środa, 18 marca 2020

Nie pytaj mnie o choroby, pytaj o zdrowie


Odebrał połączenie od cioci: 
- Wiesz, Piotrze, boję się tego koronawirusa. No wiesz, tyle się o nim mówi, tyle osób zachorowało, istna pandemia. Boję się i dlatego dzwonię, a nie proszę o pogawendkę u mnie. Chciałam o parę rzeczy zapytać, bo ty się znasz na chorobach.  
- Ciociu, tyle razy ci mówiłem, że nie znam się na chorobach, nie zajmuję się nimi. Wiem tylko, co nieco o zdrowiu i to swoim. – odpowiedział.
- No, ale o tym wirusie to na pewno dużo wiesz. – upierała się.
- Nie, nic o nim nie wiem i nie będę wiedział, póki się z nim nie spotkam. 
- Piotr, nie żartuj! Ja mówię całkiem poważnie, przecież to śmiertelna choroba. – apelowała.
- Ciociu nie żartuję. Jeśli tylko będziesz wiedziała, że go masz, to po niego przyjdę. Naprawdę. To jest moja metoda. Zawsze byłem otwarty na grypy i anginy, które przechodziłaś i które inni przechodzili. Już tyle razy odwiedzałem cię w chorobie, by się zarazić od ciebie i od każdego, kto tylko narzekał na przeziębienie, lub cokolwiek wywołanego bakteriami i wirusami. Pamiętasz przecież i potwierdzisz?
- No tak, prawda. I nigdy się nie zaraziłeś. – potwierdziła.
- Nie. Było odwrotnie. Zaraziłem się za każdym razem i dlatego nie chorowałem. 
– Zaraz, zaraz, nie rozumiem. Zaraziłeś się, a nie byłeś chory? – pytała zdziwiona.
- Tak ciociu. To była moja szczepionka, która wzmacniała mój układ odpornościowy, mój system samouzdrawiający. Widzisz, odporność jest jak mięśnie, serce i płuca, trzeba ją ćwiczyć by była sprawniejsza. Odporność potrzebuje wyzwań. W miarę jak rośnie, można jej stawiać coraz wyższe wymagania, a ona sobie z tym radzi. Zanim pojawiła się choroba to moje przeciwciała zniszczyły wirusy i bakterie. Wygrywały z nimi wojnę, zanim zdążyły zaatakować i cokolwiek zniszczyć, zachwiać równowagę w moim ciele. Być może przyszedł teraz czas na koronawirusa. A na pewno się z nim spotkam i ty się spotkasz, i wszyscy się spotkają. Może, tak jak ja, tego nie odczują, może zachorują, być może umrą, ale odpowiedzialność zawsze jest po stronie każdego człowieka za siebie samego. Odpwiedzialność nie z powodu zarażenia się, lecz z powodu braku gotowości na spotkanie, z powodu słabej odporności .
- Hola, hola Piotrze, ale nie wszyscy mogą mieć dużą odporność. Na przykład starsi ludzie, tacy jak ja. Mam już prawie osiemdziesiątkę. W tym wieku odporność słabnie. Przecież o tym wiesz. 
- To fakt, lecz nie z powodu wieku, tylko dlatego, że starsi na ogół nie ćwiczą swojej odporności. Izolują się od chorób, są mniej ruchliwi. Stawiają ciału mniej wyzwań, unikają zimy, zimna, unikają ruchu, unikają słońca, deszczu. Ich odżywianie jest dalekie od naturalnego, a tylko naturalne jest zdrowe. Unikają innych ludzi. Nie zabiegają o zdrowie, lecz martwią się chorobami. Coraz więcej w nich strachu. Znam wielu starszych ludzi i widzę to u nich. Widzę w nich strach, lęk nie tylko przed chorobami. Mówią dużo o chorobach, w ogóle dużo mówią, a to świadectwo lęku. Tak, gadatliwość, to najczęściej objaw lęków.
Zdrowie i choroba to dwa przeciwieństwa, ale są bardzo ze sobą powiązane, a właściwie to stanowią jedność. Jeśli potrafisz patrzeć na siebie ze spokojem, z ufnością, jeśli potrafisz słuchać swojego ciała i dawać mu to czego potrzebuje, to ono trwa w zdrowiu. A ono potrzebuje wyzwań, potrzebuje kontaktu z wirusami, bakteriami, potrzebuje ruchliwości, męczenia się, potrzebuje treningu odporności. Nie potrzebuje notorycznego zamartwiania się, lęku, napięcia, niepokoju. 
Starsze osoby są ciągle zmęczone. Dlaczego? Bo dużo myślą i za dużo odpoczywają. Męczenie się i odpoczynek powinny następować naprzemiennie. A oni ciągle odpoczywają. Jeśli ciągle odpoczywasz, jak możesz mieć sprawne mięśnie, płuca, serce? Jak możesz mieć sprawną odporność bez treningu, bez zarażania się? Jak możesz być odporna na koronawirusa, nie spotykając się z innymi wirusami i z nim samym? To niemożliwe. 
Ciociu, od pięćdziesięciu lat spotykam się świadomie i nieświadomie, bez lęku ze wszelkimi zarazkami, nie tylko w Polsce, lecz i za granicą i … to działa. Sprawdziłem to na sobie. 
- No tak, ale skąd wiesz, jak się zachowa ten wirus? Mówiłeś, że jeszcze się z nim nie spotkałeś i nic o nim nie wiesz?
- Nie muszę tego wiedzieć, mówiłem ci, zaufałem ciału, a ono od milionów lat rozwiązuje tego typu problemy i to skutecznie. Dowodem jest to, iż jakoś się nam udało przetrwać mimo miliardów wirusów i innych zagrożeń. A to, co ono wypracuje, przekazuje za pomocą genów następnym pokoleniom.  
Naprawdę nie muszę się martwić. To nie głowy sprawa: wirusy, bakterie, wszelkie choroby. Gdyby głowa się w to wszystko nie mieszała, to wielu chorób ludzkość w ogóle nie doświadczyłaby.
- No tak, a sportowcy? Oni chorują. – przerwała, by zapytać.
- Oni przesadzają. Ćwiczą tak intensywnie. U nich jest odwrotnie niż u starszych ludzi. Za dużo ćwiczą, za mało odpoczywają. Jak widzisz dobry jest środek, pożądana jest równowaga – harmonia. I właśnie tym jest zdrowie – harmonią, równowagą. Jeśli przechylisz się za bardzo w lewo, lub w prawo, chorujesz, bo tracisz równowagę. 
- To skąd mam wiedzieć, gdzie jest ten złoty środek?
- Obserwuj ciało, rozmawiaj, a właściwie słuchaj go, miej z nim kontakt. Ciało to kocha i odpłaci ci harmonią, czyli zdrowiem. 
Ludzie sądzą, że potrzeba wielkiej wiedzy, że trzeba skończyć medycynę, dietetykę, i wiele innych fakultetów, by móc być skutecznym w utrzymaniu zdrowia. Otóż nie, ciociu. Zaufaj ciału. Jeśli słuchasz jego informacji, to od niego w sprzężeniu zwrotnym otrzymasz odpowiedź, co i jak. Jeśli dasz mu co potrzebuje, wtedy doświadczysz czegoś takiego jak „w zdrowym ciele zdrowy duch”.  To nie jest kwestia wiedzy, lecz zaufania i po prostu bycia sobą. Mistycy, mędrcy, mówią: Bądź sobą, bądź tu i teraz i to pomaga ciału i psychice. 
Trzeba zacząć od ciała. Wtedy koronawirus nie będzie groźny i żadne media nie wywołają w tobie strachu, bo nie im będziesz ufać, lecz sobie i swojemu ciału. 
Nauka i medycyna długo jeszcze będą błądzić, zanim dotrą do tej wiedzy i tych środków, jakie posiada ciało, jakie posiada natura.
I co jeszcze? 
Pewnie będą błądzić jeszcze dziesiątki, a może setki lub tysiące lat zanim znajdą tak skuteczny lek na wszystko jak ten duchowy, bardzo prosty, jakim jest ufność, powierzenie się, jakim są miłość, akceptacja, bycie sobą. 
Jednak większość ludzi woli zaufać mediom, gadającym stamtąd głowom i tej błądzącej na manowcach, pasącej się łatwym pieniądzem nauce i medycynie niż naturze, niż sobie, niż ciału z tak olbrzymim potencjałem jakim jest nasz układ odpornościowy i samouzdrawiający.
Dlatego wszystkim i tobie ciociu powtarzam: zajmijmy się swoim własnym zdrowiem, nie chorobą! 
No i najważniejsze: strach potrafi zniszczyć system odpornościowy i dlatego wyrzuciłem telewizor, radio i nie kupuję gazet. W ten sposób znika chyba z 90% lęków. Resztę załatwia prosta rzecz: bycie sobą.  
No więc ciociu, nie mam najlepszych wieści dla ciebie: jeszcze musisz się tu na Ziemii pokręcić między ludźmi przynajmniej do setki. Koronawirus nie ma z tobą żadnych szans: jesteś zbyt żywotna, zbyt ciekawa świata, zbyt silna, zbyt żywa, zbyt zdrowa, no nawet zbyt młoda ( bo coż to te osiemdziesiąt lat w zestawieniu z twoim potencjałem?). Ponadto twój strach jest malowany na szkle i zmyje go twoja pierwsza łza, czy to smutku, czy radości. Jesteś pełna miłości, optymizmu, ufności … koronawirus nie ma z tobą żadnych szans. Jeszcze trochę pracy i marszu w swoją własną stronę i wszystkie wirusy będą schodzić ci z drogi z daleka. 
I śmiali się oboje głośno aż w słuchawkach telefenów huczało.

Piotr Kiewra


poniedziałek, 17 lutego 2020

Pokochać siebie, czyli niewalentynkowa miłość

Parę lat temu, w pełni wiosny, pod błękitem i jaśniejącym gorącem słońcem, wśród żółcących się aż po horyzont rzepaków, jechałem rowerem, gdy zadzwonił mój smartfon. Miły, kobiecy głos, zapytał, czy znajdę chwilę na rozmowę. Zgodziłem się. 
Chwila rozrosła się do dwóch godzin, a opowieść kobiety tak mnie wciągnęła, że mój rower na dobre rozgościł się wśród pierwszych maków i chabrów w przydrożnym rowie, a ja stojąc wśród poruszanego wiatrem złota słuchałem i … słuchałem.
Oto ta spisana później opowieść o chorobie, cierpieniu, miłości, byciu sobą, zdrowiu i … Walentynkach. 
-Jestem stałą czytelniczką pana blogów, tego o zdrowiu i tego z opowiadaniami. Stąd mój telefon. Postanowiłam opowiedzieć swoją historię, bo uznałam, że takich jak ja jest większość. Oni wszyscy, tak jak kiedyś ja, słyszą rady, czytają mądre książki, korzystają z przykładu innych, a jednak cierpią, chorują, są nieszczęśliwi.
Tysiące razy słuchałam, czytałam: „Pokochaj siebie! Bądź sobą! Bądź tu i teraz!”,  a jednak nie rozumiałam, co to znaczy „siebie pokochać”, co to znaczy „byś sobą”. Daję głowę, że inni też tego nie rozumieją. Nie mogą rozumieć, bo to jest widoczne poprzez ich zdrowie i mówi o tym ich cierpienie. Ja też myślałam, że wiem, lecz poprzez myśl nie można poznać prawdy … No dobrze, ale może zacznę od początku. 
Dokładnie 15 miesięcy temu moje ciało było ciężko chore. Nie tylko ono, jeszcze bardziej byłam chora mentalnie, emocjonalnie i duchowo. Wtedy zdawałam sobie sprawę z chorób ciała, wszystko inne wydawało mi się zdrowe. No może nie całkiem, bo przez wiele lat byłam pod opieką terapeutów, psychologów, wykonywałam sama dużą pracę nad sobą. Wydawało mi się, że te inne problemy poza ciałem mam poza sobą. Miałam nieszczęśliwe dzieciństwo i młodość – można tak powiedzieć, bo uzależnienie od alkoholizmu rodziców, sceny, które rozegrały się przed moimi oczami dziecka i młodej dziewczyny ukształtowały moje przekonania, moje odczucia, moją wrażliwość, emocjonalność – moje myślenie. Niektóre z nich pamiętam, lecz większość tych obrazów pozostała pewnie zapamiętana przez mój podświadomy umysł. Mogę powiedzieć, że od tamtej pory - z dzisiejszego punktu widzenia – rządził mną strach – lęk. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. 
Wydawało mi się, że jestem silna, bo sobie z tym radzę, bo pomagam młodszemu rodzeństwu, bo, w dużej mierze, to ja prowadzę dom. Wydawało mi się, że jestem silna, bo potrafię zapłakać nad nieszczęściem innych, że sama nie upadłam i nie stałam się taka „jak oni”. 
Wydawało mi się, że potrafię kochać. Wyszłam za mąż, uwierzyłam jemu i sobie, iż już zawsze będzie pięknie, dożyjemy razem starości, w której przed domem, na ławeczce wspomnienia będą wyciskać z nas łzy radości. Jednak nie cieszyłam się długo sielankowym życiem: mąż odszedł w siną dal, a na ławeczce we snach i na jawie pozostała już na zawsze gorzko płacząca babcia. 
Przyszedł ciężki czas próby, czas poznawania swojej prawdziwej siły. Poczułam się silna, bo przetrwałam ten czas walki o istnienie, o samodzielne istnienie. 
Byłam silna, lecz to nie o taką siłę chodziło, nie o fizyczne przetrwanie, lecz … Lecz nie zdawałam sobie sprawy, że moim życiem rządził lęk, emocje, że tak naprawdę uciekałam …
No więc byłam chora na ciele … Nie chcę tu wymieniać moich chorób, bo wszyscy je znają, bo je też mają. Rozmawiają o nich, chwalą się nimi i … ze mną też tak było. Właściwie w każdej rozmowie, prawie w każdej dłuższej rozmowie, z mężczyzną, czy kobietą opowiadałam o swoich dolegliwościach, problemach i emocjach. Opowiadałam swoją historię … w różnych słowach, w różnych kontekstach, lecz podświadomie coś z tego wrzucałam do ogródka moich słuchaczy. Dzisiaj to wyraźnie widzę. Dzisiaj to czuję, że zabiegałam w ten sposób o czyjeś współczucie, zrozumienie, obecność, przyjaźń, miłość. Kiedyś nie przyznałabym się do tego … 
Gdyby ktoś mi mówił o miłości, to ja byłabym pierwsza, bo … przecież ja wiem, czym ona jest, a czym nie. Gdyby ktoś wspomniał o miłości do samego siebie … to ja byłabym pierwsza, bo przecież ja siebie kocham, bo skąd byłaby moja siła, moja wrażliwość, mój … smutek, moja umiejętność i potrzeba bycia samą. Gdyby ktoś zapytał o bycie sobą, to też mogłabym wszystkich tego nauczyć, bo przecież, kto jak kto, ale ja wiem kim jestem, a kim nie jestem. Tak, przecież ja siebie akceptuję, sobie ufam …
Tak mi się wydawało. Naprawdę! Byłam o tym święcie przekonana. To nic, że dopadała mnie depresja, częściej gościł we mnie smutek niż radość, że uciekałam przed związkami, że brakowało mi wielu rzeczy: nie ufałam innym ludziom, że świat dzielił się na ten dobry, który akceptowałam i ten zły, który odrzucałam, że przecież inni … 
Bałam się i … zazdrościłam.  Naprawdę zazdrościłam staruszkom, zgodnie żyjącym parom starszych ludzi. W nich widziałam moje spełnione marzenie.
Nie widziałam tego, że tak naprawdę lgnęli do mnie, a może odwrotnie to ja lgnęłam do ludzi, do mężczyzn z problemami, do kobieciarzy, do tych, którzy pięknie potrafili mówić, którzy wyglądali na atrakcyjnych, bo przecież mnie przyciągali i pociągali … lecz nie wiedziałam dlaczego.
Wiele rzeczy mi się wydawało, a szczególnie, że kocham siebie, że potrafię kochać, bo przecież kochałam, że wiem kim jestem, że siebie akceptuję i że sobie ufam. Na tym się opierałam. Przez całe moje dotychczasowe życie wiara w to była niezachwiana. Do tego stopnia niezachwiana, iż swoją emocjonalność uznawałam za przejaw głębokiej miłości do siebie samej, jako przejaw głębi i siły mojej miłości w ogóle. 
Tak, tylko, że nie zdawałam sobie sprawy, że emocje biorą się z lęku, a nie z miłości … 
I pewnego dnia, akurat w dniu Walentynek, piętnaście miesięcy temu, gdy usłyszałam wiele słów o miłości, zobaczyłam wiele gadżetów przekazywanych sobie nawzajem przez różnych ludzi, jako dowodów miłości, nagle zauważyłam sztuczność tego wszystkiego. Coś do mnie dotarło, że słowo i materia w zestawieniu z prawdą miłości nic nie znaczą. Nagle zrozumiałam, że żadne słowo , żadna myśl, żaden przedmiot nie może oddać miłości, że nie można jej wyrazić słowem, myślą, działaniem, że ona jest czymś zupełnie innym.
Czym? Nie wiedziałam. 
Wiedziałam tylko jedno, że nie mogę o nią nikogo zapytać, nigdzie przeczytać, nigdzie zobaczyć, nigdzie usłyszeć, że nie mogę jej dostać, ani nikomu jej dać, że nie mogę jej zrozumieć. Zrozumiałam, że jest tajemnicą.
Jest tajemnicą, a skoro tak, to im więcej o niej mówisz, myślisz, to tym mniej nią znasz. Jej źródło jest w innym miejscu niż w głowie.
I tego samego dnia, gdy na chwilę zapadłam w jakiś dziwny stan bez myśli, nagle się „przestroiłam”. Tak, naprawdę. Naprawdę, poczułam się jak przestrojone radio. Zaczęła do mnie docierać zupełnie inna stacja, ta, której nigdy nie słyszałam. Pojawiła się inna muzyka, inne brzmienie, inne światło. Świat stał się inny. Wszystko wokół wyinniało, przede wszystkim ja. Stało się to w mgnieniu oka, dosłownie jak przestrojenie radia jednym guzikiem.
Co się stało? 
Moja stacja zaczęła nadawać z wewnątrz. Nie był to żaden głos, żadna myśl, sugestia, wspomnienie, marzenie, pragnienie. To była energia. Zrozumiałam, że ona zawsze musiała być, lecz to grające słowami i myślami radio ją zagłuszało. Gdy ta stacja na chwilę zamilkła, uciszyła się, usłyszałam, poczułam energię.
Od tej pory odbierałam ją coraz silniej. Pierwszego dnia – w pierwszej chwili zagrała tu – w okolicy serca – później rozeszła się. Przepływała już przez całe moje ciało. 
W ciągu paru dni odeszło ode mnie parę moich dolegliwości. W ciągu miesiąca, dwóch, pozostałe moje choroby ciała. 
Wtedy zrozumiałam … to nie moje ciało było chore. Chore miałam myślenie, a moją największą chorobą był lęk. 
Uzdrowiłam się duchowo, czyli moja prawda wypłynęła na wierzch. Wypłynęła ponad moje myśli, słowa, emocje, ponad to, co uważałam za siebie do tej pory, ponad moje „ja”. Moje „ja” przesunęło się gdzieś do tyłu, opadło na dno.
Przestroiłam się. Zniknął mój niepokój, smutek, zniknęły moje „różne” myśli, potrzeby: moja potrzeba dzielenia się słowem, potrzeba eksponowania siebie, bycia dla kogoś. Zniknęła moja potrzeba posiadania marzeń, ale zniknęła moja przeszłość. Nie, wspomnienia pozostały, lecz stały się inne, stały się doświadczeniem, mądrością, bo nie były już przywiązane do mnie emocjami. 
Tak, w tej dziedzinie odczuwam to najmocniej. Zamiast emocji, są wibracje. To jest zupełnie coś innego. One sprawiają radość. Mam poczucie, że jestem wszędzie, we wszystkim i we wszystkich, że inni są mną, a ja jestem wszystkimi. 
Z emocjami wiązał się smutek, apatia, złe samopoczucie, napięcie, łzy – prawie nieustanny, przerywany krótkimi chwilami zabawy i przyjemności, płacz. Płakałam wspominając, słuchając muzyki, oglądając filmy, rozmawiając, czytając. Czasem, by inni nie widzieli, płakałam gdzieś w środku, wtedy moja mina, moje słowa mówiły – nie podchodź, idź precz! Emocje zamykały mnie dla ludzi i dla siebie. Wtedy nie żyłam – wegetowałam, byłam nieobecna. No i chorowałam, byłam obolała i do granic napięta. Często przypominałam wulkan.
Z wibrującą we mnie enrgią wiąże się radość, obecność, bycie, uważność – współczucie. To współczucie jest inne, bo nie jest emocją, płytką emocją, jest czymś nieporównanie głębszym, czymś, czego nie da się opisać i wypowiedzieć.
Teraz to widzę i czuję: moja  emocjonalność pochłaniała olbrzymie ilości energii, stąd nie starczało jej na bycie, na miłość, na zdrowie, na radość. Gdy to poznałam, nauczyłam się ją gromadzić. Gdy jest się uważnym obserwatorem jej obiegu nie zużywa się jej nieświadomie, nie marnuje. Gnijące bagno staje się źródłem, tryskającym świeżością, życiem, młodością, zdrowiem, źródłem.

Kim jestem? Nie muszę zadawać sobie i innym tego pytania. Teraz to czuję. Pytania przestały być potrzebne, a szczególnie te o miłość. 
Czuję jedno, że jest ona we mnie, i nawet nie wiedząc, czym ona jest, wiem, że jest i to wystarczy. Nie muszę jej brać, znikąd i od nikogo dostawać, bo czuję jej obecność we mnie. Czuję, że się ze mnie sama przelewa. Jestem naczyniem nią wypełnionym, a ona się rozlewa bez żadnego wysiłku z mojej strony, bez żadnego gestu, ruchu, bez żadnego ukierunkowania. Ona po prostu płynie. Jest energią.
Gdy ją odczułam, odnalazłam akceptację, ufność. Nawet nie specjalnie ich szukałam, bo to inne imiona miłości, to jej bracia i siostry. 
Od tej pory nie czuję żadnego napięcia. Wszystko stało się takie jak powinno być. Właściwie to zawsze takie było, ale ja krzywo, bez zrozumienia na to patrzyłam.
Och! Och jak wspaniale jest uwolnić się od emocji, od lęku, od tysięcy myśli i słów, od osób, sytuacji, materii. 
Nie. Nie żebym coś ze swojego życia usuwała. Z niczego na siłę się nie oczyszczam. Wszystko samo się oczyściło: i moje relacje, i nibymiłości, i pragnienia, i moje pytania. Świat się oczyścił, z moich brudów się oczyścił, bo to ja go zanieczyszczałam. Tak, niektórzy odeszli z mojego życia, bo teraz, tak czuję, że to oni się mnie boją, bo widzą, że ja widzę ich prawdę, widzę i czuję ich chęć wykorzystania mnie.
Stałam się inna. Widzę siebie inną w lustrze. Inni mnie inaczej widzą. Mówią, że moje oczy, gesty, postawa są inne, lepsze. 
A najważniejsze? Czuję, że nie muszę niczego poprawiać. Nie muszę poprawiać niczego w sobie, w innych i w świecie. Tak, to naprawdę rozluźnia.
Teraz jestem zdziwiona. Naprawdę. Każdego dnia, w każdej chwili jestem zdziwiona: ileż ja teraz dostrzegam miłości wszędzie, ileż dobra, porządku, pokoju, ciszy, rownowagi, piękna, głębi. Iluż pięknych swoją głębią, swoją prostotą ludzi pojawiło się wokół, ba, nawet sposród moich wrogów. Teraz ich widzę jako aniołów. I to nie oni się przeminili, to nie ja ich przemieniłam, to ja teraz tak ich postrzegam.
Niby patrzę nadal oczami, lecz moje oczy inaczej widzą. Widzą całość: tę materialną i tę energetyczną.
Wszędzie wokół słyszę, że moja obecność uspokaja, łagodzi, wycisza, napełnia czymś dobrym. Ja nie czynię żadnych wysiłków, niczego nie wybieram, nie muszę o nic pytać, ani odpowiadać na pytania, nauczać, cokolwiek opowiadać, wyrażać, wystarczy, że jestem.
Co się stało? Czym jest ta niewalentynkowa miłość?
Czy musiałam cokolwiek zrobić, by siebie pokochać, by poznać, kim naprawdę jestem? Otóż nie! Było naprawdę odwrotnie. To się stało wtedy, gdy, chwilę, dosłownie chwilę, zaprzestałam szukać, pytać, wybierać, cokolwiek robić.
Gdybym miała przedstawić w słowach to, co mnie spotkało i to, kim jestem, czym jest miłość, ta miłość, którą kocham samą siebie, to użyłabym takiego oto czterowiersza zaczerpniętego z tradycji ZEN:
„Siedzę w ciszy,
Nic nie robię,
Wiosna przychodzi, 
A trawa sama rośnie.”
I to jest dla innych problem. Każdy człowiek, który poucza trawę, jak ma rosnąć, a co gorsza wysila się, walczy z nią, zakłóca siebie i porządek świata. Człowiek, który pragnie przyspieszyć wiosnę swoim robieniem, swoją walką, swoim marzeniem, swoimi myślami i słowami, oddala się od prawdy i od siebie samego. 
To jest tylko kwestia zrozumienia, takiego niementalnego, lecz energetycznego zrozumienia. Trzeba jedynie poczuć tę energię, którą jesteśmy wypełnieni, która przez nas ciągle przepływa. I to jest wszystko. Tyle i aż tyle. Tak dużo, ale i tak mało.
Gdy się rozumie, że wiosna sama przychodzi i że trawa sama rośnie, to znak, że się wie, kim się jest i że się kocha siebie. Reszta też sama przychodzi. 
To jest najtrudniejsze, z powodu naszej pychy, naszej wiedzy. Wydaje nam się, że wszystko wiemy. Lecz to nie w wiedzy jest prawda, ona po prostu jest. Nie trzeba jej szukać, o nią walczyć. Nie trzeba niczego zmieniać, trwonić energii. Otóż to, trzeba jedynie przyzwolić jej płynąć. I to cała tajemnica – przyzwolenie, poddanie się, powierzenie – UFNOŚĆ. 
To przyzwolenie uzdrawia ciało, umysł i duszę. 
To wszystko.

Gdy się rozłączyliśmy poczułem, mimo, że smartfon zamilkł, iż nadal jesteśmy połączeni energią. 
Jestem też razem z tym błękitem, z tą kryjącą się tam głębią, sięgającą najdalszych gwiazd, ze słońcem, z całym tym złotem na polach, z tą wiosną, z całą tą przestrzenią, z tym, co dalekie i bliskie. Jestem całością nawet z tymi natrętnymi muchami, w które też przelewa się moja miłość.
W domu przysiadłem na godzinkę do komputera by „spisać” tę energię. Być może, w tym pełnym walki, ambicji, celów, marzeń, pragnień świecie znajdzie się ktoś, kto też zrozumie, że wiosna sama przychodzi i trawa też rośnie sama. 
Może znajdzie się ktoś, kto też zrozumie, że tajemnicą naszego zdrowia, jest pokochanie siebie, jest bycią sobą, zaakceptowanie siebie i tego, co jest, takim jakie to jest. 
Może znajdzie się ktoś, kto zrozumie, że ciało, umysł i duch to jedno, a naszym zadaniem, jedynym prawdziwym jest przyzwolenie by Boska, by energia Całości po prostu bez przeszkód i blokad płynęła. 
Oto cała tajemnica: PRZYZWOLENIE.

Piotr Kiewra 
  

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Pokochać siebie, by ozdrowieć


Na swoich wykładach o zdrowiu i samouzdrawianiu podaję kilka warunków sprzyjających samouzdrowieniu i trwaniu w zdrowiu. Oprócz tych, które uważam za mniej istotne czynniki fizyczne, a nazywam „pikiusiami”*, wymieniam te, które są najistotniejsze, a jest to, wg mnie, czynnik mentalny (sposób myślenia – przekonania) i duchowy. Dopiero harmonia, równowaga między czynnikiem psychicznym, duchowym i fizycznym, materialnym, dotyczącym ciała, daje w efekcie warunki dla trwania w zdrowiu. 
Wśród tych najistotniejszych wymieniam takie duchowe rzeczy, jak to, by być sobą, by pokochać siebie. 
Tak, czuję, iż z takimi tezami nie mogę trafić do każdego. Czuję, gdy moje słowa trafiają w próżnię, gdy zdecydowana większość ludzi się z nimi nie zgadza. Dlatego już nie organizuję spotkań, wykładów, miniwarsztatów dla przypadkowych ludzi. Robię to dla poszukujących, a są nimi ci, którzy doświadczyli „ dobrodziejstwa” oficjalnej medycyny, różnych rad pozamedycznych, suplementacji i innych „cudownych”, materialnych, sposobów dla odzyskiwania zdrowia.  Wreszcie są, przede wszystkim są nimi ci, którzy zastanawiając się nad sensem życia wkroczyli na duchową ścieżkę. To są prawdziwi poszukujący. Ci nie oczekują wiedzy, już nie oczekują. Rozumieją, że jedynym mądrym kierunkiem jest zmiana kierunku – przekierowanie na samych siebie. Rozumieją, że cała wiedza jest w nich samych. Wystarczy tylko zajrzeć do żródła, do swojego wnetrza.
Do nich mówię: Pokochaj siebie!
Oczywiście, takie słowa słyszą z różnych stron, lecz są to słowa. Poszukujący odnajdują w sobie prawdziwe znaczenie słowa miłość i jednym z odkryć jest to, iż nie jest to słowo, że miłość nie jest mentalna, nie jest czymś intelektualnym, nie jest czymś wypełniającym psychikę. To jest podstawowe odkrycie. 
Nie wystarczą więc afirmacje typu: - „kocham siebie, kocham siebie”, powtarzane tysiące razy w różnych okolicznościach, między innymi do lustra. Pokochanie siebie wcale nie polega na przekonaniu do tego siebie, swojego rozumu. Nie wystarczą wizualizacje, szkolenia, warsztaty, czytanie, modlenie się o to. Nie wystarczy nic z naszych działań, nie przyniosą skutku, żadne intelektualne wysiłki. 
Miłość nie mieści się w głowie, lecz w sercu, jej źródło jest duchowe.
Poszukujący tym się właśnie różni od pozostałych, że nie szuka jej tam, gdzie jej nie ma. Taki ktoś nieintelektualnie zrozumiał, gdzie jest jej źródło, iż wcale nie trzeba niczego szukać, że „to” jest od zawsze na swoim miejscu. 
To zrozumienie zmienia wszystko. Nic więcej nie trzeba robić.
Swego czasu nagrałem filmik, w którym mówię o pokochaniu siebie, o samouzdrawiającym wpływie tej miłości na nasze zdrowie.
Film jest tutaj
Ci wszyscy, którzy mówią o tym, że brakuje im czasu, wiedzy, fachowej opieki medycznej, którzy mówią, że dobry lekarz sporo kosztuje, ci, którzy sądzą, iż by być zdrowym trzeba sporo zapłacić, ci, którzy mówią o karmie, genetyce, wieku, trudnych, stresujących czasach, o zatruciu środowiska, o spisku koncernów farmaceutycznych, ci, którzy przenoszą odpowiedzialność na innych ludzi, na okoliczności zewnętrzne, to przede wszystkim ludzie, którzy nie kochają siebie. 
Skoro siebie nie kochają to są bardziej skłonni nie szanować siebie – swego ciała, są skłonni siebie nawet niszczyć. Ktoś, kto nie kocha, to nienawidzi, jest podszyty strachem, lękiem, a stąd już tylko krok do choroby, do cierpienia przeradzającego się w chorobę. Skłonni są wynajdywać wymówki, przeszkody, wszystko racjonalizować zgodnie z tą niszczącą siebie postawą. 
Cierpienie, ból, choroba to dawane przez egzystencję znaki, że idą fałszywą ścieżką, że wierzą w fałszywe obietnice, że kierują się materią, że szukają niewłaściwych rzeczy, na niewłaściwych drogach, że nie są sobą. Lecz nie czytają tych znaków, nie rozmawiają ze swoim ciałem, nie słuchają go. Niszczą te znaki swoją obojętnością, środkami przeciwbólowymi, pokrywają fałszywą wiedzą. 
Nie ma w ich życiu harmonii – zdrowia, bo nie ma prawdy, nie ma natury, nie ma naturalności, bo fałszywe są źródła, z których się karmią, z których się poją.
Nie kochają siebie. 
Miłość do samego siebie jest zastępowana identyfikacją z większością, z tym jak myśli i postępuje zdecydowana większość społeczeństwa. Fałszywie identyfikują miłość z akceptacją lub nieakceptacją otoczenia.
Ktoś, kto kocha siebie, zrobi dla siebie znacznie więcej. Zrezygnuje ze wszystkiego, co go niszczy, pokocha innych w sposób prawdziwy, autentyczny. 
Da znacznie więcej z siebie, będzie radosny, szczęśliwy, uśmiechnięty, lepszy jako człowiek. Łatwiej zniesie osamotnienie. 
Dostrzeże pewną właściwość życia, iż jest ono równowagą między światłem i ciemnością, pogodą i niepogodą, dobrem i złem, miłością i nienawiścią, pozytywnym i negatywnym. 
Rozumie i akceptuje, a poprzez to, że rozumie i akceptuje, nie walczy z tym, co naturalne. Nie walczy ze smutkiem, z problemami, które sam mógłby kreować nie kochając siebie, widząc świat jako ciemność, zło, niepogodę, nieustanną negatywność. 
W człowieku kochającym siebie jest ufność nie tylko do siebie, do swego ciała, ufność w naturalne procesy samoozdrowieńcze, jest ufność do innego człowieka, ufność w stosunku do egzystencji, natury, do całości.
Człowiek kochający samego siebie, obdarowuje miłością, bo czuje, że ma czym obdarowywać. Jest rozluźniony, niezestresowany. 
Nie jest hipokrytą. Nie ma powodu by cokokolwiek udawać, by grać dla zysku, by wykorzystywywać innych. Nie gryzie go sumienie, bo jest uczciwy wobec siebie i innych.
Jest tu i teraz, więc nie ma w nim zamartwiania się przeszłością i przyszłością. 
Taki człowiek nie ma powodu, by chorować. Wielu, bowiem choruje, by zaskarbić sobie zainteresowanie środowiska, skupić na sobie uwagę bliskich, zasłużyć na powiększenie siebie w oczach innych, by się dowartościować poświęcając zdrowie. 
Pokochaj siebie i bądź wreszcie sobą! Człowiek, który kocha siebie może sobie pozwolić na bycie sobą. Nie musi niczego zmieniać. Nie musi ciężko pracować by się dopasować do czyichś oczekiwań, by zasłużyć na lepszą o sobie opinię, na polubienie, czy pokochanie przez innych.  
Gdy kochasz siebie z nikim się nie porównujesz, z nikim nie rywalizujesz. Bo, o co? Przecież wszystko, co najcenniejsze masz? 
Gdy siebie kochasz znika twoja ambicja, by mieć więcej, by być większym niż inni, by znaczyć więcej dla innych, bo ambicja wynika z porównań. Rywalizacja wynika z porównań, tak samo jak zazdrość, nienawiść, duża część lęków.
Gdy kochasz siebie – akceptujesz siebie w pełni takim jaki jesteś/jaka jesteś. Nie masz wtedy potrzeby upiększania się, bo twoje piękno jest wewnętrzne, jest częścią twojej miłości. Nie musisz nic więcej do tego dodawać, na nic zapracowywać, nie musisz siebie zmieniać.
Co ważne, taka miłość, wbrew nieprawdziwym opiniom, wcale, a wcale nie jest egoistyczna. Jest wręcz przeciwnie, z niej, z tej do siebie samego, wyrastają wszelkie inne miłości. Miłość własna jest źródłem. Możesz dzielić się miłością tylko wtedy, gdy ją masz, a masz ją w obfitości. Taka miłość nie jest egoistyczna – wręcz przeciwnie, gdy kochasz siebie, ego trzyma się od ciebie z daleka.  
Kochający siebie - taki człowiek jest spełnieniony, niczego nie musi. 
Pokochaj więc siebie! Bądź więc zdrów! Bądź więc zdrowa!


Piotr Kiewra
*Dla 99% ludzi, to, co uważam za „pikusie” to wielkie rzeczy, np. sposób odżywiania.

niedziela, 10 listopada 2019

Samo przyszło, samo odchodzi


Moja dawna koleżanka ze szkoły, która czyta moje teksty na blogu, zaprosiła mnie do siebie, by opowiedzieć o wielkich zmianach w swoim życiu. Siedliśmy w ogrodzie, pod rozłożystą jabłonią, z której, co chwilę spadały dojrzewające papierówki. Jedna czy dwie, spadły też na nasze głowy.
Gdy zaczęła swą opowieść, nawiązała do owych jabłek. 
- Takim dojrzałym jabłkiem rozbijającym się o moją głowę, dzięki, któremu obudziłam się z drzemki trwającej prawie całe moje życie, było kilka słów, które wypowiedziałam do mojej przyjaciółki: „Samo przyszło, samo odejdzie”. 
Później, już w domu, gdy położyłam się zmęczona dniem, do łożka i w półśnie wspomniałam moją z przyjaciółką rozmowę i nagle … zerwałam się, usiadłam w pościeli i powiedziałam sama do siebie: o Boże!
Zdałam sobie sprawę z całej mojej hipokryzji, z okłamywania samej siebie, z mojej własnej głupoty. Przez całe życie, no może od czasu, gdy skończyła się moja młodość, podchowałam dzieci, skarżyłam się. Skarżyłam się na mój los, nieszczęśliwe małżeństwo, pełne udręki, ciężkie życie. Zadręczałam moje zaufane przyjaciółki narzekaniem na zdrowie, na ludzi wokół, na otaczające nas zło. Narzekałam na pogodę, na moje dzieci, które nie odwdzięczają się dzisiaj za mój macierzyński trud, za moją matczyną miłość. W szczególności często płakałam gdzieś w chwilach samotności, nad losem mojego syna, że mimo tylu moich rad, matczynej opiekuńczości, nie wyrósł na takiego, o jakiego zabiegałam, o co się troszczyłam. Narzekałam na moją długowieczną, prawie stuletnią mamę, że marudzi, że nadal mnie poucza, a ja … a ja przecież wiem lepiej.  
Moje przyjaciółki mnie pocieszały, mówiły: - Poczekaj! Nie smuć się, nie płacz. Wszystko się jakoś ułoży, będzie dobrze. Gdy zdarzyło się z kolei narzekać innej, to ja z kolei je wspierałam słowem, mówiłam: „Patrz na mnie, wcale nie mam lepiej.” W takich chwilach naprawdę byłam mądra. Doradzałam. Mówiłam, zrób to, albo nie rób tamtego. No … - chwila ciszy. Moja znajoma, westchnęła, gdy kolejne jabłko spadło jej na kark. Wyglądało to tak jakby specjalnie ją uderzyło, by mówiła całą prawdę i tylko prawdę, hihi. Bo czułem, znałem ją przecież z naszych wcześiejszych rozmów. Po chwili, jakby rozumiejąc, co jabłko jej chciało powiedzieć, kontynuowała: 
- No … no, przyznam ci się szczerze, w takiej roli występowałam w tym cyrku zwanym życiem, znacznie częściej. 
Natomiast ta z przyjaciółek, ta mi najbliższa, której wyznawałam te moje najskrytsze tajemnice, a która nigdy się nie skarżyła, nigdy nie narzekała, zaś wysłuchiwała mnie cierpliwie, czasem uroniła łzę, czasem przytuliła, lecz nie pocieszała. Od czasu, do czasu jedynie, gdy zanosiłam się od płaczu, gdy szlochałam, ryczałam jak mała dziewczynka, której zabrano najukochańszą lalkę tuż przed snem, mówiła: „Smutek, jak przyszedł, tak odejdzie. Ból jak się pojawił tak zniknie, a nieszczęście z nieszczęściem tańcują w jednej parze, raz widzisz jednej spódnicę, a po chwili drugiego portki. Takie jest życie. Wszystko ma swój początek i koniec. Co przyszło, odejdzie.” 
I tak było przez wiele lat. 
 I jakichś parę miesięcy temu, gdy odwiedziłam tę moją bratnią duszę, była zapłakana. Odbyłyśmy rozmowę zakraszaną co chwilę łzami. Zdałam sobie sprawę, co było zresztą cały czas widoczne jak na dłoni, że tak naprawdę to ona przez całe życie miała kłopoty, to ona miała powody, by narzekać, by się martwić, by płakać. Lecz wybrała śmiech, wybrała pogodę ducha, wybrała akceptację życia takim, jakie jest, zaakceptowała ludzi takimi jakimi są. 
Dzisiaj zdarzyło się jednak pierwszy raz, chciała się po prostu wygadać, wypłakać, bo zdarzyło się … umarł jej ktoś bardzo bliski. 
I wtedy, wtedy to właśnie wypowiedziałam te słowa: - „Niestety, moja droga, wszystko ma swoje narodziny, a w konsekwencji i śmierć. Wszystko, co przychodzi, odchodzi. Prędzej, czy później, ale tak musi być.”  
I później w łożku, było to: Mój Boże! Zdałam sobie sprawę, że chciałam dać swojej przyjaciółce to, czego nie miałam. Nie było przecież we mnie współczucia, miłości, mądrości. Tak. Zdałam sobie sprawę, że nie było nigdy, bo gdyby były, nie byłabym nieszczęśliwa, nie narzekałabym, nie zrzucałabym odpowiedzialności na innych. Tak, nie byłam też mądra. Mądry człowiek nigdy nie zadręcza innych swoim bólem, który przecież u niego odchodzi jak i przyszedł. Mądry człowiek nie pociesza, nie porównuje, nie doradza. No tak, mądry człowiek nie doradza, jedynie stwarza sytuację, dzięki, której nadchodzi zrozumienie. I zrozumiałam, że moja przyjaciółka wykorzystała to właśnie, by przy okazji pomóc uzdrowić się mi samej. 
To jest prawdziwa miłość, to jest prawdziwe współczucie, to jest prawdziwa mądrość. Tak, to prawdziwa mądrość, by przekazać coś bardzo głębokiego, nie używając nawet jednego słowa. 
Zrozumiałam swoją nieatentyczność, hipokryzję, swoją słabość, swoją głupotę. I stało się coś bardzo dziwnego. Poczułam jak jakieś kamienie spadają mi z serca. Nagle świat stał się inny. Niby ten sam, a jednak inaczej – prawdziwie widziany. Zobaczyłam wtedy, że smutek jest falą. Tak, jest taką falą, jak na morzu. Przypływa i odpływa. Cierpienie też jest falą i ból jest falą, i nieszczęście jest falą, i śmierć jest falą … Wszystko nimi jest. 
I zobaczyłam też, że smutek ma swój fartuszek, swoją zasłonkę, ma swoją inną twarz, drugie oblicze – radość. I cierpienie też ma swoją drugą stronę, swoją drugą połówkę. I wszystko inne tak ma. I dlatego od tej pory widzę te fale, widzę ten taniec, w którym przeciwności tańczą przed moimi oczami. Ja coraz częściej też biorę udział w tym tańcu, cieszę się nim. 
Zaakceptowałam. Nic wielkiego więcej nie zrobiłam. Zaakceptowałam te obie twarze wszystkiego. I co się okazało, że fartuszki, zasłony, te pierwsze brzydsze oblicza nie są prawdziwe, one są tylko chmurami na niebie, które zasłaniają to, co prawdziwe. Niebo jest prawdziwe. Ono nie przychodzi i nie odchodzi, chmury natomiast płyną, fale też płyną. Czyli to, co przychodzi i odchodzi nie jest prawdziwe. 
Dzisiaj moje życie nazwałabyym akceptacją, bo nic więcej się nie zmieniło. 
Akceptacja jest po prostu zrozumieniem tego, co prawdziwe, tego, co nie przychodzi i nie odchodzi, tego, co jest. 
Człowiek też ma swoje zasłonki, drugie oblicza. Pod nimi zawsze jest jednak prawda. I dlatego każdy człowiek jest piękny, czasem tylko przyobleka się w brzydki fartuszek. Dzisiaj już te zasłonki mnie nie zmylą. Widzę to, co jest w głębi. 
Co się w moim zyciu zmieniło dzięki akceptacji? Otóż odeszło to wszystko, co przyszło. Odeszła moja otyłość, jakieś 40 kilogramów. Czyli nie była ona moją prawdą. Odeszły moje choroby, odszedł mój ból, cierpienie. To wszystko przyszło razem z moim lękiem, z moim strachem, z moimi myślami. To wszystko było jak fale, jak chmury, jak mgła. Mój problem polegał na tym, że ja zatrzymywałam to, co nieprawdziwe przy sobie, chroniłam to, chwaliłam się tym, karmiłam się. Więc to wszystko usiadło na moich oczach, na moim sercu, stało się moim snem. Obrosłam tłuszczem jak mgłą, jak chmurami. Obrosłam smutkiem. I z tym się obnosiłam po świecie, jakby to było coś wielkiego, boskiego, jakby to była wartość. To nie mogło być prawdziwe, skoro odeszło.
Dlaczego o tym ci mówię? By się inni dowiedzieli, że mają tak samo. Nie chcę innym doradzać, co mają zrobić. Może mój przykład pomoże im zrozumieć. Mówię, bo być może inni nie mają tak mądrych przyjaciółek jak moja, która potrafi powiedzieć wiele, nie mówiąc nic. To rzadka umiejętność. 
No tak. Wszystko przychodzi i odchodzi. Wszystko, oprócz tego, co prawdziwe. – i zamilkła.
Przez następną godzinkę, lub dłużej siedzieliśmy bez słowa, obserwując spadające jabłka, a później poprzez liście wielkiej, rozłożystej jabłoni, zachodzące słońce. Ono tylko pozornie odchodziło. Ono jest zawsze, bo jest prawdziwe. 

Wysłuchał: Piotr Kiewra

niedziela, 25 sierpnia 2019

Tajemnica „jej” kościoła



Kiedyś, przy okazji jakiejś wycieczki, zwiedzaliśmy kościół – katedrę. I jakaś kobieta idąca obok, pytającej ją innej kobiecie, czy przychodzi tu się modlić, wyznała, że „nie”, ponieważ kapłani wraz z rodzicami i społeczeństwem wprogramowali w nią poczucie winy. 
Wycieczka się zakończyła, minęło parę lat. Spotkałem tę kobietę znowu i też przy okazji zwiedzania kościoła. Gdy opuściliśmy to miejsce, tym razem to ja ją zapytałem, wspominając jej o podsłuchanej niegdyś rozmowie: „Jak to jest z tymi kościołami?”
Opowiedziała mi swoją historię. Usiedliśmy na ławce przed kościołem i zaczęła mówić:
 „ Było to tak:
Było poczucie winy. Zaczęło się od akceptacji. Ktoś kiedyś o niej wspomniał, lub gdzieś o niej przeczytałam. Już teraz nie pamiętam, skąd to przyszło, ale przyszło, a byłam wtedy bardzo chora. Moje ciało było bardzo chore, a psychika jeszcze bardziej. Czułam, że coś wielkiego coraz bardziej mnie przygniata, że jestem w jakimś więzieniu, którego ściany coraz bardziej się zbliżają do siebie i że mam coraz mniej wolności, coraz mniej przestrzeni, że nie mogę już się poruszyć, że już prawie nie mogę oddychać.
Chodziłam do lekarzy, poszłam do psychologa, a później do psychiatry. Nic nie pomogli. Więzienie jeszcze się zmniejszyło.
I wtedy, gdy już prawie, że oddawałam ostatnie tchnienie to słowo: „akceptacja” coś we mnie poruszyło. 
Rozebrałam je na czynniki pierwsze i zaczęłam z nim pracować. Afirmowałam siebie jako akceptującą parę tysięcy razy dziennie. Nauczałam się akceptowć śmierć, chorobę, swoje wariactwo, swoje grzechy, świat, rodziców, pracodawców, społeczeństwo, Boga, wszystko. Poczułam się tylko troszkę lepiej, lecz po czasie doszłam do wniosku, że tak naprawdę niczego nie akceptowałam, tylko wmawiałam sobie na siłę, że akceptuję. Poczułam się lepiej o tyle, że wygarnęłam przy okazji wszystkiemu, co mnie otacza, a przede wszystkim sobie, co o sobie i świecie myślę. I natychmiast przyszło do mnie … poczucie winy, że znowu grzeszę, że znowu jestem zła, że znowu wpuściłam w siebie diabła. 
Którejś nocy we snach ujrzałam ojca i matkę jak mnie potępiają za to, że nie jestem taka jak brat i siostra, że coś złego we mnie wstąpiło. Kolejnej nocy potępiał mnie ksiądz z ambony. To było dziwne, bo nie znał mnie zupełnie, nic o mnie nie wiedział, a mimo to potępiał. Pomyślałam, że ma on dar czytania z oczu, albo wzierania w mą duszę. I po paru następnych takich snach przyszło do mnie (bo te sny to przecież moje wspomnienia) skąd we mnie to poczucie winy, kto mi je zaszczepił.
W końcu zdałam sobie sprawę, że nie powinnam się przejmować tym, co mówią o mnie inni, nawet, jeśli to są rodzice i ksiądz, nauczyciele i całe społeczeństwo, bo i tak nie mogę nic na to poradzić, że jestem jaka jestem. I to była eureka.
Uświadomiłam sobie, że właśnie po raz pierwszy w życiu zaakceptowałam siebie. Zniknęło poczucie winy i zniknęły moje grzechy. Niepotrzebnie się z nich spowiadałam, nie tylko przed księdzem, ale przede wszystkim przed samą sobą.
Jakaż mogła być w tym moja wina, że chciało mi się jeść nie wtedy, gdy była godzina 6 rano, 13 po południu i 18 wieczorem? Jakaż była moja wina w tym, że nie chciało mi się siusiać, wtedy, gdy rodzice sadzali mnie na nocniku? Jakaż była moja wina w tym, że zamiast spać po bajce, chciało mi się bawić, biegać?
Jakaż była moja wina w tym, że tabliczka mnożenia wchodziła we mnie gorzej niż w brata i siostrę? Jakaż była moja wina w tym, że nie rozumiałam, o czym w kościele mówi ksiądz i że wolałam patrzeć na wielkie organy za moimi plecami, i słuchać ich dżwięków niż księdza na ambonie. Jakaż była moja wina w tym, że ksiądz zachowywał się jak jakiś generał i na jego gest wszyscy mieli stać, klęczeć, lub się głośno modlić, a ja się z tym nie zgadzałam, bo gdzieś we mnie było jakieś odczucie, że to tylko jakaś gra, jakiś teatr?
 Czułam się źle, że musiałam robić to, co wszyscy, myśleć tak jak myślą wszyscy i wierzyć w to, czego nie widać, a każą ci wierzyć, bo jak nie to …  
Już wtedy czułam, że to dziwne, że Bóg stworzył mnie inną, a chce bym była taka jak wszyscy, że muszę się zmieniać, udoskonalać, poprawiać. Że muszę być dobra. Czułam się dobra, jak motyle, ptaki, drzewa i kwiaty, a wokół mnie ludzie mówili, że jestem zła. Skoro tak, to dlaczego nie byłam mrówką? Po co mi wolna wola? Jaki to wszystko ma sens?
Teraz, dzięki akceptacji wreszcie pogodziłam się z Bogiem, bo on nie przypadkowo mnie stworzył właśnie taką, a nie taką jak to sobie wyobrażał ksiądz, moi rodzice i całe społeczeństwo. I właśnie dlatego chodzę do kościoła i wędruje po całym świecie, medytuję, modlę się inaczej – nie prosząc o nic, bo wszystko mam, co dał mi Bóg. 
Mam siebie taką jaką jestem. Nie muszę nic zmieniać, udoskonalać, naprawiać. Nic nie muszę robić. Nauczyłam się akceptacji, a właściwie to się nie nauczyłam, miałam ją zawsze. 
Jedyne, czego się nauczyłam, to jest to, że nie muszę się niczego uczyć, bo to, co istotne to już mam.
Dzisiaj widzę, że poczucie winy powinni mieć ci, którzy chcieli mnie zmienić, bo to oni sprzeciwiali się woli Boga, jego dziełu. Lecz ich też akceptuję. Nie robią tego ze złej woli, tak ich nauczono. Oni mają cały czas poczucie winy, zaszczepiono im je wcześniej i niestety nie pozbyli się go, więc infekują tym innych. Lecz skoro tak Bóg chce – ma w tym cel. Jeszcze wiele odkryć przed nimi …
Moje poczucie winy zniknęło, bo zaakceptowałam siebie. Gdy wreszcie mogłam sobie bez poczucia winy pozwolić na komfort bycia sobą, zniknęły mury więzienia, moja wolność rozszerzyła się do granic Wszechświata. Wreszcie odetchnęłam pełną piersią i … wyzdrowiałam. Moje ciało odmłodniało, moja psychika stała się na powrót psychiką dziecka. Byłam niewinna jak małe dziecko – jestem niewinna.
Stąd wiem, dlaczego tak mnie zawsze pociagały motyle, ptaki, drzewa – są niewinne. I są sobą. Nie grają, nie tworzą na siłę teatru, ani cyrku. 
Teraz odwiedzam kościoły, lecz medytuję w nich, modlę się po swojemu. Wreszcie czuję się w nich dobrze – jak w parku, lub lesie. Nie słucham kazań, bo znam je wszystkie, wiem, co w nich jest: zaszczepia się w ludziach poczucie winy, po to, by zrozumieli, kim są, gdy to poczucie winy odrzucą. By odkryli akceptację, by odkryli siebie, by odkryli prawdę.
Dzisiaj wiem, że zdrowie bierze się z akceptacji. Tak samo jest z wolnością. I z miłością. I ze wszystkim. I to tyle o mnie. Taka jest tajemnica „mojego kościoła”.

Wysłuchał: Piotr Kiewra      

środa, 20 lutego 2019

Paida i Lajin oraz holistycznie o samouzdrawianiu. Miniwarsztaty w Łodzi

Wykład i mini warsztaty w Dobrym Życiu w Łodzi - 9 marca godz.14-19
Wykład: Wszystko odwrotnie. O samouzdrawianiu, zdrowiu i chorobach, medycynie naturalnej

oraz mini-warsztat:
Techniki samouzdrawiania wg klasycznej medycyny chińskiej PAIDA I LAJIN

Wejście - donacja z serca

Dlaczego ich nie poznałeś do tej pory? Ponieważ są darmowe. Po pokazie, w ciągu kilku minut możesz się nauczyć ich stosowania, samouzdrowiać się, zapobiegać chorobom i zarządzać swoim zdrowiem przez całe życie.

http://sztukadobregozycia.pl/wydarzenie/paida-i-lajin/