydzić, dlatego …

- No, no, jestem ciekawa, powiedz, co mam zrobić, by to cały sekret stał się moim udziałem, bym była świadoma jego pełni? – przerwała, czując, iż ciekawość ją rozsadza.

- Dlatego, jeśli nabywasz świadomości „Sekretu”, to przyjmij tę pełną jego świadomość. Bo nasze myśli, są tak samo niebezpieczne, jak i twórcze, mogą być tak samo dobre, jak i złe: zakłócają porządek świata, wprowadzają niepokój i wojnę, biedę i cierpienie. Mamy dobre intencje, a skutek jest odwrotny. Od początku cywilizacji ludzie walczą o pokój, o dobro, a co osiągają?

Dlatego każdy człowiek, który wchodzi w „posiadanie sekretu” powinien posiąść pełną świadomość tego, czym on jest. Każdy potrzebuje medytacji, by nauczyć się obserwować to narzędzie, jakim jest nasz własny umysł, by zyskać nad nim władzę, nie pozwolić mu na przejęcie władzy nad nami, bo wtedy dzieje się to … co się dzieje.
Ciociu, do tej pory, moje i twoje myślenie było szkodliwe i dla świata i dla nas samych. Wystarczy spojrzeć na nasze życie i na świat, który wykreowaliśmy naszymi myślami. To nasze dzieło – moje i Twoje.

Jedyny sposób by to zmienić i naprawić to zmienić myślenie, to obserwować myśli bez ich oceniania i … nic więcej nie robić. I ciociu nie jest naszą misją dokonywać tych zmian u innych, tylko u siebie. Wszystko się zaczyna i kończy w nas, więc tylko nas dotyczy ta zmiana. Tylko nas i naszych przeszłych, i obecnych myśli. Potrzebujemy oczyszczenia z przeszłości i … obserwowania. To wszystko. I dobrze mówisz, nawet wiosła są nam niepotrzebne, rzeka nas zaniesie, gdzie ma zanieść. – skończył.

- No dobrze, czyli bardziej niż nasze „chcenie”, liczy się nasze „niechcenie”? – zapytała chcąc podsumować.

- Ciociu, jedno i drugie jest niepotrzebne, bowiem tak samo niebezpieczne jak nasze lęki, są nasze pragnienia. Swoimi pragnieniami i obawą przed ich niespełnieniem okazujemy – dokumentujemy swoją ufność, wolność, prawdę o wielkości naszego współczucia i akceptacji siebie i wszystkiego, a tak naprawdę – zauważ! – ich przeciwieństwo.

Jak być sobą? Totalnie zaakceptować wszystko i … znikną pytania.
Tak, totalna akceptacja likwiduje pytania, „chcenie i niechcenie”, czyli pragnienia i lęki, pozwala poczuć prawdziwego siebie. Uwalnia totalnie od wojen, napięć, smutku, nieszczęścia, cierpienia … To wszystko. Taka akceptacja jest wynikiem obserwowania swoich myśli – medytacji. Niczego więcej nie trzeba. Tak mało, a tak wiele … albo odwrotnie: tak wiele za tak mało. – uśmiechnął się dając do zrozumienia, że skończył.

- Świetnie Piotrze, tego potrzebowałam. A teraz zobaczymy, na ile nam się uda o tym pamiętać, jak głęboka będzie nasza medytacja i jaka będzie ta nasza świadomość? Po owocach to poznamy. Zgadzasz się Piotrze?

- Dokładnie się z Tobą, ciociu, zgadzam. – potwierdził.

I śmiali się oboje w głos.


Piotr Kiewra

czwartek, 13 kwietnia 2017

Pamiętaj! To też minie!

Kiedyś w pewnej dużej księgarni, w moim ulubionym dziale, kobieta przyglądała się moim poszukiwaniom. Gdy tak przekładałem jedną pozycję za drugą, przemówiła z uśmiechem:
- Warto przeczytać wszystkie! Jedna z nich uratowała mi życie.

- Tak, warto. Czuję to. A odkładam te, które znam. – odpowiedziałem i od razu dodałem pytanie:
- Naprawdę książka uratowała ci życie? Możesz o tym opowiedzieć? Proszę!

Usiedliśmy w innej części galerii handlowej, poza księgarnią, i tu trzymając w rękach świeżo zakupioną książkę rozpoczęła swoją opowieść:

- To krótka historia i całkiem niedawna, bo na książki tego duchowego mistrza natrafiłam jakieś trzy, niecałe cztery lata temu. Chyba nie przypadkiem trafiłam … ot, najpierw dotarło z różnych źródeł kilka jego cytatów, a później w jednej z internetowych księgarni znalazłam recenzję jednej z jego książek i postanowiłam zamówić. Od pierwszego zdania tej książki pochłonęła mnie a ja ją, a później następną i następną.

Ale do rzeczy … Mówię, że nie przypadkiem spotkałam Osho, bo w moim życiu wydarzały się i wojny, i rewolucje. Pogubiłam wszystkie drogi, czułam się tak nieszczęśliwa i porzucona, niespokojna, rozharmonizowana, cierpiąca, że uciekłam od ludzi i świata w jakieś użalanie się nad sobą, a przede wszystkim w obwinianie innych. 
Na skutki nie trzeba było długo czekać, zaczęłam chorować, wszystko zaczęło mnie boleć, aż w końcu wykryto u mnie raka. Przepisano chemię i operacje, ale uciekłam ze szpitala, zamknęłam się w moim mieszkaniu i wtedy … zaczęłam oglądać seriale i czytać jakieś książki, aby nie myśleć, aby – przynajmniej na chwilę – zapomnieć, poczuć ulgę.

To mi pomagało. Seriale i książki zapewniały mi chwilową przyjemność bycia w innym świecie. Chwilową, bo gdzieś musiały być momenty bez telewizora i bez książki i wtedy ból psychiczny a wraz z nim i fizyczny, wracały i to z tysiąckrotnie większą siłą. W takich chwilach czułam, że umieram, że goni mnie czas, a ja jedynie uciekam i to ostatkiem sił.

Gdy skończyłam wszystkie książki ze swojej biblioteczki, zaczęłam wypożyczać, a później też kupować w księgarni i przez internet. Niewiele z tego, co czytałam zostawało we mnie jako mądrość, raczej były to śmieci, niepotrzebna mi wiedza o świecie, innych ludziach, ich problemach, zmartwieniach, chorobach. W pewnym momencie poczułam, że nie dość, że mam swoją własną chorobę, to odchorowuję też nieszczęścia, zmartwienia i choroby innych ludzi.

Postanowiłam poszukać czegoś innego, czegoś, co nie byłoby powielaniem na papierze problemów innych ludzi i moich własnych, ale czymś innym. Nie wiedziałam, czego szukać i zaczęłam wybierać wg tytułów i recenzji.

W pierwszych sześciu już nie było problemów, ale też nie było też tego, co szukałam.
 W siódmej – tak, dokładnie to pamiętam, w siódmej – trafiło w moje serce i duszę jedno zdanie, jak nic wcześniej w moim życiu. Było krótkie i niby zwykłe, tylko trzy słowa, ale za to jaka głębia: TO TEŻ MINIE. Tak to brzmiało:
PAMIETAJ! TO TEŻ MINIE!

Nie wiem, dlaczego akurat to zdanie mnie zastrzeliło, odwróciło o 180 stopni, ale tak się stało. Poczułam, jakbym przez jakąś otwartą bramę weszła do zupełnie innego świata.
Zapaliły się we mnie jakieś światła, znikła ciemność, pojawiła się nadzieja i odrobina wolności. Z każdym dniem jednak ta wolność rosła: a to od problemów, od zmartwień, od przeszłości, od oczekiwań i pragnień, i w ogóle od myśli. Poczułam, że staję się coraz lżejsza. A najdziwniejsze, że gdy odstawiałam książkę, nie wracały problemy, czarne wizje – złe myśli.

Powtarzałam sobie za Osho:
Dzień przemija za dniem. A za każdym z nich przychodzi noc. Przemija jesień i zima, nadchodzą wiosna i lato … i przemijają. Góry i doliny w naturze przemijają. Góry i doliny życia przemijają. Chmury i słońce, miliardy istnień, moje ciało przeminie, moja pamięć przeminie … i moja choroba przeminie.

I nagle coś mnie tknęło … czułam się zdrowa. Naprawdę! Naprawdę, czułam, że nie ma we mnie choroby, że jestem od niej wolna, że przeminęła – tak jak wszystko inne. Nie, nie badałam się, ale tak czułam.

Gdy poszłam się zbadać, lekarze oniemieli. Nie mogli zrozumieć, że bez chemii, naświetlań i operacji, bez leków, moje ciało ozdrowiało. Powtarzali badania i wyszło, że jestem zdrowa. Ja to czułam, gdzieś w sobie, moje ciało się cieszyło, ale i moja głowa była spokojna, ale oprócz tego poczułam, że mam w sobie jeszcze coś, jakąś nieznaną moc, która może wszystko. Może też uzdrawiać. To dzięki tej książce i temu jednemu, jedynemu zdaniu: PAMIĘTAJ! TO TEŻ MINIE! wszystko się odwróciło.

Od tej chwili czytam książki Osho, jedną za drugą. One mijają, tak jak wszystko inne, ale jednak coś pozostawiały. Okazało się, że nie przemija prawda, miłość, wolność, akceptacja. Przemija materia, przemija ciało, przemijają smutki, przyziemne radości, wszystko przeminie, tylko moja prawda zostanie.

Zostaję „ja” – świadek patrzący na to wszystko.
On mi mówi, a właściwie to inaczej – gdzieś między słowami coś się pojawia i pozostaje. Ono się pojawia dzięki jego słowom we mnie. 

Wtedy czułam, a teraz jeszcze mocniej, że dzięki niemu odzyskuję to, co moje, że natrafiłam wreszcie na źródło prawdy, miłości – wszystkiego. To źródło bije we mnie i biło zawsze, lecz spałam, byłam zaślepiona, żyłam w ciemnym pokoju.

Tak, to zdanie: PAMIĘTAJ! TO TEŻ MINIE … od niego wszystko się zaczęło.
Coś mi szeptało, gdzieś w duszy i sercu: Zostanie to, co wieczne, więc się nie martw. Wszystko też minie: minie choroba, nieszczęście, cierpienie, ból strach. Naprawdę minie. 
Dlaczego miną? Bo przemija wszystko, co jest nieprawdziwe, tylko prawda pozostaje.

Poczułam w tym głębię. Zrozumiałam to sercem i duszą. Uświadomiłam sobie, że skoro jesień i zima przemijają, noc przemija, ludzka, zwykła miłość przemija, to i choroba przemija. Skoro nie mogę zatrzymać na stałe przy sobie wiosny i lata, słonecznego dnia, ludzkiej miłości, to dlaczego, do licha, próbuję zatrzymać chorobę? No tak, martwiąc się, przejmując się nią i sobą, przywiązuję się do niej, kurczowo się jej trzymam. I wtedy właśnie to jedno zdanie: „Pamiętaj! To też minie” sprawiło, że puściłam, przestałam ją zatrzymywać na siłę swoim strachem, zmartwieniem, smutkiem, ucieczką.

Naprawdę poczułam to gdzieś głęboko w sobie, jak coś mnie opuściło, przestało mnie ssać, przestało mnie straszyć.Przestało być mi potrzebne. Zresztą odczułam, że nie mam żadnych potrzeb – że jestem wolna. I to jest piękne. To uczucie daje tyle radości …

 I minęło.
Teraz wiem, że strach zatrzymuje, a akceptacja to otwarte drzwi i okna, to przepływ, to poddanie się, więc wszystko mija.
I jeszcze jedną wielką rzecz – nie-rzecz – odkryłam: ufność. Zaufałam więc sobie, życiu i temu, że to też minie i … ufam. Bezwarunkowo ufam. Czuję to.

Takie było przesłanie mistyka i tym przesłaniem, tą książką mnie uratował. Od tej chwili zdrowiałam. Czułam jak od głowy poczynając, wszystko się we mnie naprawiało. Czułam to.
Nie odwiedzałam lekarzy – zresztą nawet nie chcieli mnie, bo twierdzili, że skoro uciekłam ze szpitala, to oni nie biorą odpowiedzialności za moje zdrowie. No i cieszę się, bo wreszcie doznałam objawienia: to ja jestem za wszystko, co dotyczy mnie odpowiedzialna.

No i do tej pory chodzę po świecie i śmieję się, mówię, głoszę, a przede wszystkim cieszę się, że wszystko minie, naprawdę wszystko. To sprawia mi radość, to uzdrawia.  
Ot i cała historia.

Jedna książka. Do mnie trafiło to zdanie, do ciebie – być może inne, dlatego wejdź we wszystkie.
Pamietaj! To też minie.

I pamiętam. I Tobie też przekzuję tę moc pamiętania: TO TEŻ MINIE!


Piotr Kiewra

piątek, 7 kwietnia 2017

Cud matczynego przytulenia

Trafiają do mnie ludzie z pięknymi historiami. Nie wiem jak to się dzieje, ale się dzieje. Oto jedna z nich. Opowiedziała ją, przy okazji dłuższej i głębszej rozmowy, również na tematy duchowe, moja znajoma - Bogusia.

Spotkałam kiedyś na Wschodzie człowieka. Był młody, wysportowany, pełen życia, pochodził z dalekiego kraju. Rozmawialiśmy o zdrowiu, o życiu i śmierci, bo wspomniał mi o swoim zmartwychwstaniu … *

Jako małe dziecko, chłopiec nieustannie chorował. Czepiało się go wszystko, a największy problem miał z płucami i sprawami neurologicznymi. Cały czas brał leki i bywał w szpitalach, lecz było coraz gorzej.

Gdy miał dziesięć lat jego stan się pogorszył i trafił znowu do szpitala i mimo leków, leczenia, wysiłków lekarzy … umarł.

Aparatura podłączona do niego wykazała, że przestał oddychać a jego serce przestało bić. Nie pomogła reanimacja, leki, natychmiastowe działanie lekarzy (a trzeba wiedzieć, że był to duży i dobry, renomowany szpital w stolicy kraju, dobrze wyposażony, a w nim najlepsi lekarze) nic nie pomogły. Nie udało się go uratować.
Lekarze poinformowali o tym fakcie rodzinę. 

Matka natychmiast wbiegła do zmarłego syna, objęła go, przytuliła do serca i zaczęła szeptać jakieś (chyba buddyjskie) mantry.

Trwało to z godzinę. Nikt nie był w stanie w tym czasie zabrać jej od syna, wyzwolić jego ciała z jej uścisku, z jej przytulenia.

W pewnym momencie syn odzyskał oddech i tętno. Gdy przybiegli wezwani lekarze, stwierdzili, że chłopiec żyje. Był nieprzytomny, jednak żył, a oni mówili, iż nie rozumieją jak to się mogło stać, że medycyna tego nie rozumie i nazwali to cudem. 

Orzekli jednak, iż ponieważ chłopiec przez ponad godzinę nie oddychał, jego serce nie biło, to na pewno nastąpiły nieodwracalne zmiany w mózgu i dziecko nie będzie mówić, nie będzie samodzielne, straszyli, iż będzie „roślinką”.

Jednak z czasem chłopiec otworzył oczy, wróciła mu przytomność i mało tego, że mówił, chodził, jest samodzielny, to od tej pory już nigdy nie chorował, jego problemy neurologiczne i z płucami skończyły się bezpowrotnie.

Gdy z nim rozmawiałam miał już kilkanaście lat więcej, był trenerem, zdrowym, sprawnym człowiekiem, pełnym energii i pełnym wdzięczności, nie tylko dla tak bardzo kochającej go matki, ale w ogóle pełen wdzięczności, dla egzystencji – Boga, świata i jego tajemnic, a szczególnie wobec tajemnicy życia i śmierci.

Tą tajemnicą jest miłość dająca i ratująca życie, ale też je odbierająca, ofiarowująca zdrowie, pomagająca je odzyskiwać. 

Taką jest miłość matki - matczyne serce i miłość w ogóle, jest nią przytulenie, lecz przede wszystkim miłość, która może wszystko. 

Ona może sprawiać cuda, tylko trzeba ją odkryć, nosić ze sobą i nią się dzielić. Nie tylko ze swoim dzieckiem, lecz ze sobą, z innymi istnieniami, z całym światem.

Miłość to najpotężniejszy "lek", miłość ma największą moc. Nic nie ma większej mocy niż miłość.

Znamy tę moc ze świętych pism, lecz nie zawsze w nią wierzymy, rzadko jej ufamy.

Wraz ze znajomą doszliśmy do wniosku, iż warto o tym mówić, gdyż świadectw wielkości miłości nigdy za wiele. Takich może być więcej, jej owoce mogą się przydarzać codziennie i każdemu. Dlatego tę historię opowiadamy i Tobie.


Piotr Kiewra i Bogusia della Porta

*Fotka wykonana w czasie tej rozmowy z cudownie ocalonym mężczyzną

niedziela, 19 marca 2017

Uzdrawiająca moc górskich wędrówek

Kilka lat temu podchodząc na Granaty zrównałem się w marszu z babcią. Dosłownie, tuż przede mną, dziarsko maszerowała pewna starsza pani, na oko około siedemdziesiątki, a babcią określiła ją grupa młodych ludzi, by zmotywować kilku maruderów wśród nich: „Ale siara, tak się wleczemy, że już babcie nas mijają. Włączcie dopalacze! Nie dajcie się!”

Gdy ona to usłyszała, jeszcze przyspieszyła i zostawiła młodzież daleko w tyle.
Idąc krok za nią, obserwowałem góry, ale od czasu do czasu, wsłuchiwałem się w jej miarowy, wcale nieprzyspieszony, oddech. Dla mnie oznaczało to, że dla niej nie był to wielki wyczyn, szła równym, turystycznym tempem – była dobrze przygotowana, by się wspinać po wysokogórskiej ścieżce. Byłem pełen podziwu.

Na jednym z zakrętów zatrzymała się, by spojrzeć na ścieżkę w dół oraz na jej otoczenie. Też się zatrzymałem. Wtedy powiedziała do mnie:
- Pięknie! Prawda? Warto było.
- Tak. – potwierdziłem. Kontynuowała dalej:

- Uśmiałam się, gdy młodzież nazwała mnie babcią. Przypomniały mi się moje dawne dzieje, moje studenckie wyprawy w Tatry z przyjaciółmi, gdy w czasie

naszych wędrówek zaliczaliśmy po kolei wszystko, co tylko było w zasięgu wzroku. Wtedy to my, jakąś kobietę na szlaku, nazwaliśmy babcią i motywowaliśmy tym porównaniem moje słabsze koleżanki. To były czasy!



Po chwili, już ze smutkiem w głosie dodała:

- Niestety, nikogo już z nich nie ma tym świecie, zostałam sama. Boże! To już ponad

pięćdziesiąt lat temu …



Pokiwałem głową na znak, że też mnie to wzrusza i ruszyliśmy dalej. Od tej chwili rozmawialiśmy aż do osiągnięcia Skrajnego Granata, i dalej już Orlą Percią do Koziego Wierchu, i w dół do Piątki, a później aż do Palenicy. Oto, co mi opowiedziała o sobie i o Tatrach w czasie naszej wspólnej wędrówki. 

To naprawdę niesamowita historia, więc dzielę się nią z Tobą.

- Górskie wędrówki, to była nasza pasja. Każdego lata, w wakacje, ruszaliśmy na szlaki. Chodziliśmy od schroniska do schroniska, albo jak brakowało pieniędzy, to spaliśmy gdzieś na halach, wśród górali i ich owiec. Wiele razy tak było.

Gdy studia się skończyły, skończyły się nasze wędrówki.

Każdy poszedł w swoją stronę. Życie pochłonęło nas całkowicie. Pojawiły się rodziny. Trzeba było pracować na ich utrzymanie i na to, żeby się czegokolwiek dorobić.



Tatry pozostały wspomnieniem, pięknym, wzruszającym, ale wspomnieniem …

Mijały lata i gonitwa trwała. Pojawiły się dzieci, później wnuki. Jeszcze później zaczęli

ubywać z tego świata dawni kumple i kumpelki. Zabierały ich choroby, starość, zmęczenie życiem.



W świat poszły moje dzieci, wnuki były daleko.

Została tylko jedna moja koleżanka. A gdy już była ciężko chora, powiedziała mi kiedyś, że chciałaby, tak na koniec życia, przemaszerować przynajmniej jakiś mały kawałek w naszych

ukochanych Tatrach. Ale niestety, nie udało się jej. Choroba i starość nie pozwoliły. Odeszła.



Zostałam sama. Nie miałam już nikogo ze znanych i ukochanych przeze mnie twarzy i dusz.

Jednak ten ogień pozostał we mnie, ona mi przypomniała – zapaliła, zasiała we mnie iskrę.

Na początku, uznałam to za majaczenie staruszki, za niedościgłe marzenie, bo moje stare kości i trzeszczące stawy, bo osteoporoza, cukrzyca, nadciśnienie i kto wie, co tam jeszcze stało na przeszkodzie. Wchodziłam na swoje pięterko, do mojego mieszkania, kilkanaście schodków i miałam wielką zadyszkę, a cóż dopiero w … Tatry.
Ale iskry się tliły.

Postanowiłam maszerować po mieście, odstawić samochód i przesiąść się na rower. I tak zrobiłam.

Po jakimś czasie przejeżdżałam rowerem po kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Któregoś dnia zrobiłam nawet 150. To było szalone, ale się … zapomniałam, hihi. Odstawiłam leki. Czułam, że myśl o

czekających mnie wędrówkach po tatrzańskich ścieżkach, uzdrawia. Naprawdę tak było.



Zaczęłam truchtać. Lekarze, sąsiedzi, ostrzegali mnie, że to się źle skończy. Moje, od czasu do czasu odwiedzające mnie dzieci i wnuki, próbowały mnie powstrzymać i mówiły, że w moim wieku tak nie przystoi, w krótkich spodenkach i T-shircie, biegać po parku, lesie i miejskich chodnikach. Ale co mi tam – bardziej kocham moje

Tatry, niż dobre opinie na mój temat. Hihi.



Wreszcie uznałam, że jestem przygotowana i na swoje siedemdziesiąte piąte urodziny, dwa lata temu, wróciłam na tatrzańskie ścieżki - dokładnie po pięćdziesięciu dwóch latach od mojej ostatniej, studenckiej wyprawy z kumplami z ferajny.

Teraz jestem trzeci raz. W czasie tych trzech wypraw przeszłam wszystkie nasze

młodzieńcze ścieżki.



Czuję się nawet lepiej niż wtedy. Nogi nie bolą, zadyszki nie mam. Nadal jestem młoda. 

Tatry mają cudowną moc. Tak czuję. Są magiczne. Uzdrawiają ciało i duszę. Tak się stało ze mną, a jeszcze kilka lat temu myślałam, że jest to niemożliwe. Jest możliwe. 

Dziękuję w duchu swojej koleżance, za jej inspirację.

Dziękuję sobie, że wytrwałam, że uwierzyłam. I to właśnie zaufanie do siebie uważam na najważniejsze.



To tyle. Nadal będę chodzić. Nie tylko po Tatrach. Myślę w ciągu kilku lat nazbierać trochę funduszy na trekking w Himalajach - albo wokół Sanktuarium Annapurny, albo w okolicach bazy pod Mount Everestem. A co! Byłby fajny prezent z okazji mojej osiemdziesiątki, nieprawdaż?

Ale Tatry mam na co dzień. Więc wyjeżdżam w nie, kiedy tylko się da, choć najbardziej lubię latem, tak jak kiedyś, w czasie wakacji.

To tyle. Tatry, górskie wędrówki, uzdrawiają i odmładzają.

Śmialiśmy się idąc i rozmawiając na drodze do Palenicy. Ona śmiała się patrząc z politowaniem na stłoczonych, wymęczonych i siedzących na wozach ciągniętych przez konie, młodych „staruszków” (tak ich nazwała), może studentów, może uczniów. Z tych ludzi ona śmiała się najgłośniej.


Piotr Kiewra       

sobota, 18 marca 2017

Uzdrawiająca moc fizyki kwantowej

Przyznam się, że nie rozumiałem fizyki kwantowej, i nie wiem, czy teraz rozumiem, chociaż przekonałem się, jaką moc może posiąść ktoś, kto ją rozumie. Przekonałem się przede wszystkim o tym, że ta moc nie wynika ze zrozumienia intelektualnego, lecz egzystencjalnego, czyli gdy jest świadomie doświadczana.

Otóż przez dużą część roku – poza tą najzimniejszą i śnieżną częścią - jeżdżę rowerem. Na początku poprzedniego sezonu spotkałem na jednej z tras byłego nauczyciela fizyki. Przejechaliśmy razem kawałek drogi i trochę - przy okazji - rozmawialiśmy. Drugi raz spotkałem go pod koniec sezonu i też rozmawialiśmy, tym razem krótko.

Ta druga nasza rozmowa uświadomiła mi jak dużo się wydarzyło w czasie tej pierwszej, jak i między nimi. Wydarzyło się coś poza słowami.

Jest ode mnie o kilkanaście lat starszy i chyba dlatego, miał problem z podjazdem na najwyższe na trasie wzniesienie. Osiągnęliśmy więc szczyt na pieszo, prowadząc rowery. W czasie tego marszu przyznał, że jego kondycja jest już nienajlepsza, bo dopiero niedawno zaczął jeździć i że ma dużo zmartwień, bo od dłuższego czasu żona jest ciężko chora, a i on też się ostatnio dowiedział od lekarzy, że niedługo pożyje. Powiedział, że te właśnie myśli go obciążają, że je wozi na plecach i że trudno mu złapać oddech.

Zamiast go pocieszać, zamiast mu współczuć, zapytałem: - Panie Edku, czy jeszcze pamięta Pan to, czego uczył swoich uczniów?

Chyba pomyślał, że zmieniłem temat rozmowy, że nie chcę rozmawiać o jego chorobach i nieszczęściach, albo nie zrozumiał, o czym mówię, więc skonkretyzowałem pytanie:
- Panie Edku, czy próbował Pan zamienić teorię fizyki kwantowej na praktykę swojego życia?

- Piotrze, nie rozumiem! - powiedział z zakłopotaną miną. 

- Dobrze, powiem tak: czy przekonał się Pan, że materia nie istnieje? Czy nadal wierzy Pan w to, iż jeśli zagłębi się Pan w ścianę swojego domu, to znajdzie Pan tam jakieś większe cegły, a gdy wejdzie Pan głębiej - to będzie to minerał, a gdy jeszcze głębiej - to będą to atomy, a pomiędzy nimi będzie pusta przestrzeń? Jeśli wejdzie Pan w atom, to będzie tam jądro i parę drobiazgów – jeśli dobrze pamiętam – elektrony, a pomiędzy tym wszystkim znowu pusta przestrzeń? Gdy wejdzie Pan w jądro, lub w elektron, znowu będzie tam coś, ale przede wszystkim ta pusta przestrzeń? I tak wchodząc coraz głębiej i głębiej nie znajdzie Pan żadnej materii? Pamięta Pan to przecież doskonale! Prawda? – zapytałem, patrząc mu w oczy.

- No tak pamiętam, ale nie rozumiem - po co pytasz, Piotrze?

- Bo, nie rozumiem, dlaczego materializuje Pan choroby? Nie rozumiem, dlaczego z pustej przestrzeni czyni Pan ciężką do udźwignięcia materię? Nie rozumiem, dlaczego wierzy Pan w iluzje, które kiedyś Pan próbował obalać w uczniach i we mnie? Nie rozumiem, czemu materializuje Pan swoje myśli i zabiera je na rowerową wycieczkę?

Zamiast odpowiedzi zobaczyłem tylko uśmiech na twarzy. Zatrzymaliśmy się, bo on zapadł się gdzieś w sobie i stał tak na poboczu drogi oparty o rower. Nic nie mówił. 

Pomyślałem, że chyba zamienia teorię na doświadczenie. Nie chciałem mu przeszkadzać. Pomyślałem nawet, by go zostawić samego, lecz on uśmiechnął się, a po chwili zaczął się śmiać i powiedział wręcz zalany śmiechem:

- Dziękuję! Jesteś niesamowity, Piotrze. Nigdy bym tak nie pomyślał o świecie, o domach, o ptakach, o żonie, o sobie i chorobach. Nigdy bym tak nie potraktował problemów i swoich własnych myśli, gdybyś mi tego nie uświadomił. Dziękuję, bo poczułem się lekki, och, jaki lekki. Nosiłem materię, iluzję materii, a mimo, że jest pustą przestrzenią to strasznie mi ciążyła.

Tak – faktycznie nauczałem tej teorii, lecz nigdy nie uświadamiałem sobie, że to nie tylko teoria, że tej pustej przestrzeni można doświadczać, że można nie tworzyć problemów, że można nie kreować chorób …

Dziękuję! Dobrze … już nic nie będę mówił. - i faktycznie nic więcej już nie mówił. Jechaliśmy w ciszy.

Obserwowałem go. Naprawdę był lżejszy, bo pod żadne następne wzniesienie nie wchodziliśmy już pieszo, aż do końca wycieczki.

Gdy spotkałem go pół roku później – nomen omen – na tej samej trasie, zaśmiał się, tak jak i ja i powiedział:

- Uwierzyłem w moc fizyki kwantowej. Jestem zdrowy. – dalej jechaliśmy kawałek trasy w pustej przestrzeni – bez słów.

Przyjrzałem mu się: był młodszy, lżejszy i … opróżniony. Tak to wyglądało. I śmiał się.

I tak do dzisiaj, dzięki niemu, wiem i czuję, że każdy, kto zrozumie fizykę kwantową to się śmieje. Śmiech to oznaka tego zrozumienia i ... zdrowia.

Piotr Kiewra


niedziela, 12 marca 2017

„Wyzdrowiałam, bo rozchorował się mój kot i dlatego, że już nie pragnę choroby”

Zadzwonił telefon. Usłyszałem słowo: „dziękuję”!

Po chwili dzwoniąca kobieta się przedstawiła i opowiedziała mi swoją historię.

- Kilkanaście miesięcy temu byłam schorowaną osobą. Na tyle mocno, że nie miałam siły pracować, bawić się, uprawiać sportu. A kiedyś byłam sportsmenką - taką szkolną sportsmenką –  biegałam, grałam w koszykówkę. Później, po studiach, przyszła proza życia: praca, dom, realizowanie celów i takie tam wyścigi, to za tym, to za tamtym.

Czułam się na tyle źle, że zapomniałam już o tych ambitniejszych planach i marzeniach. Wszystko stawało się powoli jeszcze intensywniejszym wyścigiem, bo w pracy i w domu walczyłam przy każdej czynności, nawet przy czytaniu książek, czy siedzeniu przy komputerze, ze złym samopoczuciem, bólem. Wiedziałam, że źle się odżywiam, że męczy mnie stres, że mam za mało ruchu, lecz gdy w tych dziedzinach coś zmieniałam, niewiele to pomagało.

Moje zdrowie, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, się pogarszało. I właśnie kilkanaście miesięcy temu, zaczęło się pogarszać jeszcze szybciej, dosłownie z dnia na dzień. Poszłam kolejny raz do lekarza. Zrobili mi badania i wydali wyrok.

Odechciało mi się wszystkiego, nawet leczenia, nawet walki z chorobą. Zresztą walczyłam z chorobami już wiele lat, brałam mnóstwo leków i to mi nie pomagało. Czułam się coraz gorzej i gorzej, czułam, że leki mnie trują, że uśmierzają mój ból, że tylko powstrzymują moją chorobę, że się nią opiekują.

Wzięłam urlop, zamknęłam się w domu – poddałam się. I tak trwałam w nicnierobieniu, w nieobecności dla świata i dla siebie samej, przez kilka dni.

Trwało to do momentu, aż rozchorował się mój kot. Też nie chciał jeść, też nie chciał się bawić, też był osowiały, leżał i stękał. Ale w pewnym momencie wstał, wyszedł do ogrodu i zaczął jeść trawę przy oczku wodnym. Później wymiotował, znowu jadł trawę i … wyzdrowiał. Tak mnie to zadziwiło, że zaczęłam szperać po internecie w poszukiwaniu czegoś na temat samouzdrawiania się ludzi i trafiłam na YouTube na filmiki, które zaczęłam oglądać. Mówiły o diecie, o ruchu, o ziołach, o stresie. To już przerobiłam. Lecz w jednym z filmików natrafiłam na coś, co mnie rozłożyło na łopatki, powaliło mnie niczym drzewo pod siekierą drwala. Mianowicie usłyszałam tam, że choruję … bo chcę chorować. Na początku pomyślałam, że to wierutne bzdury, bo jak człowiek, normalny człowiek, może chcieć chorować.

Pomyślałam, że tylko człowiek obłąkany, ktoś niespełna rozumu może pragnąć choroby. Lecz gdy się zagłębiłam w tamte słowa, słowa autora filmu, coś mnie ruszyło. I powoli, powoli zaczęłam to rozumieć. W końcu zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę chciałam być chora.

Chciałam być chora, bo choroby były tematem moich rozmów z przyjaciółkami, bo choroby były moimi wymówkami i wreszcie choroby stały się magnesem do przyciągania zainteresowania mną dla moich dzieci, które dorosły i poszły w świat. 

Stałam się sierotką, taką biedną, małą, chorą sierotką Marysią, która chciała przyciągnąć ludzi, opiekę, która chciała sobie ulżyć w niedoli, chciała zabić swoją samotność, przyciągając do siebie ludzi. Tym sposobem na moją obecność i znaczenie dla świata, stały się moje choroby.

To było podświadome. Niby świadomie pragnęłam zdrowia, a podświadomie było zupełnie odwrotnie. A ponieważ umysł podświadomy to 90% umysłu, to te pragnienia spełniały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przyciągałam to, czego się bałam.

Teraz widzę, czuję to, co mówił autor filmu, że dostajemy to, czego się boimy, przyciągamy to, czego się lękamy: świadomie boimy się chorób, uciekamy przed nimi, podświadomie ich pragniemy, bo zapewniają nam korzyść.

Później zaczęłam czytać też teksty tego samego autora. Powoli zrozumiałam.

Na początku wydawało mi się, że to rozumiem, ale to było tylko takie moje widzimisię, sztuczka mojego świadomego umysłu. Prawdziwe zrozumienie przyszło później, gdy dotarłam do podświadomego umysłu, gdy zaczęłam medytować. Odkryłam, że do podświadomości mogę dotrzeć tylko w ten sposób. Zaczęłam obserwować swoje własne myśli i powoli zaczęły ustępować, gubić się, palić ze wstydu, że zostały zdemaskowane, że odkryłam ich pokrętność, ich fałsz. Odkryłam, że myśli mają naturę śmieci, że tak naprawdę tylko tym są – śmieciami. Więc oczyszczałam się z nich. Po prostu im się przyglądałam.

Zdarzył się cud, bo zaczęłam się śmiać. Nawet nie wiem, z jakiego powodu, może dlatego, że bez myśli czułam się lekka, doenergetyzowana. Może dlatego, że to śmiech jest naszą naturą, a nie smutek, że to radość, a nie strach jest naszą prawdą. W każdym bądź razie, śmiałam się w duchu, śmiało się moje ciało.

Ciało zaczęło być wrażliwe. Wreszcie zaczęło mi podpowiadać, co jest dla mnie właściwe, a co nie. Ciało mi podpowiadało, czego pragnie. Zachciało ruchu, więc zaczęłam biegać, zachciało surowej żywności, więc zaczęłam jeść jak dzikie zwierzęta. 

Moja głowa oczyściła się ze śmieci i przestałam się bać, przestałam uciekać. Wiedza przestała mi być potrzebna – moi przewodnicy byli ciagle obecni i gotowi, by mnie prowadzić. Oni byli i są częścią mnie. Wystarczyło wyrzucić z siebie hałas i wszystko zaczęło być słyszalne, widzialne, wszystko się czuło.
To niesamowite! To cudowne! To piękne i radosne, i mądre. I ta cała mądrość jest w nas. Ach …

I zaczęłam podziwiać … kota. Tak, naprawdę, za jego mądrość, za to, że nie pragnie chorób i mojego nim zainteresowania. Jest mądry, bo gdy przychodzi choroba, to coś wewnątrz niego - instynkt lub intuicja podpowiada mu, co trzeba zrobić.

Panie Piotrze! Wie Pan, dlaczego do Pana zadzwoniłam? Bo to były Pana filmiki. Znalazłam na blogu numer telefonu i zadzwoniłam, by podziękować.

Wyzdrowiałam, bo rozchorował się mój kot i dlatego, że już nie pragnę choroby.
Naprawdę. Nie brałam leków, a zdrowiałam. Dzięki Panu zrozumiałam, że wszystkie choroby są tworami naszych umysłów, że kreujemy choroby swomi myślami. Zrozumiałam to, co Pan mówił w tych filmikach, że zdrowie jest naszą naturą, a choroba naszym wyborem i zrozumiałam to nie poprzez głowę, ale poprzez doświadczenie.

Teraz wiem, dlaczego do mnie ta śmiertelna choroba przyszła. Przyszła, by mnie zaszokować, przyszła, by powiedzieć w akcie rozpaczy, że nie jest potrzebna. Tak, przyszła, by mnie przebudzić, potrząsnąć i dać do zrozumienia, że choroba nie jest mi do niczego potrzebna. To wygląda dziwnie, gdy komyś to mówię, paradoksalnie: cierpimy, by zrozumieć, że cierpienie nie jest nam potrzebne, chorujemy, by zrozumieć, że choroby nie są nam potrzebne.

To głęboko duchowe prawdy i by je zrozumieć trzeba stanąć na krawędzi życia i śmierci, trzeba stanąć w sytuacji bez wyjścia. Tak, tylko w takiej sytuacji można odnaleźć prawdziwą drogę. Teraz to wiem.

I powiem Panu jeszcze jedno, że nikt nie chce mi uwierzyć, ale teraz po tym doświadczeniu, wiem, dlaczego tak jest.

Oj jestem gadułą, ale to dlatego, że tak się cieszę tym czego doświadczyłam i tak bardzo bym chciała tę swoją historię opowiadać innym, lecz mnie nie słuchają. Może Pana wysłuchają, tak jak ja wysłuchałam.
Dziękuję!

Podziękowałem za tę rozmowę. I spisałem jej treść, by w Tobie ta niesamowita historia dokonała takiej przemiany jak w tej kobiecie.

To tyle.


Piotr Kiewra

piątek, 10 marca 2017

Zdobywać, czy wędrować?*

Póki żyjemy jesteśmy poszukującymi prawdy. Każda nasza aktywność, każde działanie i niedziałanie ma ukryty lub jawny cel - poszukiwanie, pragnienie poznania. Samo istnienie, bycie jest poszukiwaniem.

Świat, to nie tylko wybrane miejsca, ale każdy kawałek przestrzeni. To nie tylko turystyczne atrakcje: zabytki, cuda natury, ciekawe kultury, nieodkryte tajemnice, ale każdy kawałek przestrzeni, również pustkowia, miejsca opuszczone i odludne.

Góry to nie tylko szczyty, lecz i doliny. Świat jest całością i góry są całością.

Dlatego prawdziwy poszukujący to ktoś, kto zaspokaja głód poznania poznając całą tę przestrzeń, ktoś, kto stawia i waży kroki nie tylko ku szczytom, lecz jest uważny przy każdym stawianym kroku.

Wędrując po świecie i po różnych górach, najczęściej po Tatrach, zauważam wśród poszukujących dwie grupy ludzi: zdobywców i wędrowców.

Nie, żadna z nich nie jest lepsza, czy gorsza. Są inne. Są etapami drogi.

Zdobywcy pędzą ku szczytom, ku atrakcjom, ku odległym zakątkom – zaliczają. Zaspokajają głód emocjonalny. Potrzebują silnych wrażeń, tego by widzieli ich wyczyn inni, bo chcą się wyróżnić, albo chcą dorównać innym. Pragną sławy, zaspokojenia ambicji, zrealizowania celów i marzeń. Lub inaczej, pcha ich do zdobywania pragnienie doskonalenia siebie, poznania swoich możliwości, udowodnienia sobie (może i innym) swojej własnej wartości: siły ciała i charakteru, wytrwałości, odwagi. Oni idą ku szczytom, wspinają się, by podziwiać widok ze szczytu, by cieszyć się patrzeniem na świat z góry, by w ten sposób przeżywać chwile przyjemności i szczęścia.

Wędrowcy są inni. Dla nich liczą się nie tylko szczyty, lecz i doliny, i wszystkie pozostałe miejsca i przestrzenie. Dla wędrowca ważny jest każdy krok. Doświadczają przyjemności i szczęścia i na pustkowiu, i tam gdzie ich nie widzą inni, tam gdzie nie ma nic (wydawałoby się dla zdobywców) ciekawego. Dla nich początek drogi ku szczytom, jak i każda część ścieżki nie jest poświęceniem, stratą czasu, więc raczej nie pędzą, nie wspinają się tam, gdzie najtrudniej, tam gdzie czeka ich prestiż, pochwała, docenienie, jakakolwiek materialna lub mentalna nagroda.

Każdy z nas jest albo zdobywcą, albo wędrowcem. Rodzimy się jako potencjalni wędrowcy, stajemy się zdobywcami, jesteśmy nimi w młodości – najczęściej. Gdy zdarza nam się dojrzewać, zaglądać coraz częściej w głąb siebie, odkrywamy w sobie wędrowca.

Zdobywanie jest właśnie drogą ku odkryciu innej drogi, tego, że to wędrówka jest celem, a nie zdobycze.

Obie drogi są naszym udziałem w różnych okresach życia. Lecz nie wiek o tym decyduje. Wiek nie ma z tym nic wspólnego, to raczej intensywność poszukiwania jest tu wyznacznikiem.

Mimo, że ci drudzy wędrują wolniej, nie spiesząc się, to ich poszukiwanie jest bardziej intensywne, przez to i głębsze, bo poszukują w każdym stawianym kroku, w każdej chwili. Są w teraźniejszości.

Zdobywcy są w przyszłości, są już myślą na szczycie. Większość drogi ku szczytom to dla nich strata czasu, to niepotrzebne cierpienie. Są więc bardziej niecierpliwi, raczej biegną, częściej się potykają, upadają i giną, zdecydowanie mniej zauważają. Więcej mówią o przeszłości, o dokonaniach, o planach, o kolejnych celach, dlatego wolą chodzić i zdobywać w grupie.

Wędrowcy są cisi, ustają nawet ich wewnętrzne mowy. Ich wędrówka jest wędrówką serca, a nie nóg i głowy. Widzą i czują, bo rozumieją, czym i kim są napotkane po drodze kwiaty, kamienie, drzewa, trawy, zwierzęta i ludzie.

W wędrówce dochodzą do coraz głębszego zrozumienia siebie, a przez to i świata. U zdobywców jest odwrotnie – pragną zdobywać, by zrozumieć świat.

Dla zdobywców góry, pasje, wszelkie działania są czymś, co ich łączy z innymi ludźmi.

Dla wędrowców góry, pasje, jak i wszystko inne, są ścieżką do siebie samego, a więc do uwolnienia się od przywiązań, a poprzez to do duchowego połączenia z całością.

Łatwo jest odróżnić zdobywcę od wędrowca, nie tylko w czasie podróży po świecie, w czasie marszów po górach, na tatrzańskich ścieżkach, lecz widzę to też na forum grupy, którą prowadzę na Facebooku (Tatry – górskie wędrówki).

Jest wiele różnic. Kolejna: zdobywców denerwuje mnogość wędrujących na szlakach, a nie przeszkadza im tłok na szczycie. Wędrujących cieszą rzesze innych wędrowców, lecz na szczytach lubią być sami (i są sami, nawet, gdy na szczycie jest tłoczno. Paradoks? To tylko pozorny paradoks).
Jeszcze jednym się różnią jedni od drugich: zrobionymi fotkami. Zdobywcy pstrykają przede wszystkim fotki sobie, a reszta jest tłem. Wędrowcy fotografują ścieżki, nie siebie.

Łatwo jest odróżnić, ale łatwo jest i zauważyć, jak z każdym krokiem stawianym w górach zdobywcy odkrywają coś większego niż przyjemność zdobywania - odkrywają radość wędrowania, coś, co jest cały czas obecne w wędrowcach.

I zdobywanie, i wędrowanie, to etapy. Zdobywanie jest wcześniejsze, jest pierwszym etapem, wędrówka jest później. Zdobywanie jest etapem drogi ku wędrowaniu. Inny scenariusz jest niemożliwy.

Z natury, każdy już jest wędrowcem, lecz musi to odkryć. Zdobywanie jest więc drogą ku odkryciom. Im większymi stajemy się
zdobywcami, tym szybciej odkrywamy tego wewnętrznego wędrowca wędrującego po świecie zewnętrznym, lecz poznającego wnętrze.

I to jest jedyny i prawdziwy cel wędrówki, lecz i zdobywania. Nie ma innego celu. Wszystkie inne cele to iluzje.

Piotr Kiewra     



*Tym wpisem przedstawiam też szerzej ideę facebookowej grupy Tatry – górskie wędrówki