środa, 20 lutego 2019

Paida i Lajin oraz holistycznie o samouzdrawianiu. Miniwarsztaty w Łodzi

Wykład i mini warsztaty w Dobrym Życiu w Łodzi - 9 marca godz.14-19
Wykład: Wszystko odwrotnie. O samouzdrawianiu, zdrowiu i chorobach, medycynie naturalnej

oraz mini-warsztat:
Techniki samouzdrawiania wg klasycznej medycyny chińskiej PAIDA I LAJIN

Wejście - donacja z serca

Dlaczego ich nie poznałeś do tej pory? Ponieważ są darmowe. Po pokazie, w ciągu kilku minut możesz się nauczyć ich stosowania, samouzdrowiać się, zapobiegać chorobom i zarządzać swoim zdrowiem przez całe życie.

http://sztukadobregozycia.pl/wydarzenie/paida-i-lajin/

niedziela, 3 lutego 2019

Sokrates i zaspokojona świnia


Kiedyś na himalajskim trekkingu, spotkałem milionera. Nasz nepalski przewodnik tak dużo mówił do uczestników wędrówki, że spragniony ciszy odseparowałem się trochę i szedłem na końcu karawany. Za nami szli już tylko tragarze. Wkrótce dołączył do mnie mężczyzna. Od tej pory i tego dnia, i we wszystkie pozostałe, z jednym wyjątkiem, maszerowaliśmy razem w ciszy. Któregoś dnia, potknął się upadł na ścieżce, w dość trudnym miejscu, tuż nad przepaścią. Wstał jednak, otrzepał się i powiedział: - Nic takiego. Drugi raz zawisłem nad przepaścią. To mnie wzmocni, tak jak wzmocniło zaspokojoną świnię za pierwszym razem. Zaintrygowało mnie to określenie, lecz nie pytałem. A on i tak, nieproszony, sam z siebie, opowiedział mi swoją historię.
Gdy umarł sąsiad, jego pies, rosły, biało-kremowy Golden, następnego dnia po pogrzebie, przeskoczył ogrodzenie i stanął przed moim oknem. Po czym usiadł na zadzie, podparty na przednich łapach i patrzył cierpliwie w moją stronę.
Wyszedłem na zewnątrz, pogłaskałem go, bo żal mi się go zrobiło. Został sam na świecie. Jednak nie wyglądał na smutnego. Patrzył na mnie tak ufnie, tak mądrze, że w końcu powiedziałem do niego:
- No dobrze, Sokrates, znalazłeś nowego pana.
Ten pomerdał ogonem i od razu podszedł do bramy, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że jako nowy pan mam obowiazek zabrać go na spacer.
- Oj nie, Sokratesie, ustalmy warunki. To ja, jako twój pan decyduję o naszych wspólnych planach, o porach jedzenia i … o wszystkim innym też.
Powiedziałem to stanowczo, jak do swoich pracowników i klientów, jak do innych ludzi, z którymi się stykałem, lecz on stał przy bramie i nic sobie nie robił z mojej stanowczości, z mojego przywileju bycia panem. Uległem.
To zmieniło moje życie. Naprawdę. Tym razem to pies mną zarządził, pierwszy raz. Do tej pory wydawało mi się, że to ja jestem najmądrzejszy, że to cały świat wisi na mnie, na moich decyzjach, na moich pieniądzach, na mojej łasce i niełasce. Mało tego, to on mnie prowadził, gdy już wyszliśmy. Wiódł mnie swoją ścieżką przez las, przez łąki i pola. W końcu trafiliśmy nad staw: rozległy, z wodą marszczoną powiewami wiatru, otoczony szuwarami, zaroślami, krzakami. Co jakiś czas na powierzchni wody jakieś duże ryby uderzały ogonami, zasysały coś z kwitnących nenufarów i ich liści.
Pies wszedł do wody, zamoczył tam swoje łapy, napił się wody, po czym, położył się na trawie i patrzył sobie bezmyślnie to w wodę, to w gdzieś w przestrzeń, lub w słońce i chmury. Warknął cicho, gdy coś w powietrzu zobaczył, czy zwietrzył. Spojrzałem w górę, a nad nami zawisło wielkie ptaszysko - Pewnie orzeł bielik. - tak pomyślałem.
Usiadłem na trawie i ja. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że to ja nie pasuję do tej sielanki: byłem w garniturze, w białej koszuli, pod krawatem. Przyjrzałem się swoim eleganckim butom, teraz zakurzonym, lekko zabłoconym i … je zdjąłem. Podwinąłem nogawki i też wszedłem do wody do pół łydki.
Oczywiście od razu pomyślałem, że jestem durniem, że naśladuję psa, co prawda, mądrego, ale to zawsze pies. A mój nowy podwładny jakby czytał w moich myślach, wskoczył natychmiast do wody, tym razem zanurzył się cały, aż po szyję. Po czym wyszedł z wody, otrzepał się i znowu położył na trawie i patrzył na mnie, i coś tam memlał jęzorem, jakby mi chciał powiedzieć: - To jest życie. Tak żyć – to rozumiem.
Stałem w wodzie przygladając się mu, aż w końcu zrozumiałem: Naprawdę jestem durniem. Naprawdę jestem durniem, lecz nie dlatego, że robię to, co pies, lecz na odwrót, że tak nie robię, że tak do tej pory nie robiłem.
- Boże, jakiż ten pies jest szczęśliwy, a nie ma na sobie garnituru, nie ma konta w banku wypełnionego pieniędzmi, milionami. – powiedziałem głośno do siebie, ze łzami w oczach.
- Nie ma podwładnych, którzy w podskokach wykonują polecenia. Nie dostaje wyrazów szacunku i różnych tam grzeczności, pochwał, nagród, podziękowań, dowodów uznania, wdzięczności, przyjaźni i czego tam jeszcze, bo wie, że … to wszystko nic nie warte, że to zwykła hipokryzja, taka gra dla pieniędzy.
Nie ma garniturów, dwudziestu na zmianę. Ma jedno swoje ubranie – własną skórę i to mu wystarcza na lato i zimę, na kąpiel w wodzie i słońcu. Nie musi się przebierać, by pójśc na spacer i by potaplać się w błocie. Nie musi ze sobą nosić miski, czy butelki by napić się wody. On nic nie musi.
- Boże, jakiż ten pies jest szczęśliwy! – i z tymi słowami rzuciłem się w wodę, w błoto. Po czym wyszedłem, zrzuciłem marynarkę, koszulę i ległem – jak pies na trawie. On zamknął oczy i chyba spał, a ja patrzyłem w niebo: na słońce, na sunące po nim chmury, na orła w locie. Ten nieruchomo zawieszony w przestworzach wywołał we mnie następne „ach”, następne syganały przebudzenia mojego serca i duszy.
Byczyliśmy się w ten sposób prawie do zachodu słońca. Wróciłem ja i mój mądry pies do domu.
Wpuściłem go do moich salonów. On legł na dywanie, a ja usiadłem naprzeciwko niego w fotelu i zapytałem go:
- Sokrates! Skąd ktoś wiedział, że będziesz tak mądry i nadał ci takie imię? Powiem ci, że zasłużyłeś sobie na to imię.
Uświadomiłem sobie, że niewiele wiem o Sokratesie, o człowieku noszącym w starożytności to imię. Otworzyłem komputer i czytałem przez cały wieczór i całą noc o nim. W pewnym momencie wstrząsnęło mną jedno zdanie tego człowieka wyrażone tysiące lat temu, o mnie. Tak, naprawdę to było o mnie. Skąd on wiedział, że pojawię się na świecie, i że będę taki jak …
Gdy przeczytałem to jedno zdanie, które ten mędrzec wypowiedział, przewróciło ono moje całe życie, całe postrzeganie wszystkiego, co było w nim do tej pory ważne, a od tej pory stało się nieistotne jak kurz, jak błoto na moich butach, jak wczoraj zgubiona złotówka.
Zdałem sobie sprawę, że jestem świnią, jestem zaspokojoną świnią. Tak, to było w moim życiu ważne, by być zaspokojoną świnią: by się najeść, by wypchać sobie brzuch najlepszym jedzeniem, szafy najlepszymi garniturami, garaż najlepszymi samochodami, kieszenie niewybrażalnymi dla zwykłego człowieka pieniędzmi.
Byłem świnią, zaspokojoną świnią, bo zaspokajałem swoje potrzeby wykorzystując innych ludzi i przy tym traktowałem ich jak świnie, jak bydło, jak gorszy gatunek człowieka, gorszy, bo biedny i przez to nieposiadający władzy nad innymi.
Coś jednak czułem, czegoś poszukiwałem. Nie mogłem przecież powiedzieć, że byłem szczęśliwy, chociaż mogłem sobie kupić wszystko. No prawie wszystko. Mogłem kupić kobiety, lecz nie ich miłość. Mogłem kupić ludzi, lecz nie ich przyjaźń.
- No tak, Sokratesie, wczoraj stałem nad przepaścią i chciałem tam się rzucić. Tak, naprawdę. Tak nisko upadłem. Mimo milionów, mimo, wszystkiego, co się z materialnych rzeczy sypało mi pod nogi, jak z rogu obfitości, byłem biedny. Byłem biedny, bo byłem płytki. Czułem, że pieniądze to moja ucieczka od prawdy, od siebie samego i przyplątała się choroba. Chyba to moja głowa ją stworzyła, a ciało zrealizowało jej plan.

Tak, wtedy mój pies mnie słuchał, a ja wyrzucałem z siebie wszystko, wyrzuciłem świnię. Wyrzucłem ją z siebie dzięki niemu. To on, Sokrates, mi powiedział, że „woli być niezaspokojonym Sokratesem, niż zaspokojoną świnią”.
Mało tego, że powiedział, pokazał mi to tam nad stawem. Mój Sokrates, pies, wygladał na zaspokojonego i jest zaspokojony, bo niczego nie pragnie. Wystarczało i starcza mu to, co otrzymał od natury. Przede wszystkim starcza mu mądrości.
I tą mnie uzdrowił. Uzdrowił, bo nie tylko wyrzuciłem dzięki niemu świnię z siebie. Gdy zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę zawsze byłem już zaspokojonym człowiekiem, że tak jak pies, niczego nie potrzebowałem. Wszystkim natura mnie obdzieliła. Wtedy wyzdrowiałem.
Pies, Sokrates, mnie uzdrowił. Sokrates ze świni uczynił człowieka.

Gdy milioner skończył, do końca naszego prawie miesięcznego trekkingu, na naszej ścieżce, panowała cisza. Taka się zdarza wśród ludzi, zaspokojonych ludzi.

Piotr Kiewra
 

sobota, 26 stycznia 2019

Mowa nienawiści


- Rzadko zgadzam się z politykami, lecz tym razem jestem za tym by karać za mowę nienawiści. – powiedziała ciocia, tuż po tym jak Piotr przekroczył próg jej mieszkania.
- Ciociu, o czym ty mówisz? – spokojnie zapytał, choć to brzmiało raczej jak zdziwienie, niż pytanie.
- Jak to, o czym? O tym, co się ostatnio dzieje.
- Ciociu, wiem, co się dzieje, lecz widzę, że ty nic z tego nie rozumiesz.  
- Jak to, ty jesteś przeciw karaniu? No dobrze, bo się zaraz pokłócimy … spokojnie! – powiedziała ciocia sama do siebie i za chwilę poprosiła: – No dobrze, Piotrze, gdybyś mógł to wszystko skomentować.
- No dobrze, mogę ciociu. Sama widzisz jak łatwo jest zostać nakręconym, jak łatwo się zirytować, jak łatwo szerzyć mowę nienawiści. – zaśmiał się i kontynuował:
- Ciociu, po pierwsze, nienawiść nie istnieje. Jest tym samym, co ciemność. A ciemność to jedynie brak światła. Jak możesz walczyć z ciemnością, skoro ona nie istnieje. W żaden sposób jej nie dotkniesz, lecz wystarczy, że zapalisz światło, a zniknie. Z nienawiścią jest tak samo. Nienawiść jest brakiem miłości. I tak samo jak ze światłem, wystarczy rozprzestrzenić miłość, a nienawiść zniknie sama. Nie trzeba i nie można z nią walczyć, bo jak to zrobić? Nikomu się to nie udało. Gdyby tak było, nienawiści nie byłoby na świecie.
Byłbym ostrożny słuchając tego, co się w mediach mówi na ten temat. Bardzo łatwo jest, bowiem ulec, dać się zmanipulować i zacząć walczyć z wiatrakami. Zauważ, kto mówi najwięcej o walce z mową nienawiści? Ci, którzy tę mowę krzewią. Zresztą przyjrzyj się mediom, temu, co stamtąd płynie w naszą stronę? Jakiego rodzaju wieści się do nas wysyła, czym nas się karmi? Nieszczęściami, katastrofami. Czym nas się straszy? Wojną, złem, biedą, głodem, chorobami, innym człowiekiem …
- To, co w takim razie, byś zaproponował? – przerwała mu pytaniem.
- By zacząć od siebie. – teraz z kolei ciocia pokazała zdziwioną minę. Popatrzył na nią i kontynuował:
- Podam ci kilka rad mądrych ludzi. Tysiące lat temu bowiem ludzie mieli ten sam problem. Wtedy zwracali się do mędrców, do wielkich mistrzów, a ci odpowiadali.
Może na początek powiem ci o pewnym znanym w starożytności rozwiązaniu, które używano wobec winnych zbrodni. Dlaczego o tym mówię? Bo wielu z dzisiejszych zbrodniarzy, czy złoczyńców, też marzy o tym, by zaistnieć w świecie, by w jakiś sposób zaznaczyć swe istnienie, zrobić coś, dzięki czemu taki człowiek stanie się popularny, znajdzie się na ustach wszystkich. W starożytności skazywano ich na wymazanie ich imienia z wszelkich ksiąg. Zrobiono tak na przykład wobec człowieka, który spalił jeden z cudów ówcześnego świata: Świątynię Artemidy w Efezie. Wymazano jego imię i do dzisiaj nie znamy jego imienia. Co prawda używa się nazwy Herostrates, ale to tylko nazwa świadcząca o jego czynie, a nie konkretne imię i nazwisko.
A co dzisiaj robią media? Przynoszą wielką popularnośc najgorszym złoczyńcom. Gdybyśmy porównali czas poświęcony w mediom tym którzy krzewią miłość i tym, którzy szerzą nienawiść, popełniają największe zbrodnie, to kto ma  tego czasu więcej?
- Zgadza się. Masz rację, o Stalinie, Hitlerze, na pewno mówi się sto razy częściej niż o jakimkolwiek dobrym człowieku. – wtrąciła zadowolona z siebie ciocia.
- A teraz ciociu, coś o prawie przyciągania. Ono mówi, że to, z czym walczysz to wzmacniasz. Dajesz temu moc. Ciociu, od tysięcy lat człowiek walczy z biedą, walczy o pokój … I co? Bieda jak była, tak jest. Wojny są co rusz, jak nie tu, to tam. Dzisiaj taki nożownik, jak ten z Gdańska na pewno znajdzie naśladowców, bo dzięki temu czynowi stał się popularny. Nieważne w jaki sposób: nie potrafił zrobić nic dobrego, to uczynił wielkie zło. Czyniąc zło szybciej trafia się na łamy gazet, na ekrany telewizyjne. Dzieje się to w mgnieniu oka. To media są winne, szerzenia nienawiści, a rządzący nimi, może nawet mają taki plan, by tak czynić. Z tego, co wiem, to tak jest. W skali światowej tak jest. Dzięki temu, zyskują: skłócając, szerząc nienawiść realizują swoje cele.
- No tak, ale co zrobić? – niecierpliwiła się ciocia.
- Ciociu, mówiłem, zaraz ci powiem. Zacznij od siebie. Rozdawaj miłość. Wchłaniaj zło, nieszczęścia, cierpienie, nienawiść płynącą ze świata, z daleka, czy z bliska, od ludzi. Znajdź ją też w sobie. I rozdawaj miłość, współczucie, dobro. Tysiące lat temu nauczali tego Jezus, Budda, Atisha. Co powiedział Jezus o nastawianiu drugiego policzka? Przebaczał tytm, którzy mu ubliżali, tym, którzy go skazali na ukrzyżowanie. To działało. Zobacz, Paweł, który wręcz zionął nienawiścią do Jezusa, chciał go zabić, gdy go raz spotkał, został jego uczniem, wyznawcą, został świętym. Czy Jezus z nim walczył, czy przeciwstawiał się jego nienawiści? Nie. Obdarował go miłością, swoim światłem.
Podobną historię znamy z życia Buddy. Kiedyś ubliżano Buddzie, obrzucano go inwektywami, kamieniami. Jeden z jego uczniów zapytał: Dlaczego nie reagujesz? Dlaczego z tym nie walczysz? Budda odpowiedział: „ Jeśli ktoś ci coś daje, a ty tego nie przyjmujesz, to w czyich rękach, to się nadal znajduje?
Otóż to ciociu. Jeśli, ktoś używa mowy nienawiści wobec ciebie, a ty jej nie przyjmujesz, to u kogo ona pozostaje? No właśnie. Tego powinni się nauczyć politycy, zarządzający mediami i my wszyscy. W każdej chwili życia trzeba by o tym pamiętać.
- No tak, ale gdy ktoś rzuca się na ciebie z nożem? – jeszcze próbowała nieprzekonana do końca.
- Ciociu, podam ci następny przykład z życia Buddy. W jego czasach, znany był taki wielkokrotny zabójca, który kolekcjonował morderstwa. Ułożył sobie plan, że zabije tysiąc osób. Gdy Budda o nim usłyszał, poszedł by go spotkać. Wszyscy go przekonywali, by tego nie robił, bo do spełnienia swego planu zbrodniarz potrzebuje już tylko jednego człowieka, bowiem ma już na koncie 999 ofiar. Budda nie zrezygnował, poszedł się z nim spotkać. I co się stało? Ten doszczętnie zły człowiek, został uczniem Buddy. Czy Budda go przekonał, czy zrobił mu wykład o dobru i złu, czy mówił o niebie i piekle? Nie. Zaniósł, mu miłość, współczucie, swą wielką ufność.
I to właśnie proponuję. By każdy na tych przykładach uczył się. By zaczął od siebie. By zmienił mowę nienawiści na obdarowywanie miłością. Nie, nie chodzi mi o to, by wszyscy nosili słowo miłość na ustach, by to słowo stało się najczęściej wymawianym. Chodzi mi o to, by nosić ją w sobie, w sercu i obdarowywać. By obdarowywać szczególnie tych najbardziej jej potrzebujących, tych, co nienawidzą. Tak, oni najbardziej tego potrzebują. Jezus, Budda, Atisha i wielu mędrców tego uczyło. Lecz dzisiaj w mediach na wszystkie możliwe sposoby odmienia się słowo nienawiść i próbuje się z nim walczyć. Skutek jest taki, iż eskaluje się to z czym się walczy. Tak działa prawo przyciągania: to na czym się koncentrujesz – wzmacniasz. Dlatego powinniśmy się skoncentrować na miłości. To tyle ciociu.
- Hm … - powiedziała ciocia. I zaraz dodała:- Szkoda, że nie nadali tego, co mówisz w telewizji. Może wielu dałoby to do myślenia. – zachichotała
- Ciociu, a co interesują cię inni? Zacznijmy od siebie. Jezus i Budda też tak zrobili. Stali się tak kochający, iż udzielało się to innym. My też tak zróbmy, nie inaczej.

Piotr Kiewra    
 

niedziela, 13 stycznia 2019

Kopniak dla psychoanalityka


Jestem zdania, iż zawsze jest jakiś alternatywny, wobec współczesnej medycyny, sposób leczenia, jakiś naturalny sposób samouzdrawiania. Sama natura, istynkt ludzkiego ciała, intuicja podsuwają takich metod tysiące. I jestem również zdania, że dotyczy to nie tylko ciała, lecz przede wszystkim psychiki, nadwyrężonej zwiększonym stresem, stylem życia w społeczeństwie, gdzie jednym z elementów tego życia jest tzw. wyścig szczurów.
Próba nadążenia, sprostania wymaganiom społecznym, czy też narzuconym sobie samemu, by być takim jak „Y”, by osiągnąć to, co osiągnął jakiś tam „X”, stwarza napięcia psychiczne. Powstają, gdy rodzi się w nas konflikt wynikający z niezgody z przypisanej przez szkoły, rodziny, religie, czy nasze własne pragnienia, roli, często granej przez całe życie.
Oto przykład odszukania i wykorzystania takiej alternatywnej i zupełnie naturalnej terapii. Dotarła do mnie od znajomej mieszkającej w Ameryce. Opisuje ona taką oto historię:
Moja koleżanka ze studiów psychologicznych na Uniwersytecie, żaliła się, że ma w domu „piekło” z powodu choroby psychicznej swojej matki. Od lat, jako dziecko, żyła w lęku o zdrowie mamy, bo co jakiś czas choroba się nasilała. Gdy dorosła postanowiła nawet zostać psychologiem, by pomagać, by odkryć skuteczny sposób leczenia takich przypadków.
Wcześniej jej mama przeszła leczenie i u psychoanalityków, psychiatrów, leczenie farmakologiczne w zakładach zamkniętych. Psychoanaltycy pracowali z nią przez ponad dziesięć lat. Mówili: „to nie takie proste, bo nasza psychika jest bardzo skomplikowana”. Analizowali więc sny, próbowali wyciągnąć coś z nieświadomej części umysłu kobiety, nawet ze zbiorowej nieświadomości. Później były techniki regresywne, próba dotarcia do pierwotnego krzyku, analizowanie dzieciństwa, itd. Ciągnęło się to i ciągnęło. I nie było widać temu końca. I chora, i jej rodzina byli bliscy pogodzenia się z tym, że tak już musi być.
Któregoś dnia zaproponowałam jej, by spróbować czegoś zupełnie innego. Wyczytałam, bowiem o metodach stosowanych w Japonii, w klasztorach zen. Opisywał to w paru zdaniach mój ulubiony mistyk. Dałam jej ten kawałek do przeczytania, a ona natychmiast się do tego zapaliła. Tę terapię można było zastosować w domu, jest aż tak prosta. Lecz ona wymyśliła wakacje z matką w Japonii.
Zdobyła jakieś kontakty, zebrała pieniądze i obie pojechały - matka, jako pacjentka, córka, jako studentka tradycyjnych i naturalnych metod terapii.
W jakimś klasztorze zen, matka wróciła do zdrowia, a córka dała kopniaka całej zachodniej psychoanalizie. W ciągu miesiąca buddyjscy mnisi osiągnęli to, co psychoanalitykom nie udało się przez kilkanaście lat. Córka w miesiąc, a ściślej mówiąc, w pięć minut, nauczyła się tego, czego, by nie dały jej wieloletnie studia.
Co takiego mnisi tam zaproponowali? Zostawili ją samej sobie. Gdzieś w odludnej części klasztoru dali jej miejsce do zamieszkania. Miała do dyspozycji kawałek ogrodu, kawałek górskiej ścieżki, trochę drzew, kwiatów, ptaków, otwarte niebo nad sobą i przede wszystkim święty spokój. Nikt jej nie odwiedzał, nikt z nią przez miesiąc nie rozmawiał, nikt nie zamienił z nią ani słowa. W ogóle nie widziała innego człowieka. Jadła bardzo skromne jedzenie tylko raz dziennie, w niektóre dni, dosłownie nic, nawet wody.
Jej dzień to spacer, rozmowy z drzewami, ptakami, chmurami, pieszczenie kwiatów i żadnej litości, żadnego współczucia, żadnego dobrego słowa znikąd, żadnych leków, ziółek, niczego. Tylko bycie samemu ze sobą. Kolejnego dnia też spacer, siedzenie gdzieś na skałach i obserwowanie jak płyną chmury na niebie i jak rośnie trawa. I tak dzień po dniu.
To ją odprężyło, pozwoliło zrzucić ciężar odpowiedzialności za świat, społeczeństwo, innych ludzi, ale i za siebie. Nikt tu od niej niczego nie oczekiwał. Pewnego dnia zrozumiała, że też nie powinna niczego oczekiwać od siebie.
Nikt tu nie kiwnął nawet palcem, by ją zmienić, by ją do czegoś przekonać, by jej czegoś nauczyć. Nikt z nią nie wykonał żadnej pracy. Ona też nie wykonała żadnej pracy. Nikt nie kazał wspominać dzieciństwa, nie narzucił medytacji.
Lekiem była cisza, natura i nicnierobienie. Lek był w niej.
Córka przyglądała się temu z daleka, nic więcej.
Czego jej matka tam się nauczyła? Nicnierobienia umysłem. To wszystko. Wystarczyło pobyć samej ze sobą przez trzy tygodnie. Wydaje się to zbyt proste, by było skuteczne. Ale tak właśnie jest. Współczesne społeczeństwo wmówiło nam, że wszystko musi być skomplikowane, złożone, że wymaga wielkiej walki, wielkiej pracy i że wymaga pracy nad sobą. To wszystko wywołuje w nas jedynie napięcie. Tutaj proponuje się coś zupełnie odwrotnego – totalne rozluźnienie. A wszystko i tak się toczy, jak się miało toczyć. I tylko o to odprężenie chodzi.
Świat wokół się zmienia, ale nie zmienia dzięki naszej walce, dzieje się to samo z siebie. Nasz wkład to, czasem jakiś przecinek, jakaś kropka. Taka jest kolej rzeczy. Zmienia się jedynie nasze nastawienie, zaangażowanie myśli i emocji – rozluźniamy się, odpuszczamy, odwiązujemy mocujące nas liny i łańcuchy. Zrozumieć najłatwiej można to w kontakcie z samym sobą, gdy nie uciekamy przed sobą i nie gonimy za sobą w wyścigu szczurów.
Tak to wyglądało. Po dwudziesto-jednodniowym pobycie w klasztorze, matka z córką zrobiły sobie tygodniową wycieczkę po Japonii. Szczęśliwe, radosne, rozluźnione.
Gdy wróciły do Stanów choroba matki nie wróciła. Od tej pory minęło osiem lat i wszystko jest ok.
Matka i córka wymierzyły po solidnym kopniaku psychoanalitykom.
Jednak obie, ja i moja koleżanka, skończyłyśmy studia psychologiczne, lecz w naszej obecnej pracy bardziej skupiamy się na prostych i bardzo prostych metodach, zaczerpniętych, między innymi, z tradycji Wschodu. Od czasu do czasu, tam, w Japonii, Chinach, Indiach i Tybecie „studiujemy” tamtejsze metody.
Dzisiaj, we współczesnej psychologii goszczą one już coraz częściej, chociaż medycyna jest na nie oporna.
Dlaczego? Wiadomo … pieniądze. Mnisi zajęli się matką koleżanki za darmo, a psychoanalitycy zbili fortuny wciskając matce „filozofię” zamiast leczenia.

Tak. Wiadomo, pieniądze. A jest przecież tyle naturalnych, oraz obecnych w nas samych metod pozwalających wrócić do zdrowia fizycznego i psychicznego, które tak naprawdę są jednym. To głownie nasza psychika jest zarzewiem wszelkich chorób, ale ma w sobie również wbudowane metody samouzdrawiania. Każde psychiczne napięcie może wywołać dysharmonię, chorobę. Lecz każda choroba jest też informacją, ma zakodowany w sobie lek. Wystarczy to zrozumieć. Odkodowanie polega na zrozumieniu, a samo zrozumenie może już być lekiem. Czasem potrzebne ziółko, czasem inny lek, ale bazą jest zrozumienie, że wszystko ma swoją przyczynę. Póki tej przyczyny nie spuścimy z łańcucha, póki nie oczyścimy się z napięć i rzeczy, które stały się naszymi nałogami, nie będziemy wolni, nie będziemy zdrowi.
Pieniądze stały się nie tylko motorem postępu w medycynie, lecz stały się też hamulcem, zasłoną, lub wręcz czymś, co eliminuje konkurencję w napychaniu sobie nimi kieszeni. Medycyna naturalna i samouzdrawianie jest najczęściej darmowe i to tłumaczy, dlaczego medycyna i medycyna naturalna to dwie zupełnie odrębne gałęzie, z których ta pierwsza ignoruje i zwalcza tę drugą.

Niesamowitej opowieści wysłuchał i komentarzem opatrzył: Piotr Kiewra        

piątek, 4 stycznia 2019

Surowy lekarz


„Od 5 lat nie chodzimy do żadnego lekarza, żadnych dolegliwości, zniknęły - nadciśnienie, reumatyzm, zmiany w sercu, bóle biodra, kręgosłupa.”

Fragment komentarza pod jednym z tekstów bloga

Ludzie są zawiedzeni medycyną. Coraz więcej osób szuka na własną rękę środków zaradczych, gdy coś w ich zdrowiu szwankuje, lub gdy instynkt lub intuicja podpowiadają im, że prawda jest odwrotna od tego, co się wokół najczęściej słyszy, nawet, jeśli to pochodzi od lekarza, od nauki.

Ludzie widzą na każdym kroku, że nie tylko medycyna się sprzedała, również nauka się sprzedała. Dała się przekupić pieniądzem. Jest w stanie się podłożyć i wydać zamówione przez koncerny spożywcze i farmaceutyczne, dowolne twierdzenia na temat tego, co jest zdrowe, a co nie jest. Dotyczy to sporej jej części. Część naukowców z tego właśnie żyje – podpisują się swoim autorytetem pod pseudonauką.

Powstało tak wielkie zamieszanie w umysłach ludzi, że trudno jest, z jakichkolwiek źródeł ją odkryć. Chyba, że się sprawdza na sobie, chyba, że się eksperymentuje, chyba, że zaczynamy rozumieć, że jesteśmy z natury, że jesteśmy jej częścią i że od tysięcy, czy milionów lat, nic się tu nie zmieniło i nie zmieni.

I to jest moje kryterium.  Jeśli chcę się dowiedzieć, co jest zdrowe, a co nie jest, to patrzę, co jest bliższe naturze. Nie zaglądam do naukowej literatury, lecz badam naturę rzeczy. Inni też to robią. Coraz więcej ludzi to robi, bo podświadomie czuje, że coś jest nie tak.

Słucham też instynktu ciała, mając świadomość tego, że czasem trudno niektórym odróżnić, co jest instynktowne, a co jest wyuczone, co jest nawykiem wynikającym ze stylu życia.

Gdy potrzeba sięgam jeszcze głębiej, do intuicji, a ta nie myli nigdy. Czasem nie ma innego sposobu na odkrycie prawdy.

Jak już powiedziałem, jestem zwolennikiem natury. Nie chodzi mi tu tylko o to, że lubię las, góry, lecz dokładnie wszystko, co to może oznaczać. Jestem zwolennikiem naturalnego jedzenia, w żaden sposób nieprzetworzonego, co również oznacza, że takowe nie jest gotowane. Większość, bowiem uważa, że przetworzona żywność to ta nafaszerowana chemią, wzmacniaczami, konserwantami. Nie. Przetworzone jest wszystko, co jest ugotowane, upieczone, usmażone, rafinowane. Jestem jeszcze dalej. Przetworzone jabłko to te pozbawione skórki i pestek.

Napisałem szereg tekstów na ten temat, np. na temat bioaktywności, czyli pokarmu, który jest żywy, niezniszczony przetwarzaniem, diety instynktownej i wiele innych.
Często dostaję komentarze, które potwierdzają moje odczucia. Oto jeden z nich.


„Polacy zostali pozbawieni tłumaczeń książek Arnolda Ehreta, Herberta Sheltona i wielu innych znanych za granicą wybitnych badaczy wpływu żywego jedzenia na ludzki organizm. Zamiast tego uporczywie wciska się nam mity i kłamstwa o białku, dogmaty i stereotypy, tzw. tradycji przetworzonego na ogniu pseudopokarmu.
Bardzo długo szukałam informacji jak być zdrowym i tylko dzięki znajomości języka rosyjskiego, bo angielskiego nie znam, dotarłam do prawdy.
Z dnia na dzień przeszliśmy z mężem na 100% żywe jedzenie, było ciężko, niesamowite kryzysy oczyszczające, spadek wagi o kilkanaście kg, po 2 latach witarianizmu weszlismy w systematyczne suche głodówki: 36 godz raz w tygodniu, a obecnie 60 godz, tj 2 dni.
Samopoczucie doskonale, od 5 lat nie chodzimy do żadnego lekarza, żadnych dolegliwości, zniknęły - nadciśnienie, reumatyzm, zmiany w sercu, bóle biodra, kręgosłupa.
Jemy wyłącznie płody roślin, tj. soczyste owoce i warzywa, zieleń, skiełkowane nasiona gryki i słonecznika, jako przystawka do surówki, dużo owoców sezonowych, żadnej oliwy, żadnej soli, żadnych orzechow, ani nasion, za wyjątkiem ww.
Nie pijemy wody, nie używamy dehydratora, obecnie wyciskarka w odstawce, w użyciu tylko blender i nóż.
Nie uznajemy przepisów kulinarnych typu surowa pizza, surowa czekolada itp. To wymysły. Nasze kubki smakowe odbierają gamę cudownych smaków, wyostrzył się zmysł zapachu.
Jesteśmy żywym dowodem na to, jak działa żywy-prosty pokarm.
Bretarianie jednak są dowodem, że najprawdopodobniej nasi przodkowie nie jedli niczego, być może, tylko pili czystą wodę w razie potrzeby, tj. wielkiego wysiłku fizycznego.
Obecnie nie istnieją dla nas żadne dylematy, co jeść, a czego nie. Posiłki nie mają nazw typu obiad, deser, czy kolacja, a sucha głodówka dwu-dniowa to, po prostu, niejedzenie i niepicie, bez żadnych sensacji, z długimi spacerami.
Mamy po 70 lat.
Pozdrawiamy Pana i życzymy sukcesów.

Dwa surojady-fruktojady.”  


Mam podobne spostrzeżenia dotyczące wpływu surowej żywności, znam sporo ludzi, którzy tak żyją i doświadczają na sobie.
„Surowy” lekarz, jest naprawdę surowy dla chorób, dla dużej części dysharmonii w naszych ciałach.

Piotr Kiewra

niedziela, 30 grudnia 2018

Zmartwienie, które zabija. Pasja, która uzdrawia



Kiedyś na lodowisku, gdy tak sobie kręciłem różne takie łyżwiarskie zawijasy, przypominając sobie swoje młode lata, obok przejechała kobieta. O mało się nie zderzyliśmy, bo ona jechała tyłem i ja też. W następnym kółku, zwolniłem by ją przeprosić, a ona wpadła na ten sam pomysł, więc przeprosiliśmy się wzajemnie.

Pogratulowała mi mojej sprawności, a ja jej na to, że to wynik mojej młodzieńczej, dawnej pasji, pasji, która nie została zapomniana.

A ona mi na to, że w jej przypadku pasja uratowała jej życie. No i tak od słowa, do słowa, poznałem, w jaki sposób to się stało. Ale zanim była pasja, było zmartwienie.

Oto jak to było, oto jej historia:

Odkryłam w swoim doświadczeniu, dwie prawdy. Są jak śmierć i życie. Otóż:
Zmartwienie zabija.
Pasja uzdrawia.

Tego właśnie doświadczyłam, obu tych prawd. Najpierw tej pierwszej, o mało mnie nie zabiła.

Żyłam tych kilkadziesiąt lat, by się przekonać, że:

Jeśli czymś się martwisz, to pozwalasz temu dominować nad tobą.

Dzieje się to do tego stopnia, że potrafi cię zaprowadzić na skraj przepaści, potrafi cię zabić.

Chyba wyssałam to z mlekiem matki. Mama prawie nieustannie płakała, czymś się przejmowała, zamartwiała. Tym, że ojciec przyjdzie znowu pijany, że jej mama, czyli moja babka, żyła tak krótko, i że na pewno ona też będzie miała nadciśnienie i inne choroby, jak jej matka. Martwiła się o pieniądze, że telewizor znowu się zepsuł, że wujek miał wypadek na kolei. Martwiła się też tym, że sąsiadce inny sąsiad otruł kury. Martwiła się wszystkim. W domu był ciagły płacz i lament. A gdy zjawiły się ciotki, lub sąsiadki, to lamentom i narzekaniom nie było końca. W domu prawie nie było radości, bo jak tylko ktoś się uśmiechał, lub głośno śmiał, to zaraz padało stwierdzenie, brzmiące jak pytanie: Z czego tu się śmiać, jak wokół tyle cierpień, tyle nieszczęść.

No i zostałam zarażona tym wirusem. Też płakałam, bo mama płakała, bo faktycznie miała słabe zdrowie. Faktycznie tata przychodził pijany. Prawie jej każda czarna myśl, była proroctwem.  

Gdy stałam się dorosła, to w tej dziedzinie jednak nie wydoroślałam: zamartwianie się zajmowało większość mojego czasu. Moja głowa była pełna od zmartwień. A życie zgodnie z tym zaspakajało moje w tym zakresie potrzeby, dostarczało mi sporo powodów.

Najpierw martwiłam się materią, później rodziną. Tym, że nie mam czasu, by zarobić na większe i lepsze rzeczy w domu. Martwiłam się problemami dzieci w szkole i w ich dorosłym życiu.

Gdy spośród moich znajomych i przyjaciół kilkoro odeszło z tego świata to zaczęłam się martwić chorobą - taka ewentualnością i ... wymartwiłam ją. Ta myśl tak mnie zdominowała, że właściwie to prawie mnie zabiła.  

Jednak w ostatniej chwili, zabiłam swoje zmartwienia pasją, zabiłam nią swoją chorobę.  

Przypomniałam sobie ją dopiero, gdy lekarze rozłożyłi ręce.  

Odkryłam ją wcześniej, lecz nie pozwoliłam jej żyć, odkładałam zawsze na później.  Mówiłam sobie: - „Gdy przejdę na emeryturę” ... i czekałam. Moje życie to była nuda oczekiwania na to, co ma się zdarzyć, czyli na następne nieszczęście, bo w efekcie, nawet to dobre, zamieniało się na złe. Pewnie moje zmartwienia miały moc przeobrażania.

Dzisiaj, gdy na to patrzę, widzę tego bezsens. Marnować całe życie na czekanie, a po drodze robić same nieistotne rzeczy. Pracowałam najpierw na „to”, a gdy „to” już było realne, zmieniał się przedmiot, było inne „to”. I tak kręciła się ta karuzela.  
Gdy przyszła choroba i wkrótce lekarski wyrok .. to już wiedziałam, że nie doczekam emerytury i pewnej nieprzespanej nocy postanowiłam przeskoczyć kawał życia. Wskoczyłam w „emeryturę” i zaczęłam robić to, co pociągało mnie od początku.  Od tej pory nie istniałam dla rodziny, dla pracy, dla świata. Została moja pasja. Ja się w niej zgubiłam. Nie było mnie. Gdy w tamtym czasie, ktoś się zwrócił do mnie po imieniu, dłuższy czas się zastanawiałam, o co temu komuś chodzi. Moi bliscy myśleli, że sfiksowałam, że się poddałam chorobie.  

Moje przyjaciółki chciały mnie pocieszać, zająć rozmową, plotkowaniem i pewnie zwyczajowym narzekaniem. A ja nawet zapomniałam, że istnieje rozmowa.  Po prostu od rana do wieczora, od wieczora do rana byłam w mojej pasji. Zapominałam o jedzeniu, o tym, że nastał dzień, lub noc. Sen spływał na mnie, kiedy chciał, czasem zastał mnie na siedząco, nawet na stojąco, na parę minut, rzadko się kładłam do łóżka. A we śnie były tylko wizje mojej pasji, mojego tworzenia.

Pewnego dnia wyszłam z taką wizją do lasu i zachciało mi się iść jak najdalej w las. Później zacząłam tańczyć jak szalona i biec, biec jak najdalej, jak najszybciej. W końcu padłam, tak się tym wykończyłam, że się ... obudziłam ze wszystkiego: i z mojego snu, i z mojego dotychczasowego życia dla celów, i dla innych.

Obudziłam się też z choroby. Okazała się snem, który przyszedł, by pomóc mi odnaleźć siebie, sens istnienia.  Naprawdę zniknęło wszystko, co nieistotne.

Dziś, gdy ludzie pytają, jak się uwolniłam od choroby, mówię, że to moja pasja mnie uwolniła. Tak mnie zajęła, że nie miałam czasu myśleć, martwić się. Zapomniałam o sobie, o sobie takiej, jaką byłam. Wtedy, w tych chwilach zapomnienia, zobaczyłam, kim jestem naprawdę. Nie było w tym nikogo z wcześniejszego mojego kawałka życia. Nie byłam też kimś, kogo ukształtowali rodzice, albo świat. Absolutnie nie!   

Czy to ważne, czy ta pasja jest użeteczna, czy da się na tym zarabiać na utrzymanie? Nie, to nie ma zupełnie żadnego znaczenia.

Bóg każdemu człowiekowi dał jakiś talent. Problem w tym, że go odkładamy na później, albo tak jesteśmy zajęci gonitwą za materią, spełnianiem swoich wymyślonych pragnień, czy cudzych oczekiwań, że nie mamy czasu go odkryć. Nadajemy priorytet nieistotnym rzeczom i działaniom, a to, do czego zostaliśmy stworzeni uznajemy za fanaberie, dziecięce mżonki, itp.

To nic, że ja się swoją pasją nie mogę pochwalić przed światem, to, co piszę, nikt pewnie z zainteresowaniem by nie przeczytał. Nieważne, to siedziało we mnie i musiałam i muszę to z siebie wypuszczać na światło dzienne, muszę to w jakikowliek sposób wyrazić. To nie jest poezja dla kogoś, to jest po prostu coś, co się musiało narodzić. I tyle. Jeślibym odkryła, że moją pasją jest szycie koszul, wyszywanie chustek, robienie szalików na drutach, czy malowanie kwiatów, to powinnam, to musiałabym to robić.

Ludzie są nieszczęśliwi, bo wydaje im się, że nie mają żadnego talentu, żadnego powołania. Mają, lecz tego nie widzą, bo się porównują i zaraz myślą o tym, czy to się sprzeda. Podczas, gdy Bóg powołał nas nie po to, by sprzedawać swój talent.

Natchnął mnie Nick Vujicić. On ma boski dar, wielki - boski.

Jaki? Otóż jego darem jest to, iż nie ma rąk i nóg. Mógłby ktoś powiedzieć, że przesadzam. Nie, naprawdę, tak to dzisiaj widzę. To jest dar. Przecież, gdy inni patrzą na niego, mówią do siebie: Boże jakiż to ja jestem szczęśliwy, że mnie to nie dotknęło. I to właśnie jest ten dar, który innym pozwala docenić siebie i swoją wyjątkowość. To jest jego wielka, boska misja. Każdy z nas ma taką. Lecz każdy ma inną.

A teraz? A teraz odkrywam wszystkie swoje pozostałe talenty. Dzisiaj, na tej zamarzniętej kałuży, przyszedł czas na łyżwiarstwo. Hihi.

Pośmialiśmy się zdrowo.

Wysłuchał niesamowitej historii: Piotr Kiewra  

środa, 26 grudnia 2018

Lodowy lekarz


Byliśmy znudzoną życiem i sobą parą w średnim wieku. Dzieci poszły na swoje, dom opustoszał. Opustoszały marzenia, zamgliły się cele.
Nasze dni były bardzo podobne do siebie: śniadanie, praca, obiad, telewizor, kolacja, znowu telewizor, czasem do późna, jakaś chwila rozmowy małżonków, spanie i … wszystko od początku. Czasem w weekend jakieś odwiedziny u dzieci, lub dzieci u nas, w niedzielę jakiś wspólny spacer.
Trudno się dziwić, że do takiego zwyczajnego, czytaj „cywilizowanego” życia, przyplątały się nam, obojgu, całkiem zwyczajne dolegliwości i choroby: słaba odporność i częste przeziębienia, anginy, grypy, bóle kręgosłupa, u mnie i małżonki, u mnie dodatkowo, lekki związany z tym niedowład w nodze. Bolące nas obojga kolana, nadwaga, nadciśnienie, a dodatkowo u żony częsta depresja. Oczywiście nasza domowa apteczka zapełniona antybiotykami, środkami przeciwbólowymi, nasennymi, różnego rodzaju maściami, kroplami i czym tam jeszcze, była w codziennym użyciu. Ponadto żona karmiła się antydepresentami, nie mówiąc o nas obojgu zażywających tabletki na nadciśnienie. To oczywiście nie wszystko, ale … szkoda gadać – wszyscy tak mają w naszym wieku. -pocieszaliśmy się.
No i tak to się toczyło, raczej w dół – niestety.
No i pewnej pogodnej, zimowej niedzieli, gdy nie przyjechało żadne z naszych dzieci, udało mi się namówić żonę na spacer. Widziałem, co się z nią dzieje, dopadło ją przygnębienie, bliska była depresji. Wsiedliśmy w samochód, by pokuśtykać ścieżką wokół jeziora, które u nas znajduje się prawie że w centrum miasta.
Gdy zbliżaliśmy się do końca pierwszego okrążenia, minęła nas grupka biegnących młodszych i starszych ludzi oraz dzieci. Za chwilę następna i następna, oraz całe mnóstwo samotnie biegnących, lub szybko maszerujących osób. Gdy zbliżyliśmy się do parkingu, na pobliskiej plaży ujrzeliśmy tych wszystkich ludzi jak się rozbierają, wchodzą lub wskakują do wody. To był dla nas szok, a szczególnie dla mnie. Był przecież styczeń, co prawda słonecznie, ale szczypał lekki mróz.
Namówiłem żonę i z ciekawości weszliśmy na plażę, by się przyjrzeć tym śmiałkom. Był ich cały tłum. W większości młodzi ludzie, ale całkiem spora też grupka osób w naszym wieku, ale i kilka osób w wieku, tak na oko pod siedemdziesiątkę, oraz kilkoro dzieci.
Doznałem olśnienia. Powiedziałem sobie w duchu, że ja też tak chcę. Wyraziłem to głośno żonie, a ona stuknęła się tylko w czoło. Jednak coś we mnie mi mówiło, że … to jest dla mnie. Zostałem tym, co tu zobaczyłem tak dotknięty, że nie mogłem w nocy spać. Ułożyłem więc sobie plan – jak ja to zrobię. Nie było odwołania, był tylko problem: jak?
Zaplanowałem to sobie szczegółowo i od jutra miało się to dziać: zacznę w swojej łazience. Nie mogłem się doczekać rana i pierwszego doświadczenia z zimnem – prysznica.
Dwa tygodnie później mimo protestów żony zainaugurowałem odważnie moją przygodę z lodem. Byłem zaskoczony, po pierwszym szoku, chwilę później było już przyjemnie, ale najlepsze było na koniec – wręcz euforia. Poczułem się jak młodzienieć, tak jakby moje ciało i umysł się z tego cieszyły.
Efekty były piorunujące, bo poza kilkudzięsięciu kichnięciami, nie zdarzył się katar, przeziębienie, nic z tych rzeczy. Ale szok był dalej: zniknęły prawie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki bóle kręgosłupa, kolan i w ogóle czułem, że ból gdzieś odpłynął. Moja noga przestała się za mną wlec, wręcz przeciwnie, chciała biec.
Tak się nie mogłem doczekać kolejnej niedzieli, że pojechałem na następną kąpiel po pracy, w powszedni dzień. Oczywiście po kryjomu przed żoną. No i tak było następnego dnia i następnego. Po prostu tak mi się to spodobało, że czekałem na kolejną kąpiel prawie jak na … seks. Hihi.
Oczywiście w domu wszystkie moje kąpiele w wannie, czy pod prysznicem też były  … zimowe.
W jakiś sposób podziałało to też na żonę, bo mimo, że nadal pukała się w czoło i wmawiała mi, że te pozytywy „ to je sobie wyobrażasz i dlatego je odczuwasz w kościach”, to chyba gdzieś w podświadomości mnie obserwowała i musiała coś zauważyć, bo była … „inna”. Naprawdę, ten czas początków moich eksperymentów z zimową kąpielą, wpłynął w jakiś sposób też na nią, bo przez następnych parę tygodni ani razu nie zdarzyła się jej depresja. Moje doświadczenie i mój pozytywny nastrój udzielał się też jej.
Jeszcze bardziej się ożywiła, gdy któregoś dnia stanąłem na wadze i brakowało mi siedmiu kilogramów, a przecież, oprócz kąpieli, nie zmieniłem nic, ani diety, ani nie miałem o wiele więcej ruchu. Po prostu, wyskakiwałem z samochodu, robiłem parę przysiadów, parę wymachów rękami i … do wody. Czyli, tak wnioskowałem, samo zimno odchudzało.
Tydzień później, zwyczajowo, jak to mieliśmy w zwyczaju robić razem z żoną, byliśmy na lekarskich oględzinach i paru badaniach: ciśnienia, tętna, cholesterolu. A tu następny szok dla nas obojga. Moje ciśnienie było o dziesięć lat „młodsze, prawie młodzieżowe”. Tak powiedziałą lekarka. Ale i żona miała mniejsze ciśnienie i była o dwa kilogramy lżejsza, niż kilka miesięcy wcześniej. Była zaskoczona i zapytała, co się u nas zmieniło, bo widzi, że schudliśmy i że prawdopodobnie te kilogramy, to z tego powodu. Zapytała o dietę. Wtedy jej powiedziałem, że zostałem morsem. Skrzyczała mnie, że „w pana stanie zdrowia to nierozsądne i może się źle skończyć”. Zdziwiłem się nie tym, co powiedziała, ale tym, że żona przestała się stukać w czoło po tej wizycie.
Wtedy jej powiedziałem, że „może byś też zaczęła ze mną i z tymi ludźmi”. Wtedy znowu stuknęła się w czoło, ale … nic nie powiedziała. Następnego dnia zaproponowałem, żeby pojechała ze mną, zobaczyć jak wygląda moja kąpiel. Był już marzec, jezioro było zamarznięte, a do wyrąbanej w tafli jeziora przerębli ustawiła się spora kolejka. Zamiast stać, zrobiliśmy sobie razem okrążenie wokół jeziora szybkim marszem. To około 3 km. Gdy dotarliśmy na plażę, w przerębli znalazło się już dla mnie miejsce. I wtedy przeżyłem szok największy, największych … moja żona weszła tam razem ze mną. Wystraszyłem się, że to może znowu depresja coś w niej pomieszała, ale przyznała mi się, że od dwóch miesięcy, po kryjomu przede mną, bierze zimne przysznice i kąpiele w wannie.
Po tym zdarzeniu śmialiśmy się i … prawie codziennie zaczęliśmy maszerować, a nawet chwilami truchtać wokół jeziora i wchodzić do wody.
Dzisiaj minęły dokładnie trzy lata od dnia, w którym pierwszy raz ujrzeliśmy morsów. I co się zmieniło w naszymn zdrowiu?
Zmieniło się tak wiele, że aż nikt nie chce nam uwierzyć, że to zimno sprawiło. Bo zmieniły się nie tylko nasze ciała, my się zmieniliśmy, nasze głowy, nasze małżeństwo, nasze życie. Zniknęła nuda z naszego życia, zniknęła depresja żony. A przecież nic, poza prysznicami i kąpielami w zimnej wodzie i lodzie się nie zmieniło. Może trochę ruchu nam przybyło.
Jakaś tajemnica musi w tym być. Doszliśmy do wniosku, że to jest część naszej natury. Tak, zimno jest częścią naszej natury, naszego życia, naszego ciała, ale ma też znaczenie dla psychiki. To odkryliśmy nie tylko u żony i u mnie. Wszystkie morsujące osoby, z którymi rozmawialiśmy to potwierdzają. Wydzielają się endorfiny, pewnie po to, by zneutralizować to przykre odczucia i początkowy ból w kontakcie z zimnem i tak już zostaje.
Nauka pewnie się tym za bardzo nie przejmuje, bo jej wcale nie zależy na tym, bo czemu miałaby ta wiedza służyć? Przecież strumień pieniędzy płynący do medycyny i farmacji uległby znaczącemu zmniejszeniu, gdyby morsowanie stało się jeszcze bardziej powszechne.
A na pewno by tak było, bo potwierdza to nasze doświadczenie. Otóż, jakie są nasze, moje i mojej żony profity z naszych zimowych kąpieli? Jakie są profity z zimnych pryszniców kąpieli w wannie wypełnionej zimną wodą?
Otóż, od początku naszej przygody z zimnem nie przeziębiliśmy się ani razu. Nie było ani jednej anginy i grypy. Nasza skóra jest zdrowsza, to widać.
Przestały nam dokuczać bóle naszych stawów i kości. Tak, same z siebie, uleczyły się nasze kręgosłupy i kolana.
Zniknął problem z cholesterolem i nadciśnieniem.
Oboje z żoną wyszczupleliśmy. Mamy sylwetki jak za czasów liceum. No tak, pomogliśmy sobie zdrowszym niż dotychczas odżywianiem, bardziej naturalnym i w zasadzie jemy raz dziennie, ale tak sądzimy, że nie to było przyczyną.
Biologicznie jesteśmy młodsi, czujemy to.
Właściwie, to z naszych starych problemów zdrowotnych zniknęły wszystkie, a nie pojawiły się nowe. Czujemy, że jesteśmy w zdrowotnej harmonii.
No tak te profity były przez nas oczekiwane, bo mówili o nich ci z morsów, którzy mają już dłuższy niż my staż. To były logiczne konsekwencje morsowania – wzrost odporności, ale nie umieliśmy sobie wytłumaczyć innych profitów dotyczących naszego myślenia, naszych serc i dusz.
Tak, oboje z żoną, jakby na nowo się zakochaliśmy nie tylko w sobie, ale i w życiu. Znowu nas bawi seks, znowu przyciągamy się wzajemnie, jak za czasów młodości.
Myślimy, że zimno, oprócz zdrowia ciała dotyka też całego człowieka, ponieważ ciało jest podstawą, jest częścią całej ludzkiej natury. Jest mechanizmem, który jeśli jest sprawny i witalny, to przenosi się jego zdrowie na sferę serca i ducha.
Tak to odczuwamy i takie są fakty.
Dzisiaj patrzymy na siebie i na życie zupełnie inaczej. Więcej w tym spojrzeniu głębi i szerokości. W naszym życiu jest znacznie więcej radości, łatwiej znosimy smutki i złe wiadomości, które u innych są wielkim cierpieniem, a u nas tylko przemijającą nieprzyjemnością.      

Oczywiście, opowiadamy to naszym znajomym, rodzinie. Dzielimy się z każdym, kto jest gotów wysłuchać naszej historii, lecz rzadko, kto nam wierzy. Mamy wrażenie, że ludzie nie chcą być zdrowi, nie chcą być szczęśliwi i w związku z tym, nie chcą ponieść kosztów, w postaci nawet jakichś krótkotrwałych wysiłków, by to zmienić. Mówią, że tego nie potrafią, że w to nie wierzą. No, coż.
My doświadczyliśmy, że zimno przynosi dla ciała znacznie więcej przyjemności niż negatywnych odczuć. Dyskomfort jest pozorny i bardzo krótkotrwały. Ciało się cieszy zimnem, gdy jest ono dawkowane w sposób świadomy i naturalny, gdy się nie przegrzewamy, gdy zaczynamy żyć bardziej naturalnie. Zresztą odkryliśmy, że i ciepło i zimno są naszymi sprzymierzeńcami, gdy traktujemy je przyjaźnie, gdy przestajemy się lękać zimna, czy gorąca, gdy przestajemy w ogóle się bać. Strach znika z naszego życia, a życie staje się czymś nieskończenie innym, lepszym, pełnym piękna.
Och! jak wiele wielkich słów, ale i tak uważamy, że nie jesteśmy w stanie tego wyrazić, co czujemy. Nie możemy, choćby przy pomocy słowa, choćby tego największego.
A nasza lekarka?
Tak, odwiedziliśmy ją niedawno, przebadała nas dokładnie. Pogratulowała sukcesów (mimo, że jest świadoma, iż całkowicie opróżniła się nasza domowa apteczka) i w tajemnicy przyznała, że od półtora roku też zaczęła brać zimne prysznice, że potrafi popławić się w wannie w zimnej wodzie, już parę minut, lecz poza dom nie wychodziła, na razie. Powiedziała nam, że bardzo jest ciekawa tego doświadczenia w jeziorze, lub morzu, lecz za bardzo się krępuje przed ludźmi. Powiedziała też, że na pewno kiedyś się odważy, może nad morzem, lub w Przesiece, bo słyszała i czytała na temat Holendra, który prowadzi tam kursy, ale w jej środowisku nie jest to dobrze widziane, więc … „Rozumiecie mnie! Nie mogę tego nikomu przepisać w recepcie. Mogłam jedynie sobie.” – przyznała się, prosząc o dyskrecję.
Doskonale rozumiemy.

Historii pary morsów wysłuchał: Piotr Kiewra