czwartek, 7 grudnia 2017

Nie walcz z chorobą


Choroba, cierpienie jest informacją.


Jest przyczyna, jest powód - jest zawsze. Jak nie w ciele, na powierzchni (ciało jest powierzchnią), na zewnątrz, w środowisku, to głębiej, to w psyche, lub jeszcze głębiej.

 

A skoro jest przyczyna, to skutek, cierpienie, ból, symptom, choroba są informacją o tej przyczynie, wskazują ją.

 

Jeśli człowiek jest wrażliwy, kontemplacyjny, gdy zwraca uwagę na siebie, gdy „rozmawia”, czuje swoje ciało, potrafi jak po nitce do kłębka dojść do przyczyny. Choroba, symptom, ból mówią – wołają: Odnajdź mnie – moją przyczynę, powód, dla którego jestem, istnieję! Zrozum mnie!  

 

„Odnajdź mnie, zrozum, a powiem ci, co robisz źle...” -  tak mówi do ciebie.  Póki nie odnajdziesz, będzie w twoim ciele i umyśle i póki się temu nie przyjrzysz, nie zrozumiesz, nic się nie zmieni.

 

Możesz się leczyć, próbować usuwać skutki, kamuflować objawy, ale na dłuższą metę, to nie będzie żadne leczenie, żadne uzdrawianie. Tak czyni medycyna – kamufluje objawy. Stąd duża część chorób staje się chorobami przewlekłymi, a przy okazji leki stają się przyczyną kolejnych chorób poprzez swoje skutki uboczne.

 

Leki są niebezpieczne, szczególnie środki przeciwbólowe, bo zabijają informację, a ty brniesz dalej, nie usuwasz przyczyny, a ciało daje coraz silniejsze sygnały, coraz bardziej wymowne objawy, aż do śmiertelnych włącznie.

 

Dlaczego medycyna nie bada przyczyn chorób, dlaczego lekarz tego nie robi? Dlaczego nie dochodzi jak po nitce do kłębka?

Dlaczego medycyna ci o tym nie mówi?

 

Bo medycynie - systemowi zależy na twojej chorobie, a nie na twoim zdrowiu, jej się nie opłaca twoje zdrowie. Tak ten system jest zaprogramowany. Lekarz często, albo zawsze jest tego nieświadomy, iż jest częścią systemu opiekowania się chorobami, a nie kimś, kto ma się opiekować naszym zdrowiem. System tak kształci lekarzy, by wypisywali recepty, bez zbytniego zaangażowania, bez poszukiwań, bez rozumienia natury człowieka. Uczy się ich spaceru po powierzchni, nie dogłębnej, mentalnej i duchowej obecności przy innym człowieku, lecz poznania tylko mechanizmu działania ciała. Lekarz nie analizuje, w większości, stylu życia pacjenta, jego strony mentalnej i duchowej. Czynią to wrażliwsi, mądrzejsi, lepsi lekarze, ale tych nie łatwo znaleźć, bo system ich eliminuje, usuwa poza nawias, bo są dla niego zagrożeniem.


 

Taka jest natura choroby – jest informacją.

 

Taka jest natura zdrowia – jest równowagą. Gdy coś je uszkadza, gdy coś je niszczy, daje ci informacje, na początku delikatnie, łagodnie, później ostrzej, mocniej, aż zrozumiesz, aż poczujesz, że szkodzisz.

 

Zdrowie jest twoją naturą, a choroba twoim wyborem.

 

Tak naprawdę choroba jest twoim wyborem, bo jesteś za nią odpowiedzialny. Bagatelizując objawy, wysyłane ci sygnały, nie rozmawiając z ciałem, nie rozumiejąc siebie, mechanizmów dziejących się w ciele, szkodzisz zdrowiu, szkodzisz sobie.


Po pierwsze - żyjąc z dala od otaczającej nas natury - nie odżywiając się w sposób zgodny z tym, co natura daje, przetwarzając pożywienie, nie dając ciału wytchnienia, ale i tego, co potrzebuje: ruchu, obecności wirusów i bakterii, bo wtedy, w ich obecności kształtuje się jego odporność. Ciało potrzebuje, naturalnych warunków dla niego, czyli nie przegrzanych pomieszczeń, nie nadmiernej higieny, nie bezruchu. Potrzebuje też spokoju, nie nadmiaru stresu, ale potrzebuje też zrozumienia jego potrzeb.

 

Ciało ma swoją mądrość, ma swoje mechanizmy samoozdrowieńcze, ale nie znosi niezrozumienia, destrukcji, bo nie nadąża z harmonizowaniem, przywracaniem równowagi.

 

Po drugie – szkodzisz zdrowiu, żyjąc z dala od swojej własnej natury. To szerszy, bardziej mentalny i duchowy temat, i opiszę go w następnym tekście poświęconym przyczynom chorób.

 

Gdy walczysz z chorobą, szkodzisz sobie. Walczysz z objawem, z informacją.

To tak jakbyś zabijał, czy ignorował listonosza, który przynosi ci ważne informacje, listy, telegramy, wiadomości. Wtedy nie jesteś świadomy, wtedy nic nie zmieniasz w swoim życiu, nie usuwasz przyczyny, bo jak masz ją usunąć skoro ją zignorowałeś, skoro zabiłeś listonosza, skoro spaliłeś, wyrzuciłeś listy i powiadomienia zanim się z nimi zapoznałeś.

 

Odnaleźć zdrowie... korzystając z informacji jakie daje ci ciało bólem, a umysł cierpieniem jest łatwo, po prostu odnajdujesz swoją naturę, zdrowie jest twoją naturą.


Nie walcz z bólem, nie walcz z cierpieniem, bo walczysz z informacjami, a nie z przyczynami. Po prostu odczytaj informacje, rozpoznaj je, zbadaj, wejdź w nie, a dojdziesz do przyczyny, a gdy sobie ją uświadomisz (czasem potrzebne też działanie, twoje lub medycyny działanie) - zniknie, odejdzie, wyzdrowiejesz.

 

Gdy dokonasz zmiany na poziomie duchowym, na poziomie uczuć, lub ciała i mentalnym,  a więc stylu życia, zniknie przyczyna i zniknie skutek – choroba.

 

Obserwuj ciało i umysł, ich bóle i cierpienia, a znikną. To najprostsze, bez walki a polegające na akceptacji metody, naturalne, instynktowne, intuicyjne sposoby samouzdrawiania.

 

Oprócz pomocy z zewnątrz, sam możesz być swoim uzdrowicielem.

By nim być na bieżąco, by pomagać sobie, zanim objawy się rozwiną, zanim staną się chorobą doraźną lub przewlekłą można:

 

- Najlepiej – kształtować swoją odporność, wtedy ciało samo sobie radzi z chorobami. Można ją kształtować na bardzo wysokim poziomie, korzystając z mechanizmów adaptacyjnych ciała metodami naturalnymi, zbliżeniem do natury: zimnem, ciepłem, słońcem, wodą, przebywaniem w obecności wirusów bakterii, odżywianiem bliskim – jak najbliższym naturalnemu, korzystając z roślin i ziół leczniczych i kształtujących naszą odporność, ruchem, sposobem myślenia, unikaniem zagrożeń niszczących system odpornościowy, np. nadmiernych i długotrwałych stresów, leków, np. antybiotyków, toksyn obecnych w pożywieniu i otoczeniu.


- Słuchać, obserwować sygnały ciała i odpowiadać na nie (działaniem, zmianą stylu życia, odżywiania, sposobu myślenia). Ciało odpowie, jeśli nasze działanie będzie właściwe, celne - poprawą, ustąpieniem objawów, błogostanem, efektem samoozdrowieńczym (to też warto znać, warto rozumieć, bo ten efekt daje często chorobowe objawy, a tak naprawdę choroba jest wtedy w fazie odwrotu).


- Słuchać instynktów ciała. Ciało podpowiada błogostanem, dobrym samopoczuciem, gdy coś jest dla niego dobre i naturalne, właściwe. I przeciwnie, podpowiada złym samopoczuciem, spadkiem witalności, zmęczeniem, przegrzaniem, bólami, zgagą, obecnością gazów w żołądku, przyspieszonym oddechem, wysypkami na skórze: mówi o czymś, co nie jest mu właściwe, naturalne, czego nie lubi, nie przyswaja, nie jest w stanie sobie na bieżąco z tym radzić, np. z odtruwaniem, usuwaniem toksyn, trawieniem, przyswajaniem, z brakiem, lub nadmiarem. Podpowiada instynktem np. o sposobie odżywiania, tzw odżywianie instynktowne. Nie wolno mylić, a tak się często dzieje, że mylimy ten instynkt ze smakami, szczególnie tymi sztucznymi, wynikającymi z przetwarzania żywności, przyprawiania, mieszania składników. Instytnkt to podpowiedź ciała, wykształcone przez kucharzy smaki to nawyki naszego umysłu


- Ciało wskazuje jednocześnie też sposób leczenia, miejsce uszkodzenia, miejsce wystąpienia dolegliowości i wystarczy krótsza lub dłuższa analiza, próba wniknięcia, zrozumienia by podjąć odpowiednie działanie, środki zaradcze.


- Słuchać sygnałów, podpowiedzi intuicji. To następna, silniejsza, informacja, lecz dość trudna dla tych, którzy nie rozróżniają podpowiedzi intucji od głosów i krzyków swoich myśli. Myśl jest czymś zupełnie innym niż intuicja, pochodzą z różnych źródeł. Intuicja jest zawsze pierwsza i nie jest głosem, słowem, jest uczuciem. Myśl pochodzi z głowy, ma formę słowa, jest wolniejsza, bo logika rozważa najpierw za i przeciw, intuicja z serca i duszy. Intuicja ma tę cechę, iż nigdy się nie myli. Problem w tym, że często mylimy ją z myślą.

- Dlatego skuteczna w samouzdrawianiu, w uzdrawianiu, w leczeniu jest medycyna naturalna, bo nawet jak czegoś nie wiesz, coś zignorujesz, to natura zrobi coś za ciebie, usunie przyczynę bez twojego zrozumienia, bez twojej wiedzy, bez poznania przyczyny przez ciebie. 

- Stosować inne środki, bardziej zaawansowane, o których napiszę w następnym tekście, poświęconym przyczynom chorób, lub o których piszę w tekstach, które znajdziesz na blogu, w kategorii „niesamowite historie”.

 

Szerzej o samouzdrawianiu mówię w moich filmikach na YouTube, w kategorii: Samouzdrawianie.

 

Piotr Kiewra


środa, 6 grudnia 2017

Zen, zdrowie i … pieniądze


Jaki jest świat?

Czy jest taki, czy owaki?

Jaki jest człowiek?

Co dzieli, a co łączy człowieka z innymi i ze światem?

Czy jest jakaś dobra droga? Co wybrać? Jak żyć?

Jaki to wszystko ma sens?

Piękno świata, piękno ludzi, mnóstwo dobra, postęp w wielu dziedzinach, a z drugiej strony wojny, złe wiadomości, terroryzm, globalizacja, niszczenie natury, wykorzystywanie ludzi przez ludzi – współczesne niewolnictwo, manipulacja umysłami całych społeczeństw przy pomocy mediów, wszechwładza banków i korporacji, kupowanie przez te ostatnie opinii naukowców i z drugiej strony nauka na usługach pieniądza, a nie prawdy.

Taki jest świat, tacy jesteśmy my w tym świecie, tak nas kształtuje i wychowuje, byśmy mu służyli, byśmy byli tacy jak tego oczekuje.

A oczekuje uzależnienia, zarabiania by kupować, zarabiania by spłacać kredyty, zarabiania by leczyć zdrowie poświęcone tym celom. Oczekuje bycia robotem, maszyną, trybikiem, toczka w toczkę takim samym jak inne roboty i maszyny, jak inne tryby. Oczekuje pokory, podporządkowania, w tym podporządkowania swoich celów, celom takiego właśnie świata. Oczekuje rezygnacji z bycią sobą, rezygnacji ze swoich własnych wizji i pragnień, a w tym celu nakręca, motywuje, manipuluje naszymi umysłami, szkoli, narzucając marzenia, cele w taki sposób byśmy nie zauważyli, że to są nie nasze pragnienia. Wystarczy oglądąć telewizję, czytać gazety, uczestniczyć w społecznym życiu, a i tak taki się staniesz - jak reszta, bo ulegniesz reklamie, widocznemu i niewidocznemu praniu mózgów.

Świat oczekuje od ciebie przede wszystkim bycia konsumentem, z wyolbrzymionymi potrzebami. Wyolbrzymia je w każdej dziedzinie na tysiące sposóbów. Doświadczasz tego na porządku dziennym i ulegasz temu, bezkrytycznie, bezwarunkowo, bezrefleksyjnie – na całe życie. Na całe … chyba, że nacierpiałeś się już na tyle, by cię to obudziło, z tego głębokiego, wypełnionego materią i cudzymi celami snu, z pustego, nieszczęśliwego, smutnego, martwego żywota.

Czy jest możliwa rewolucja w twoim życiu? Odwrócenie wszystkiego do góry nogami, czy jest możliwy bunt?

Jest to możliwe, ale wcześniej potrzebne jest doświadczenie – nie teoria, ale doświadczenie na sobie cierpienia. Jest ono potrzebne, tak jak mówią mistycy, by zrozumieć, iż jest niepotrzebne.

Cierpienie jest wynikiem uzależniena, przywiązania ludzi do schematów myślowych, do wizji życia, do podglądania życia innych i brania z nich przykładu. Jest wynikiem uzależnienia od postrzegania większości, tego, jacy są i co mają. Pracuje nad tym społeczeństwo, a więc politycy, władze świeckie i religijne, systemy kształcenia i wychowania. Zakrywa się naszą indywidualność osobowością społeczną, celami i aspiracjami demokratycznej większości, albo tej, wg nich, lepszej, lepiej żyjącej części, awangardy. Pracują skutecznie nad tym media.

W ten sposób występujemy przeciwko sobie, choć tego nie widzimy, bo inni też tak mają. Tak ukształtowani, zaprogramowani, zmuszamy siebie samych, do … pogodzenia się z losem: do kredytów, do pracy za marne wynagrodzenia, które nie pozwalają żyć na poziomie wytyczonym przez reklamy. Programują nas przykłady ludzi rzekomego sukcesu (kosztem ciągłego i dużego stresu, a więc z czasem utraty zdrowia, zaprzedania siebie, prawie całego swojego czasu pracy i spłacaniu zaciągnietych długów, nieraz na całe życie).

Styl życia społeczeństw Zachodu to droga przez materię, poświęcenie siebie, swojego psychicznego i fizycznego zaangażowania w 100% osiągnięciu statusu społecznego ukształtowanego przez media, reklamy, filmy, przykład otoczenia i przez szkolenia motywacyjne, tzw. rozwój osobisty.

Taki człowiek żyje cały czas dla celów materialnych, a jeśli mówi mu się o rozwoju, to również w tych sferach mentalnych nastawionych, koncentrujących się na osiąganiu.

Gdy przyglądamy się społeczeństwom to widzimy, że dominującą tu cechą jest cierpienie spowodowane stresem, bólem ciała (choroby cywilizacyjne) i coraz bardziej zauważalnym cierpieniem psychicznym. Krótkotrwałe przyjemności z osiągnięcia celów, nawet tych dużych, na dłuższą metę nie uszczęśliwiają.

Ludzie na Zachodzie nauczyli się grać, pokazywać uśmiech, mówić o szczęściu, a gdzieś głębiej w nich wyczuwa się głęboki smutek, brak radości życia, brak uczuć, wiele braków. Uzewnętrznia się to coraz większą nadwagą i otyłością, rozchwianym zdrowiem, poszukiwaniem pomocy u terapeutów, uzależnieniem się od leków farmaceutycznych, np. środków przeciwbólowych, od używek, od śmieciowego i sfałszowanego smakiem jedzenia, od telewizji i internetu, od wiedzy głoszonej przez innych, właśnie w miediach.

Ludzie wiedzą wszystko o zdrowym odżywianiu i stylu życia, a jak wygląda ich zdrowie i styl życia?

Lecz coraz częściej też ci ludzie, ukształtowani prawie jak roboty, jak maszyny na bycie posłusznym celom społeczeństw, władzy, pracującym dla dobrobytu właśnie władzy i społeczeństw, a nie dla siebie, osobistego i trwałego szczęścia poszukują innej drogi.

Stąd tendencja do powrotu do natury, do oderwania się od wyścigu szczurów, biegania za materią, stąd odwoływanie się do tradycji duchowości Wschodu: do Jogi, do buddyzmu, do Tao, do Zen, do medytacji i poszukiania tam sensu życia, do oderwania się od materii. Stąd tendencja do poszukiwania drogi do samego siebie, do odpowiedzi na pytanie: kim naprawdę jestem? Czy jestem tylko robotem, trybem w społecznej maszynie, ogniwem w łańcuchu, niewolnikiem? A może … indywidualnością, kimś z natury szczęśliwym, radosnym, błogim, kochającym i … zdrowym, bo zharmonizowanym, będącym w pokoju ze samym sobą i z całością, niewykorzystującym innych i niebędącym wykorzystywanym?

Czy jest możliwa rewolucja w moim życiu? Czy jest możliwe, by pogodzić wygodne, w miarę zasobne życie, lecz w taki sposób, by oderwać się od szaleństwa poświęcania pracy kilkunastu godzin na dobę i zaangażowania mentalnego przez prawie całą dobę, gdzie nawet we snach, nie ma oddechu od spraw materialnych i by mieć czas dla siebie?

Czy mogę odwrócić te stresujące i niezdrowe tendencje? Czy mogę się stać wolnym, czy mogę być wreszcie sobą? Czy mogę wreszcie przestać być motywowanym i zmotywowanym, by ciągle robić niechciane, nielubiane rzeczy, by ciągle wychodzić poza strefę komfortu, ciągle rezegnować z łatwego na rzecz trudnego, by ciągle dokonywać stresujących wyborów, by ciągle się szkolić, by ciągle manipulować swoim umysłem, by się stać takim jak inne roboty, by mieć to, co inni? Czy wreszcie muszę poświęcać obecne życie, temu następnemu w niebie? Czy muszę kupować sobie zbawienie?

Czy ciągle muszę poświęcać słuchanie głosów - instynktów swego ciała, swojej intuicji, głosów swojej własnej natury na rzecz wrzawy otoczenia, tłumu autorytetów nawołujących do ciągłej koncentracji na przyszłości?

Czy mogę w tym całym materialnym kontekście cieszyć się chwilą, być szczęśliwym, będąc tym, kim jestem i tym, co mam, by porzucić hipotetyczną i nieuszczęśliwiającą (bo już doświadczyłem swoim własnym i innych cierpieniem, że tak właśnie jest) wizję przyszłości na rzecz TERAZ?

Tak, jest możliwy spokój, harmonia, cisza, powolny krok w tym zagonionym świecie.

Jest możliwe bycie indywidulanością wśród tłumu, gdzie żyjesz dla siebie, a nie dla anonimowych jednostek.

Jest możliwe bycie sobą. Jest możliwe wygodne życie, z większością czasu dla siebie, dla rodziny, dla kochanych osób, by się spełniać, by po prostu być. Jest możliwe życie, w którym poświęcasz czas na odpowiedź na najważniejsze pytania i gdzie odpowiedzi przychodzą same, gdy odkrywasz, że wcale nie trzeba zadawać pytań, że nie trzeba gonić, że można nic nie robić, nie czekać, nie wybierać, nie uczyć się, nie motywować, nie osiągać, bo okazuje się, że i tak wiosna przychodzi w swoim czasie, że wcale nie musisz, a nawet nie możesz pomagać kwiatom by zakwitły, że nawet trawa sama rośnie, bez twojego w to zaangażowania.

Niczego nie musisz.

Jest możliwe życie bez pełnienia jakiejkolwiek misji i bycie szczęśliwym. Jest możliwy taki sposób życia, iż wszystko, co ci potrzebne, wszystko co naprawdę ważne, nawet materia, przychodzi do ciebie samo, właśnie wtedy, gdy nie oczekujesz, gdy nie biegniesz, gdy się nie napinasz.

Jest możliwy taki sposób życia, iż odkrywasz, że szczęście jest twoją naturą, a nie efektem twoich wysiłków i pracy dla innych, że tak samo jest ze zdrowiem.

Te odkrycia dają wolność.

Czy myślisz, że tylko ty poszukujesz takiej drogi, takiego życia? Czy poszukują go miliony innych robotów - cierpiących ludzi?

Nie. Poszukują go wszyscy. Naprawdę wszyscy, lecz rzadko, kto ma odwagę, by przestać robić, przestać identyfkować się ze wszystkimi robotami, z celami i marzeniami innych ludzi, które nieopatrznie, nieświadomie stały się naszymi, twoimi.

Tak rzeczywiście jest, gdy się głębiej przyjrzymy samym sobie, to 99% marzeń i celów odpadnie, bo nie są nasze, bo służą tylko zaspokojeniu naszego ego, bo służą opinii o samym sobie i innych, służą temu, by zrzucać odpowiedzialność z samego siebie, a obarczać nią rządy i wszystko „inne”, i „wszystkich innych”.

Pretekstem do porzucenia takiego życia, do nabrania odwagi do rewolucji, do buntu jest zawsze cierpienie mentalne, psychiczne, beznadzieja, poprzedzone głębokim bólem fizycznym, chorobą, nieuleczalną, ciężką, śmiertelną chorobą. Tak bywa i to nader często.

Oczywiście nie musimy czekać, aż taki moment nadejdzie, wystarczy odszukać siebie i zadać sobie pytanie: Czy tak jak żyję i to co robię obecnie jest zgodne z moją prawdą, ze mną, z „ja” takim jakim jestem? Nie tym ukształtowanym, wyedukowanym, wychowanym w określonym duchu i kulturze, zaprogramowanym, ale tym czystym, nieskażonym żadną wiedzą i wiarą istnieniem: czystym „nikim”, dzieckiem, tym, kim przyszedłem na świat i tym, kim z niego zniknę.

Tego podświadomie poszukujemy. To pytanie nas ciągle nurtuje, nie daje spokoju w chwilach ciszy i wytchnienia, choć życie wokół i lęk to wołanie zagłusza, a ego każe uciekać, właśnie w tłum, w różne misje i marzenia, we wtłoczone programy.

Czy jest możliwe połączenie dwóch światów: świata materii i świata szczęścia, radości, harmonii, ciszy, spokoju – świata Zachodu, ze Wschodem?

Jest możliwe, tak jak to się dzieje w naturze, bo tak naprawdę świat jest jeden, tylko my się podzieliliśmy, wybraliśmy albo świat materii, albo świat ducha. Jedną stronę obrał Zachód, drugą Wschód i walczyły one ze sobą, ale walczyły i walczą w nas. Mimo zaspokojenia potrzeb materialnych, jesteśmy nieszczęśliwi.

To dowód na to, iż odrzucamy coś, właśnie tę drugą stronę, ten drugi świat, część siebie, to dowód, że dokonujemy wyborów i dokonujemy ich przeciwko sobie, tej prawdziwej, pełnej, świadomej naturze. To dowód, że brak nam odwagi do bycia szczęśliwym, bo szczęście nie jest lubiane, mimo, że się ciągle o nim mówi, bo szczęście pozbawia nas współczucia otoczenia. To dowód, że żadne wybory nie są potrzebne, że wystarczy zaakceptować wszystko, i tę jedną i drugą stronę – wschód i zachód słońca, dzień i noc, a tak naprawdę, że wystarczy zaakceptować siebie takiego, jakim jesteśmy, że jesteśmy „nikim”, a jednocześnie „wszystkim” – „pełnią”.

Można też przestać wybierać, poddać się, płynąć z życiem, nie walczyć, zaufać. To wydaje się trudne, bo jesteśmy inaczej wychowani, zmotywowani, nauczeni, przekonani, bo jesteśmy logiczni, zamiast uczuciowi … To jest ta druga strona medalu, praktykowana na Wschodzie. Głęboka, duchowa ekstaza, lecz w biedzie, z dala od pogardzanej materii.

Lecz doświadczyłeś już pewnie (może jeszcze nie, bo nie nacierpiałeś się jeszcze za dużo, bo jeszcze cię kręci motywacja ku celom i marzeniom), że wszystko w naszym życiu jest odwrotnie. Przychodzi do naszego życia, nie to, co chcemy, lecz to, czego się lękamy, że nieszczeście zapewnia nam profity, że nieszczęścia jest na świecie więcej, że zła jest więcej, i że to inni są źli, nienawistni, że to przez nich nie masz tego, czego pragniesz. A to tylko efekt twoch lęków, twego nastawienia na osiąganie, twego napięcia i depresji z powodu braków, błędów, porażek, upadków, niespełnienia, niezaspokojonych pragnień.

Czy tylko my poszukujemy, czy tylko my pragniemy spełnienia?

Poszukiwali i znaleźli mistrzowie. Mistrz to ktoś, kto pomaga ci oduczyć się wszystkiego, czego się nauczyłeś. Jest przeciwieństwem nauczyciela. Choć prawda jest taka, iż bez nauczycieli nie będziesz poszukiwał mistrza, bo potrzebujesz  najpierw zbłądzić, by odszukać drogę. Nauczyciele prowadzą cię na manowce, mimo, że są pełni dobrych intencji, że się bardzo starają, to jednak psują.

Przy mistrzach, tych na żywo, lub w energiach między zostawionymi przez nich w księgach słowami, odnajdujemy siłę i drogę, pamagają odrzucić zniewalające nas programy.

Poszukujemy my, poszukują wszyscy, lecz poszukują również ci po drugiej stronie, ci, którzy cię zatrudniają, ci, którzy doświadczyli gonitwy na sobie i teraz chcą dać możliwość zaspokojenia minimum materii, będąc tym kim jesteś – nawet „nikim” jak na standarty społeczne.

Dzięki ich kreatywności i wizji, właśnie dzięki wizji jedności światów, dzięki porzuceniu dualizmu, dzięki temu, iż zauważyli, że niczego nie da się podzielić, że wszystko istnieje połączone, iż materia i duch są jednym, że duch jest w materii, a materia musi istnieć, by się duch miał w czym przejawić, pojawia się coś nowego, innego, nie coś nowego w świecie, lecz coś nowego w nas: odkrycie nas samych, a co za tym idzie odkrycie prawdy o świecie.

Znam na razie tylko jednego człowieka z taką wizją świata, który w tysiącach swoich wystąpień o tym mówił, i w setkach książek o tym pisał. Kilkanaście lat temu poznałem również człowieka, tym razem osobiście, który tę wizję realizuje, nie tylko dla siebie, lecz dla innych.

Mówię o tym, bo to szansa, dla mnie, dla ciebie, dla całości.

Dzięki tej wizji i tej praktyce – i stworzonej na takim gruncie firmie jest to możliwe. Oczywiście możliwe tylko dla tych, którzy są świadomi życia bez podziałów, którzy mają to w sobie, którzy tacy są, którzy nie tylko pragną, ale doświadczają bycia będąc niepodzielonymi, godząc Zen z materią, bo tym w istocie Zen jest – jest całością. Jest całością w człowieku – świadomością współpracy, współistnienia materii i ducha, bycia jednym.

Tu wszystko jest jednym: świadomość„ja”i „innych”, rzeczy, pieniędzy i wygodne życie, bez wyrzekania się czegokolwiek, ale też i gonienia za czymkolwiek. Tu i teraz można poczuć, że nasze ciało, umysł i dusza są, mogą być, w jednym miejscu.

Wtedy z Zachodu zostaje materia, bez całej tej otoczki walki, napinania się i gonienia, motywowania, wytyczania celów, wychowywania, nauczania, programowania. Pozostaje i nam służy. Bo tym w istocie ma być, ma nam służyć, ma czynić życie łatwym, tak jak to było miliony lat temu w naturze, tak jak to było w raju.

Zachód całą swoja nauką, zdławił ten raj, zarzucił go hasłami i działaniami, wprowadził do raju walkę, zdobywanie, okradanie i pokonywanie innych. Wprowadził i podzielił wszystko wg swoich kryteriów – kreterium korzyści i osiaganego satusu, stylu życia, stanu posiadania. Wprowadził zamęt w prostotę, wprowadził strach i wyparł nim miłość, wolność, harmonię, spokój, ciszę. Uczynił w ten sposób z indywidualności tłum, wychował go na swoje własne potrzeby.

Materia, wolna od filozofii materia, łaczy się z duchem Wschodu i odradza się całość. Powraca raj.

Jest to możliwe. Jest to prawdziwe. Bo jeżeli doświadczył tego przynajmniej jeden człowiek, to musi być to prawdziwe. A doświadczają setki i tysiące …

Głęboka radość, ekstaza, jedność ze wszystkim, co nas otacza, harmonia w nas samych, zrozumienie tego, iż jesteśmy całością: ciałem, umysłem i duchem, że istniejemy jako kropla w oceanie dusz i wokół nas, sprzyjająca nam materia, świat zewnętrzny zharmonizowany z wewnętrznym. Głębokie duchowe „tak”, akceptacja, niewybieranie, nie działanie dla działania i zdobywania, lecz działanie z potrzeby chwili, po prostu bycie tu i teraz, oto Zen.

Napisałem tysiąc słów, a to co napisałem można przedstawić w krótkim czterowierszu mistrza zen, Zenerina:

Siedzę w ciszy,

Nic nie robię,

Wiosna przychodzi,

A trawa sama rośnie.  


To tyle o materii, o Zen, o zdrowiu i połączeniu tego wszystkiego w życiu.

Pozostawiam cię samego z moją informacją, i taką rzeczywiście jest: informacją o pracy, o udziale w wizji łączącej Zen, z działaniem, z zarabianiem na życie i  jednocześnie byciem w idei Zen, byciu sobą w ciszy, niedziałaniu.

Jeśli to, co napisałem dotyka cię, przeszukaj bloga a pod hasłami zen, znajdziesz albo odpowiedzi, albo informacje, a być może i możliwości – to zależy od ciebie.

To tyle.

Piotr Kiewra

wtorek, 24 października 2017

Koniec z workiem leków!


Kilka lat temu na jednym ze spotkań dotyczących zdrowia, od zupełnie obcej osoby usłyszałem historię jej matki.

Dzisiaj mi się przypomniała, bo usłyszałem całkiem podobną, od jeszcze innej kobiety.

Te dwa zdarzenia przekonały mnie, by o tym opowiedzieć. Być może te przypadki pomogą też innym.

A przy okazji odkryłem „całkiem nowy” sposób samouzdrawiania.

Oto co przekazała nam kobieta:

Kiedyś moja mama zachorowała. Zawsze była zdrowa, a jakieś dolegliwości – jeśli się pojawiały - leczyła babcinymi sposobami, czosnkiem, ziołami, głodówką, więc nigdy nie chodziła do lekarzy i tym razem nie chciała, lecz w końcu po namowach całej rodziny, dała się przekonać. Szybko wyzdrowiała, ale po jakimś czasie znowu coś się przyplątało. Odsiedziała swoje w kolejce do lekarza, ten coś przepisał i znowu wyzdrowiała. I tak to się od tej pory działo – poprzez przekonywanie różnych ciotek, sąsiadek i innych „wyedukowanych” i przemądrzałych członków rodziny, uwierzyła w lekarzy.

Z czasem uwierzyła w nich mocniej, bo była coraz częstszym u nich gościem. Jej zdrowie podupadało. Wszyscy wokół i lekarze mówili, że to normalne, bo wiadomo: wiek, zanieczyszczenie środowiska, zatruta żywność, itd., no i oczywiście, koronny argument, że „przecież wszyscy chorują”.

No i faktycznie, zdrowie było coraz gorsze,  chorób przybywało.

Chodziła moja mama do lekarzy: do zwykłych – rodzinnych, do specjalistów, do tych z bliska, i tych z daleka, do tych „darmowych”, i prywatnych. Za każdym razem, z oględzin i przeprowadzonych badań, stawiali diagnozę, lub odsyłali dalej. I … prawie za każdym razem przepisywali leki. Tak to było, a choroby jak nie mijały, tak nie mijały.

Tak leciały mamie lata …Mama ma już ponad osiemdziesiąt lat i wydawać by się mogło, że słabsze zdrowie w tym wieku to normalne, ale pochodzimy z bardzo żywotnej, długowiecznej rodziny, gdzie dziewięćdziesiąt i więcej lat nie były rzadkością.

Mimo leczenia i w domu i szpitalu, mama czuła się coraz gorzej. W ostatnim roku stan zaczął się jeszcze gwałtowniej pogarszać. Nie pomagały następne i coraz droższe leki, najlepsi specjaliści.

Gdy mama poczuła się już całkiem źle, gdy jej waga osiągnęła trzydzieści parę kilogramów, gdy wyglądało na to, że nadeszły już jej ostatnie godziny, próbowałam nadal jakoś ją ratować. Wezwałam pogotowie. Przyjechał lekarz. Zbadał mamę i znowu coś chciał przepisać. Zapytał jednak, zanim wydał receptę, jakie leki mama bierze w tej chwili. Opróżniłam apteczkę, by mu pokazać, to wszystko co lekarze  zaordynowali. Zebrała się tego spora reklamówka wypełniona tabletkami, proszkami, kapsułkami. Lekarz zaskoczony zaniemówił na chwilę i po kilku chwilach kazał odstawić je wszystkie. Nie mogliśmy uwierzyć, że tak trzeba, ale mama od tej chwili przestała zażywać cokolwiek i … zaczęła zdrowieć.

Zaczęła nabierać sił, odbudowała się jej normalna waga, stawała się z dnia na dzień coraz bardziej żywotna, ustąpiły bóle… po prostu czuła się lepiej i wyglądała lepiej. Po kilku tygodniach zaczęła pracować w ogrodzie, chodzić na długie spacery po wsi, plotkować z sąsiadkami. Po prostu … jakby wstąpiło w nią nowe życie. Teraz do łask ponownie wrócił czosnek, zaczęła pić noni. Odmłodniała o dwadzieścia lat … dosłownie „młoda niedźwiedzica na wiosnę”. Pewnego dnia powiedziała: Jeszcze zobaczę wiosenne łąki pełne kwiatów! I tak się stało.


Mijają jej kolejne wiosny, a ona za każdym razem, jak młoda dziewczyna, chadza w kwietniu, maju i czerwcu tańczyć na boso wśród żółtych kwiatów na łące. Tak się cieszy i my się cieszymy tym widokiem.  

I to tyle.

A … jeszcze nie wszystko … Idąc za mamusi przykładem, odrzuciłam swoje leki. tak samo zrobiły moje siostry, kilka sąsiadek, mamy koleżanki. I u nich jest podobnie.

Nikogo nie przekonujemy do odstawienia leków, podajemy jedynie nasz przykład.   

 

Dla mnie ta historia w niczym mnie nie zaskakuje. Anthony Robbins, cytując wiele autorytetów naukowych, a przede wszystkim psychologów, twierdzi, że 70, albo więcej procent leków, to zwykłe placeba, czyli nie mają żadnego pozytywnego działania, a ich „skuteczność” w 100% zależy od naszej wiary w ich działanie, od przekonania ukształtowanego przez lekarza, od opinii innych ludzi.

To, że nie mają żadnego pozytywnego działania, nie oznacza, iż nie mają negatywnego wpływu na nasze zdrowie. Mają. Większość leków to silne trucizny, które szczególnie w dłuższym okresie czasu miast leczyć, wywołują choroby. W najlepszym przypadku, na jedno pomogą a przy okazji na wiele sposobów zaszkodzą.

 Wszystkie chemiczne leki, szczepionki, środki przeciwbólowe mają takie działanie. Jest to napisane na każdej etykiecie leku.

Te kobiety tego doświadczyły, mogą doświadczyć tego inni,  szczególnie wtedy, gdy zażywa się ich dłuższy czas, gdy bierze się wiele leków jednocześnie, gdy nie oczyszczamy się na bieżąco z tego co organizm przechowuje po takich specyfikach, gdy witalność i odporność naszych organizmów jest osłabiona stresem i lekami właśnie.

Gdyby lekarze miast opiekować się naszymi chorobami, bardziej dbali o zdrowie swoich pacjentów (robią to w interesie producentów leków, a często i swoim własnym), takich „cudownych” uzdrowień mielibyśmy mnóstwo. Tak sądzę.

I to, tym razem, tyle. Zdrowia życzę!

 

Piotr Kiewra

wtorek, 15 sierpnia 2017

Punkt widzenia słonia, czyli najbardziej niedożywiony naród świata


Pewna studentka z Polski, szczupła, świetnie zbudowana, zdrowa, sprawna i na dodatek piękna dziewczyna, pojechała do Stanów Zjednoczonych na obóz z rówieśnikami amerykańskimi. Na jej widok, już na miejscu, całe to zaoceaniczne bractwo orzekło, iż ona jest chyba chora i niedożywiona.

Ona natomiast była przerażona, bo zobaczyła … „stado słoni”. Wg jej kryteriów, to oni są chorzy, bo ta chorobliwa otyłość to choroba, to pokaźnych rozmiarów odstępstwo od normy, od ludzkiej natury, to efekt przekarmienia (z tym ostatnim jej stwierdzeniem pozwolę się nie zgodzić, ale o tym w dalszej części), zaś ich słoniowy punkt widzenia mówi - to mrówka jest chora.

Nie będę rozstrzygał tego sporu, bo te kanony dla naszych ciał ustaliła natura a nie człowiek. Nie dzieje się to demokratycznie, nie może, mimo tego, iż słonie mają przewagę nad mrówkami, bo stanowią tam między 60 – 80% całej populacji.

Słoniowatość to efekt nie tylko chorego ciała, ale i umysłu zmanipulowanego przez media i wspierających je psychologów, którzy właśnie w ten demokratyczny sposób przewartościowują odwieczne i naturalne kryteria: skoro grubasów jest więcej, to w takim razie bycie otyłym jest normą.

W takim razie Ameryka ma parę problemów, ma sama ze sobą”: ma chore na nadwagę i otyłość społeczeństwo, oraz ma też chorych psychologów, którzy starają się jak mogą, by wmówić człowiekowi, iż jest słoniem. Problem w tym, że ten problem jest zaraźliwy i idzie wielkimi krokami w naszą stronę nie zważając na ocean, właściwie to już tu jest. Nasze społeczeństwo to może jeszcze nie słonie, lecz słoniątek widać już coraz więcej.

A teraz o przyczynie. 
Dla mnie jest to proste i tu się nie zgodzę z ową szczupłą, polską studentką: naród amerykański nie jest przejedzony, wręcz przeciwnie, jest najbardziej niedożywionym narodem świata.

Naprawdę! Nie żartuję!

Ich nadwaga, ich otyłość, ich chorobliwa otyłość, to efekt niedożywienia. Tak, amerykański problem to niedożywienie – niedobór składników, niedobór bioaktywności w pożywieniu. Tak, typowe amerykańskie żarcie, to tylko bezwartościowe śmieci – przetworzone, spreparowane, bez witamin, minerałów, flawonoidów, karotenoidów i wielu innych bioaktywnych składników śmieci, które trudno nazwać pożywieniem. Trudno się dziwić, że tak łapczywie jedzą, że są ciągle głodni, bo przecież ich kierujące się instynktem samozachowawczym ciała domagają się wartościowego pożywienia a dostają coś, w czym nie ma tego, czego potrzebują. I właśnie dlatego ich ciała ciągle wołają: jeść! Jeść!

Jedliby Amerykanie więcej, gdyby nie ograniczone pojemności ludzkich żołądków i brak czasu, bo doba okazuje się za krótka na zjedzenie tego, co chciałoby się zjeść.

Tylko niedożywiony człowiek może tyle jeść! Przekarmiony nie dałby rady.  

To pokazuje kolejny problem: Jak zmanipulowane, ubezwłasnowolnione są społeczeństwa zachodnie. Ludzie tam są zaprogramowani jak maszyny, roboty. Ich umysły łykają wszystko, co im zaproponują reklamy, pseudonaukowe rewelacje potwierdzające wartość tego, co zamknięte w szczelnych, kolorowych opakowaniach. Te niby naukowe fakty to bzdury kupione od sprzedajnych nibynaukowców, kupione przez koncerny bogacące się na handlu śmieciami do karmienia słoni.

I dlatego mrówka, która się tam pojawia zakłóca cały ten misterny spisek, bo pokazuje, jakie są naturalne kanony piękna człowieczego ciała.

Jedna polska mrówka mogłaby uczynić wiosnę za oceanem, ale … słonie wolą się śmiać z mrówki. Dlatego mówiłem też o chorych głowach, zaślepionych głodem. Nie widzą już niczego poza miską. Nie przeszkadzają im już brzuchy uniemożliwiające ujrzenie na własne oczy swoich własnych nóg, bo kto by chciał się przyglądać sobie, gdy całą uwagę zaprząta tylko jeden przedmiot: miska, talerz.

Tak uważam, iż jest to spisek. Ktoś wynalazł sposób by się pozbyć ze świata nadmiaru ludzi dajac im do jedzenia dowolną ilość jedzeniopodobnej papki . Przemysł nadąża z produkcją. Tak przemysł, bo coraz mniej w tych produktach jest tego, co wytwarza rolnictwo. W mięsie jest 30% mięsa, podobnie w innej spożywce, reszta to różne śmieciowe dodatki: wzmacniacze smaku, barwniki, wypełniacze i uzależniacze, itp., itd. 

Tak, te słonie są skazane na wymarcie … z głodu.

I to byłoby na tyle.

 

Piotr Kiewra

czwartek, 13 lipca 2017

Ego w górach


Odpowiedź dla pana z nagim torsem, stojącego na głowie wśród zimowych szczytów Tatr, a protestującego z powodu usunięcia jego postu. Dlaczego to zrobiłem? Z powodu niezrozumienia idei grupy przejawionego we wstawionym poście.

 

Trudno jest przekazać komukolwiek ideę.
Niemożliwe, prawie niemożliwe jest przekazanie innemu człowiekowi naszego uczucia, odczucia, wrażenia. Możemy o tym opowiadać, ale nie osiągnie zrozumienia nas  ten, kto nie doświadczył tego na sobie.  Może odczytać, może zrozumieć sercem i duszą, poczuć się obdarowany uczuciem ktoś wrażliwy, ktoś kto ma dar czucia energii płynących we Wszechświecie, przepływających w Naturze, lub przez człowieka.

Ten sam problem mieli mistycy. Swoje idee, swoje zrozumienie, swoje bycie mistycy nie mogli przekazać słowem, ćwiczeniem, dyscypliną, przykładem. Można je było osiągnąć tylko poprzez doświadczenie samemu.

I tak jest z ideą, o której mówię: można jej doświadczyć w górach, ale tylko wtedy gdy ucichnie nasze ego, nasz krzyk, wyścigi i gry, które się w nas toczą, wysiłki o znaczenie dla innych, dla świata, dla siebie.

Tak jak już powiedziałem, trudno jest przekazać ideę.

Ładnych parę lat temu stworzyłem grupę na facebooku pod nazwą Tatry – górskie wędrówki. W międzyczasie rozrosła się bardzo (może za bardzo). W opisie w dołączonych zasadach starałem się przekazać idę wędrówki jako czegoś duchowego, jako związku uczuciowego i energetycznego człowieka z naturą, w tym przypadku z Tatrami.

Ponieważ to moja idea, to moja grupa, to panoszyłem się tu okrutnie, usuwając posty i członków grupy, którzy mojej idei nie zrozumieli i czynnie przeciwko niej wystąpili.

- Nie zrozumieli jej wszyscy zdobywcy najwyższych szczytów, chwalący się swoimi dokonaniami, zaliczaniem kolejnych.

- nie zrozumieli ci, którzy pokazują góry na swoich fotkach, ale przede wszystkim siebie na ich tle.

- Nie zrozumieli ci, dla których Tatry i wędrówka po szlakach jest pretekstem do nawiązania nowych znajomości, poznania mężczyzny, kobiety, miłości swego życia, czy choćby nawiązania relacji z ludźmi podzielającymi ich pasje, żyjących podobnym stylem.

- Nie zrozumieli poszukiwacze przygód.

- Nie zrozumieli tej idei przede wszystkim ci wszyscy, których przywiodło w Tatry ich ego, czyli chęć porównania się z innymi, chęć sprawdzenia siebie, chęć wygrania rywalizacji, chęć poczucia się lepszym, silniejszym, chęć podbudowania poczucia swojej wartości. Przywiodła ich tu chęć pokazania swojej twarzy, swojego „ja”, a góry są tylko pretekstem.

 


Oczywiście będą bronić do upadłego swojej miłości do gór, swojego dla nich uwielbienia, wywyższać swoją wrażliwość na ich piękno, odczuwanie ich tajemnicy, ich potęgi, ich nieprzemijalności, ale to tylko słowa, a w działaniach, w fotkach, przebija, eksponuje się przede wszystkim ich ego.

 

Ostatnio bardzo się zbulwersował jeden z członków grupy faktem, iż usunąłem jego post ze zdjęciem, w którym w pełni zimy, w głębokim śniegu, na tle zaśnieżonych Tatr, stanął na głowie, rozebrany do pasa. Zdjęcie z wielu powodów piękne, i ze względu na pokazane piękno Tatr, zdrowe, męskie, obnażone ciało, i ze względu na kreatywność, odwagę i poczucie humoru jego twórcy, ale to zdjęcie, po prostu, nie pasuje do tej grupy, bo eksponuje tu ego, chęć zaistnienia, pokazania się w oryginalny sposób, w taki, w jaki nie zrobił tego do tej pory nikt. Podobny w charakterze i w powodach był post dziewczyny, która pokazała się w Tatrach również do połowy naga, i to też na śniegu.

 

Ktoś inny zademonstrował fotkę z teleskopowym urządzeniem do zdjęć typu „selfi” na tle krzyża Giewontu. Tak to odebrałem – to przykład podstawowego wyposażenia osoby, która poszła w Tatry tylko po to, by pokazać swoją twarz, by powiększyć siebie, by wykorzystać Tatry do zaistnienia wśród innych ludzi, do wzbudzenia zainteresowania sobą.  

Wielu członków grupy nie pokaże fotki przedstawiającej Tatry bez swego wizerunku, czy prezentacji swoich nóg (były też takie fotki jednej z pań), nie napisze czegoś o swoich odczuciach z wędrówek, bez nawoływań by skrzyknąć kogoś do wspólnej wędrówki.

 

Nie miałem i nie mam  jednak ochoty, by zadawać to pytanie każdej z nich z osobna w każdym takim przypadku: jak się to ma do idei grupy? Więc czynię to w sposób zbiorczy.

Wybaczcie, ale to nie ta grupa. To grupa o zupełnie innej idei, której nie da się wyrazić słowami, ją trzeba zrozumieć, a rozumie się tylko poprzez doświadczanie, poprzez autentyczny, duchowy, uczuciowy kontakt z górami. Jeśli natomiast chcemy wykorzystać góry, lub tę grupę by nakarmić swoje ego … powtarzam: to nie ta grupa.

Doświadczanie to bycie w górach przede wszystkim duchem, sercem. To poczucie jedności z naturą, to zjednoczenie się z ciszą, pustką, nieobecnością myśli, nieobecnością naszego „ja”, nieobecnością chęci eksponowania się, by inni nas zauważyli i pokochali, albo przynajmniej nas polubili i nawiązali kontakt.

To jest grupa dla tych którzy czują, a nie tylko widzą i słyszą. Dla tych, którzy czują a nie rozumieją umysłem. Jest to grupa dla tych, dla których góry, Tatry są okazją do bycia uważnym, medytacyjnym, do bycia w harmonii z górami i z innymi ludźmi. Powtarzam: w harmonii, a nie w próbach narzucania się, realizowania swoich pragnień, czy oczekiwań.

Owszem akceptuję wszystkich, również tych, których prowadzi tu ego, ale poprzez pewne posunięcia staram się krzewić ideę tej grupy. Nie usuwam nikogo za niezrozumienie, ale za łamanie zasad wynikających z tego niezrozumienia.

Od czasu do czasu wstawiam tu takie właśnie posty, by tę idę upowszechniać, by pokazać, że istnieje coś głębszego niż ucieczka od świata dysharmonii, hałasu, bałaganu, stresu i tłumu do świata gór. Ciągnie nas tu wszystkich ta sama siła, lecz dla jednych przybiera formę ucieczka, dla innych jest wartością samą w sobie.

Góry dla tych patrzących w głąb są środowiskiem sprzyjającym może bardziej niż inne przestrzenie, by przyjrzeć się samemu sobie i w konsekwencji, by ujarzmić swoje ego, do zaprzestania eksponowania swego wizerunku, do zaprzestania narzucania się innym ludziom i górom.

Gdy to się uda, a nie jest to łatwe, to góry stają się przestrzenią w której zmniejszamy się dla świata zewnętrznego, a przez to rośniemy wewnętrznie, a ten wzrost wewnętrzny wprowadza w nas spokój, ciszę, harmonię, wolność, miłość, ufność, współczucie. To nie góry to czynią, lecz ten klimat, ta cisza, ta harmonia pomagają by popłynęły od naszego wnętrza, pomagają wydobyć to co już w nas istnieje, lecz ego to przysłaniało.

Paradoksem jest to, iż możemy urosnąć tylko wówczas, gdy świadomie się zmniejszymy.

Dla tego typu poszukiwaczy stworzyłem tę grupę i nadal ta idea pozostaje. I nie ustępuję przed buntem i agresją tych, dla których ta idea jest niezrozumiana, w tej chwili niezrozumiana.

Naprawdę dużo łatwiej odnaleźć tu siebie wtedy, gdy pozwolimy się uciszyć ego, zamiast tworzyć mu preteksty by rosło i by karmiło się naszymi zdobyczami, walką z górami, dolinami, szczytami, innymi ludźmi, o nasze wysokie miejsce w tym wszystkim.

Dlatego wybaczcie, ta grupa jest dla tych, którzy podzielają tę idę, lub są na drodze do jej zrozumienia. Ta grupa nie jest przeciwko wszystkim pozostałym, tak jak i ja nie jestem przeciwko nim.

A jeśli komuś to nie pasuje? No cóż, jest tyle fajnych grup, w których pozwala się schlebiać ego, chwalić zdobyczami, stawać na głowie, rozbierać się, używać wulgarnego języka, spamować, hejtować – słowem: żebrać o zauważenie i docenienie przez innych.

 

Ucinam tym postem wszelkie komentarze i krzyki tych, którzy protestują przeciwko usuwaniu ich postów.  Mówię tylko tyle im wszystkim: usuwam, bo są niezgodne z ideą grupy, tej grupy.  

 

Pozdrawiam wszystkich prawdziwych tatrzańskich wędrowców: Piotr Kiewra

niedziela, 11 czerwca 2017

Choroba bankowa*

Opublikowałem ten tekst pod tytułem "Łódka" na innym moim blogu, tym z opowiadaniami, lecz postanowiłem go umieścić również tutaj, bo przecież mówi o zdrowiu ciała, umysłu i ducha. Dodałem tu poniższy przypisek oraz inny tytuł.

Pieniądz jest przyczyną chorób, bo wywołuje obsesję gonienia za rzeczami, obsesję robienia milionów niepotrzebnych rzeczy, spełniania tysięcy pragnień wynikających z porównywania się do innych ludzi i ustanowionych przez nich norm.

Powstaje w tej gonitwie wielkie napięcie, stres, a z niego rozharmonizowanie ciała skutkujące tysiącami chorób.

Byłem chory i widzę, że prawie wszyscy są chorzy. Nie widzą tego, bo myślą, że tak ma być, że taki jest świat, że taki jest cel życia – gonić by mieć i dopiero wtedy być.

Widzę przyjaciół jak cierpią, by przeżyć do kolejnego pierwszego, by spłacić kolejną ratę kredytu, widzę ludzi szperających po śmietnikach, bo nie byli w stanie nadążyć.

To zjawisko gonienia za pieniądzem, za rzeczami, przeliczania wszystkiego na złote, na czas, dostosowywanie się do norm społecznych nazywam chorobą bankową. Tak ją nazwał mój kumpel z podwórka. I o nim dzisiaj.

Zanim znowu, po wielu latach, spotkałem kumpla z podwórka, dotarły do mnie, czy to plotki, czy opinie o nim, że „mu odbiło”, że „zwariował”, że „mu się pomieszało”.

Kilkadziesiąt lat temu bawiliśmy się razem na „podwórku” w naszej rodzinnej miejscowości: graliśmy w piłkę, chodziliśmy po lesie, po wielkiej łące, którą nazywaliśmy prerią, leżeliśmy tam nic nie robiąc, tylko patrząc w niebo i chmury, siedzieliśmy pod samotnym drzewem tamże, lub w wydłubanej z wielkiego pnia sosny, łodzi, która unosiła nas na tafli jeziora.

Tak sobie wyobrażaliśmy życie, że nic nie trzeba robić, tak jak dzikie zwierzęta i ptaki: nie sieją, nie orzą, a żyją, mają się doskonale, są radosne.

Jego ojciec miał małe gospodarstwo rolne i gonił go do pracy w nim: to do pasienia krów, do koszenia, siania, młócenia, itd., a on uważał, że to nie ma sensu, bo ojciec ciężko pracując nie dorobił się niczego więcej, czego, by nie miały „ptaki powietrzne” i inne zwierzęta - jakiegoś lichego gniazda. Nie dorobił się niczego poza licznymi chorobami, krzywymi nogami, bolącymi od pracy rękami, kręgosłupem. Kumpel uznał, że jego życie będzie wyglądało inaczej.    

Ja wyjechałem, on został. Nie widzieliśmy się od tamtych czasów – każdy z nas realizował się osobno.

I pewnego dnia wędrując po swoich „starych śmieciach”, po lasach rodzinnej miejscowości, wokół jezior, po łąkach, wspominałem stare dzieje, wspomniałem kumpla i nasze dzikie wizje.

Postanowiłem jeszcze odwiedzić nasze stare, samotne drzewo na "prerii", i jakież było moje zdumienie, gdy spotkałem go tam, na odludziu, siedzącego, tak jak kiedyś, opartego tyłem o drzewo. On był tak samo zaskoczony jak ja, choć przyznał, że wierzył, że się kiedyś znowu spotkamy i to właśnie w tym miejscu.

Po kilku słowach, zorientowałem się, że szaleństwo i postradanie zmysłów przypisało mu społeczeństwo:

- Tak jest zawsze – społeczeństwo ma cię za wariata, gdy jesteś i pozostajesz sobą, gdy wracasz do źródła, do swojej własnej prawdy, gdy żyjesz zgodnie ze sobą samym, gdy realizujesz swoją wizję. – tak mi powiedział o sobie i o mnie, bo właśnie o mnie słyszał podobne opinie, jak ja o nim.

Usiadłem obok niego opierając się plecami o drzewo – nasze stare, dobre drzewo, naszego wspólnego przyjaciela, powiernika naszych młodzieńczych tajemnic, fantazji, które stały się rzeczywistością.

Oto, co mi opowiedział o sobie, o człowieku, który wrócił do bycia sobą, o człowieku, który stał się jak ptak niebieski, wolny, radosny, dziki.

 - Jako dzieci i młodzieńcy mieliśmy szalone plany i marzenia, i wszystko było w porządku, bo młodzi ludzie mogą być szaleni i dzicy, mogą mieć swoje własne pomysły na życie. Lecz, gdy wchodzisz w dorosłe życie musisz je porzucić, musisz się stać jak wszyscy, musisz grać tak samo jak cała orkiestra, jak społeczeństwo.

 Musisz to samo robić, tak samo myśleć, za tym samym gonić, tego samego się bać. Musisz to samo mieć, to samo mówić, to samo oglądać w telewizji, musisz, tak jak wszyscy, brać kredyty i je spłacać, by mieć dom, lub mieszkanie, by mieć samochód, telewizor – jak wszyscy. W wolnych chwilach masz czytać gazety, takie jakie czytają wszyscy, masz cywilizować ogród, by stał się taki, jak ty – cywilizowany.

Masz się stać maszyną. Tego właśnie chce społeczeństwo – byś stał się maszyną, taką samą, toczka w toczkę podobną do innych maszyn. Nad tym pracują szkoły, rodzice, media, autorytety, religie, cała cywilizacja. W końcu nasza głowa staje się cywilizowana, znika z niej resztka młodzieńczej dzikości i stajesz się … dorosły. 

Wtedy porzucasz resztki swoich wizji, resztki siebie i od tej pory jesteś robotem. Bierzesz pierwszy kredyt (w jakiejkolwiek postaci, bo mieszkanie, które dostajesz jest swego rodzaju kredytem, dom, który dziedziczysz po rodzicach, też nim jest) i … stajesz się niewolnikiem, bo masz zobowiązania: jesteś przywiązany jak koń mojego ojca powrozem do kołka na łące, jak krowa do pastwiska, świnia do chlewa, pies do budy.

Rozchorowałem się i ja na tę chorobę. Odziedziczyłem ją. Podejrzewam, że ty również.
I po co mi to było? Przecież widziałem przykład mego ojca, wszystkich sąsiadów i wszystkich innych ludzi. Niczego się nie dorobili, poza chorobami ciała i głowy, poza smutkiem, cierpieniem i … niewolą.
Później brniesz dalej, przywiązujesz, niewolisz innych: wychowujesz na swój kształt i podobieństwo swoje dzieci i wnuki, bierzesz na łańcuch nie tylko swojego psa, ale i rodzinę, przyjaciół. Wszystko ogradzasz murem, zamykasz w klatce: fizycznej i mentalnej klatce.

I cierpisz, bo musisz cierpieć, bo tak cię nauczono, że cierpienie wynika z natury człowieka i że trwa dopóki nie skończy się twoje istnienie, albo dłużej …

Nikt ci nie powie, musisz się sam o tym dowiedzieć, że jego przyczyna jest zupełnie inna i że to właśnie ono temu służy, by odkryć prawdę i to odkryć ją teraz, a nie później.

Ludzie patrzą na świat przez pryzmat pieniędzy i materii. Robią to od tysięcy lat. Materia, coś, co tak naprawdę, wg fizyki kwantowej, nie istnieje, stała się spoiwem cywilizacji. Pieniądz stał się centrum wokół, którego kręci się społeczeństwo. 

Tak myślę, gdy pojawiły się pieniądze (w jakiejkolwiek formie), zniknęła ze świata miłość. Miłość i pieniądze nie mogą istnieć razem, obok siebie. Może istnieć albo miłość, albo pieniądze.

Tak samo jest z wolnością: gdy pojawiły się pieniądze, musiała zniknąć ostatecznie wolność.

Tak, rozchorowałem się na tę chorobę. To jest przyczyna wszelkich chorób, gdy za pieniądzem znikają miłość i wolność, pojawiają się wszelkie choroby. Miłość i wolność uzdrawiają, pieniądze – materia, rozharmonizowują, pozbawiają podstaw zdrowia.

Nazywam tę chorobę – bankową, chociaż w przeszłości nadawałem jej różne nazwy. 
Tak było ze mną, tak jest z miliardami ludzi i z tobą. 

Łatwo ją rozpoznać, gdy czujesz, że brak pieniędzy i czegokolwiek z materialnych rzeczy (ja bym dodał od siebie, że nie tylko czegokolwiek, ale i kogokolwiek) jest w stanie popsuć radość życia, ale i wtedy, gdy dostatek sprawia przyjemność.

To oznaki, iż daliśmy się zmanipulować i zostaliśmy zaprogramowani na niewolników. Pieniądze są środkiem nasennym, gdy żyjemy, by zarabiać i je zdobywać - takie życie to sen na jawie.

Któregoś dnia, chyba tutaj pod drzewem, gdy już się mocno nacierpiałem, nasz przyjaciel swoją ciszą mi to wyszeptał: „Cierp więc dalej .... aż się obudzisz.”

Wtedy to przypomniała mi się nasza, dziecinna i młodzieńcza wolność. Wtedy to zrozumiałem, że jako dzieci i nie zatruci jeszcze „dorosłością” młodzieńcy, byliśmy sobą. Wtedy to na powrót zapragnąłem…  być.
Wtedy to stałem się na powrót szalony, dziki i … zdrowy. Zniknęło ze mnie wszelkie napięcie, przestał mnie boleć kręgosłup, spracowane ręce, kolana, przestała mnie boleć głowa. 

Gdy tylko powiedziałem o mojej decyzji paru osobom, odsunęli się ode mnie, bo uznali, że postradałem zmysły. Sprzedałem mój bardzo ucywilizowany dom i ogród, samochód i całą niepotrzebną mi materię, spłaciłem kredyty. Uwiłem sobie tylko gniazdko jak te liche ptasie gniazda i od tej pory tak żyję.

Patrzę na świat i widzę jasno: A oni ciągle handlują swoim czasem, wysiłkiem, walką, zdrowiem, życiem. Ktoś nam wmówił, iż praca czyni z nas człowieka. .. tak to prawda ... jesteśmy ludźmi ... lecz żebrakami ... żebrzemy dla utrzymania się w statusie członka społeczeństwa.

Społeczeństwo to wynalazek właścicieli niewolników.  Ci właściciele to też  niewolnicy ... choć oni tego tak nie widzą.

Nadchodzi dla każdego taki moment, że się zastanawiamy  ... jaki ma sens życie dla ciułania groszy i spłacania rachunków, rat kredytów? Jaki ma sens życie bez widzenia i czucia tego, co nie jest, i nie może być przeliczone w pieniądzu?
Jaki sens ma praca zasłaniająca wszystko, co wartościowe i piękne, ale czego nie da się kupić i sprzedać?

Jaki sens ma inne życie niż siedzenie pod drzewem i obserwowanie ludzi robotów i ludzi maszyn? Tylko to ma sens. Tak. Bycie robotem i maszyną nie ma sensu .... bo roboty i maszyny nie mają serca i duszy ... nie przeżywają bezprzyczynowej radości, nie są bezinteresowne. Nie sprawia im szczęścia po prostu - bycie ... siedzenie pod drzewem i obserwowanie.

I to jest tak: gdy wróciłem do siebie, do źródła, do naszej młodzieńczej wizji, by nic nie robić i żyć miłością i cieszyć wolnością, ozdrowiałem na ciele i w umyśle, ale społeczeństwo uznało, że wtedy właśnie się rozchorowałem. 
Czyli wszystko jest na odwrót, ale społeczeństwo już nie jest moim właścicielem, ja nim jestem. Stałem się nikim dla społeczeństwa i dla siebie samego … i jest mi z tym lekko.

Już teraz, wreszcie, rozumiem słowa Jezusa i innych mistyków, o staniu się na powrót jak dziecko i myślę, że na tym polega dorosłość – dojrzałość, na zrozumieniu tego.

I jeszcze jedno, tak czuję, że właśnie na tym polega zbawienie, że właśnie w ten sposób, tak jak my, siedząc pod drzewem i obserwując siebie, i wszystko wokół, można odkryć ścieżkę do niego.
Pamiętam naszą „dłubankę”, łódkę, unoszącą nas na wodzie, teraz moje życie, unosi mnie jak ta łódź - nie ja decyduję o kierunku i przeznaczeniu, lecz wiatr … i tak chcę żyć. A że innym to nie pasuje, no cóż … to moja łódka i są w niej tylko zdrowi – uwolnieni od choroby bankowej.


Zgodziłem się z każdym jego słowem, bo jesteśmy przecież z jednego podwórka, z jednej ulicy, z jednej „prerii”, z tego samego drzewa, z tej samej wizji, z tej samej dziczy. I tak samo jesteśmy szaleni, lecz to nasze szaleństwo nas uzdrowiło.

*Jest ta choroba częścią jeszcze większej choroby dotykającej człowieka -ludzkość, ale o tej innym razem.


Piotr Kiewra