niedziela, 5 kwietnia 2020

Dar Atishy dla świata. O jedynym prawdziwym leku


Chcesz naprawić świat, napraw siebie. Użyj jedynego – prawdziwego leku 


Jesteś sfrustrowany tym, co się dzieje wokół ciebie: cierpieniem, grzesznością, złem innych ludzi? 

Jesteś niepokojony strachem o siebie, ludzi, świat, naturę, rodzinę, bliskich, środowisko?  

Troskasz się brakiem współczucia, ubóstwem widzianym wokół, wszechwładzą pieniądza? 

Przejmujesz się mocą zła, kłamstwami mediów, zbrodniami popełnianymi przez ludzi, polityków, rządy, władców, tych jawnych i ukrytych?

Czujesz, iż ograbiono cię z wolności, karmiono obietnicami bez pokrycia, wykorzystuje się ciebie jako robota, środek służący realizacji celów, które nie są twoimi celami?

Czujesz, wiesz, że dybie się na twoje zdrowie i życie, wolność, w imię jakichś podejrzanych idei?

Jesteś nieszczęśliwy z innych powodów?  

Czy chciałbyś to naprawić, a nie masz tyle siły, nie masz pomysłu jak to zrobić?

Czy Twoje dotychczasowe myśli, intencje, skupianie energii na pozytywnych działaniach, przeciwstawianiu się złu, zainicjowane rewolucje, bunt, walka o lepszy świat zawiodły cię?

Nie przejmuj się. W ten sposób to się jeszcze nikomu nie udało: walka do niczego nie prowadzi, przejmowanie się, troska, myślenie, żadne inne działania nie były, nie są i nie będą nigdy skuteczne.
Dlaczego? Ponieważ to, z czym walczysz wzmacniasz, to, przed czym uciekasz goni cię, a to, za czym gonisz, ucieka. Zawsze dostajesz to, czego się lękasz.
Walcząc, tak naprawdę, przyłączasz się do obozu wroga. Oni znają sekret i wiedzą, że jeśli przeciwstawiasz się im, to dodajesz im energii, trwonisz swoją, a dodajesz im: ludziom, zjawiskom, odczuciom, emocjom.
Prawda jest taka, iż walcząc ze strachem, krzewisz strach. Walcząc z biedą, zwalniasz ludzi z odpowiedzialności za siebie i w ostatecznych rozrachunku poszerzasz pola biedy. Przejmując za innych odpowiedzialność, albo oddając ją rządom, urzędnikom, powierzasz im nie tylko swoje bezpieczeństwo, przez co stajesz się bardziej zagrożony, bo nikt nie zadba o twoje bezpieczeństwo lepiej niż ty sam, ale pozbawaiasz się też … inteligencji. Tak, inteligencja idzie w parze z odpowiedzialnością. Zobacz, co wyczyniają z ludźmi media, politycy, władcy, a zrozumiesz to. 

I jeszcze jedna przyczyna – prawda: Istotą pragnienia jest niespełnienie.

Pewnego dnia zrozumiesz, dlaczego doświadczyłeś/doświadczyłaś akurat tego, tych cierpień, tych zdarzeń. Inaczej, bez cierpienia, bez bólu nie próbowałbyś/nie próbowałabyś użyć, skosztować tego leku. Z tego punktu widzenia twoje cierpienia są potrzebne, czemuś służą. Ich celem jest przekierowanie cię na wędrówkę drogą zrozumienia, drogą prawdy, bo tak jak mówi kolejny mistyk: Cierpienie jst potrzebne, by zrozumieć, że jest niepotrzebne.

Ludzkość, cywilizacja, to wszystko co dotychczas  było twoim życiem to poszukiwanie leku. Już dotknąłeś, spróbowałaś tamtych, z tak postrzeganego do tej pory świata, no i okazały się nieskuteczne. Teraz nadszedł czas, by …  

Istnieje inny lek. Najpotężnieszy, jedyny, prawdziwy. 


Istnieje jedyny – prawdziwy lek. Jest lekiem na wszystko: na choroby ciała i umysłu. Jest jednak znacznie większy, jego działanie jest niewyobrażalnie większe: naprawia też świat. 

Możesz go zastosować. Możesz nim naprawić siebie, ale i świat. Nie musisz jednak nikogo przekonywać,  by poszedł za tobą, by cię wysłuchał. Nie musisz zostawać politykiem, władcą świata, by go naprawić, by usunąć zeń zło, cierpienie choroby, by zakwitła tam miłość, wolność, szczęście, radość, zdrowie, dobro, harmonia. 
Wystarczy, że naprawisz nim siebie. 

Co jest tym jedynym, prawdziwym lekiem?

Jest nim medytacja (możesz ją nazywać również modlitwą, bo w istocie jest tym samym, połączeniem z CAŁOŚCIĄ, z boskością, z duchowym wymiarem człowieka).

Medytację jako lek na wszystko dostaliśmy od ludzi takich jak Budda, Jezus, Atisha i wielu innych. 

Medytacja Atishy, nazywanego „po trzykroć wielkim”, jest wyjątkowa. Jest największym darem jaki ludzkość otrzymała od tych, którzy poznali boskość – doświadczyli jej. Pochodzi od Atishy, lecz, tak naprawdę przekazują ją wszyscy mistycy, mędrcy, oświeceni ludzie. Jednak w takiej formie, w jakiej przyszła od niego, była jego osobistym poznaniem, była jego drogą. 

Jest piękna i niezwykła … ale o tym za chwilę. 


Poniższy materiał pochodzi od OSHO, z książki: „Księga mądrości”.


Rzadko spotyka się mistrzów takich jak Atisha, a to dlatego, że nauczało go trzech oświeconych mistrzów. Nie zdarzyło się to nigdy przedtem i nigdy potem. … nazywa się go więc Atishą Trzykroć Wielkim.

Żył w XI wieku, urodził się w Indiach, ale gdy jego miłość stała się aktywna, udał się do Tybetu, jakbyprzyciagał go tam jakiś wielki magnes. W Himalajach dostąpił i już nigdy nie wrócił do Indii. … jego miłość spłynęła na Tybet. Przemienił całą jakość tybetańskiej świadomości. Był cudotwórcą, czegokolwiek dotknął, przemieniało się w złoto. Atisha to jeden z największych alchemików, jakich poznał świat.”* (Osho użył tu metafory)

Traktat Atishy to siedem punktów.  My zajmiemy się tylko jednym zdaniem. Szczęśliwy posiadacz Księgi zrozumienia OSHO, może pokontemplować nad całym traktatem i tak jak mówi Osho: 

„Stwierdzenia te przypominają nasiona, wiele jest w nich zawarte. Może nie jest to tak widoczne, lecz jeśli głęboko w nie wejdziesz, gdy będziesz kontemplować, medytować i zaczniesz z nimi eksperymentować, będzie to największą przygodą twojego życia”. 

Oto to co proponuje Atisha, a później w komentarzach Osho:

„Ćwicz łączenie się, zbieranie i wysyłanie.
Ćwicz to ujeżdżając oddech.”

 „Atisha mówi: zacznij być pełen współczucia. Metoda polega na tym, że gdy robisz wdech – słuchaj uważnie, to jedna z najwspanialszych metod – gdy robisz wdech, pomyśl, że wdychasz całą niedolę wszystkich ludzi. Wdychasz wszelką ciemność, wszelką negatywność, całe istniejące piekło. Niech twoje serce wchłonie je. 
Może czytałeś lub słyszałeś o tak zwanych pozytywnych myślicielach Zachodu. Mówią coś dokładnie przeciwnego, ale nie wiedzą, co mówią. Mówią: „Gdy robisz wydech, wyrzucaj całą swoją niedolę i negatywność, a gdy robisz wdech, wdychaj radość, szczęście, pozytywność, pogodność”.
Metoda Atishy jest tego przeciwieństwem: na wdechu wchłaniaj wszelką niedolę i cierpienie wszystkich istnień świata, przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Gdy robisz wydech, wydychaj całą swoją radość, całą swoją błogość, wszelkie błogosławieństwo, które masz. Zrób wydech, wlej siebie w egzystencję. To jest metoda współczucia: wchłaniaj wszelkie cierpienia i wylewaj wszelkie błogosławieństwa. 

Jeśli to zrobisz, będziesz zaskoczony. Gdy wchłaniasz wszystkie cierpienia świata, przestają być cierpieniami. Serce natychmiast przemienia energię. Serce to siła dokonująca przemiany: wchłoń niedolę, a zostanie przemieniona w błogość … wtedy ją wlej.

Kiedy dowiesz się, że twoje serce potrafi dokonywać tej sztuczki, tego cudu, wciąż będziesz chciał to powtarzać. Spróbuj. Jest to jedna z najbardziej praktycznych metod, prosta i przynosząca natychmiastowe efekty. Zrób to dzisiaj i przekonaj się.”

Atisha jest bardzo naukowy i na pewno będzie zyskiwał coraz większe uznanie. Przekona również naukowy umysł, gdyż mówi:  

„Wszystko, o czym mówię można praktykować. Nie mówię byś wierzył, mówię, byś eksperymentował, doświadczał. Uwierz tylko wtedy, gdy sam to poczujesz. W przeciwnym razie nie trzeba wierzyć”.
Wypróbuj tę piękną metodę współczucia: wchłoń wszelką niedolę i wylej wszelką radość.”

I to by było na tyle. Naprawisz siebie, naprawisz świat. 
Nie ma innego leku. Medytacja jest jedynym, przy pomocy którego, dotykając duchem, dotykasz też materię. 

Piotr Kiewra 
na podstawie OSHO: Księga mądrości. Siedem punktów treningu umysłu. Komentarze do traktatu Atishy. Wydawnictwo KOS

środa, 25 marca 2020

Problemem nie są wirusy, czy bakterie, problemem jest odporność

Kilka dni temu Facebook zablokował moje teksty dotyczące odporności, kształtowania zdrowia. Wg mnie to działanie, potwierdza, iż całe to zamieszanie z wirusem to swego rodzaju spisek. Tylko w tym kontekście mogę zrozumieć ich decyzję. Czyżby posiadanie odporności na choroby, ćwiczenie jej i proponowane przeze mnie zabiegi były nielegalne?  Czyżby choroba była legalna, a zdrowie nie? Na to wygląda. ...
Poniższe zdjęcie obrazuje czym jest odporność. Ten dąb ma 700 lat i przeżył wiele chorób,  wirusów i bakterii, wiele szkodliwych ludzkich działań. Nigdy nie był szczepiony ani leczony. Jak mu się to udało?  Dzięki odporności.  Każdy człowiek może "to" mieć.  Część to świadome działania, styl życia, ale i pewna duchowa właściwość, a przede wszystkim radzenie sobie ze strachem, ze stresem.  I o tym mówię. Okazuje się jednak, iż "to" komuś - czemuś szkodzi. Szkodzi potwornej idei pieniądza. Odporność stoi na drodze ich nieograniczonego  napływu.  Choroba jest " perpetum mobile" - doskonałym narzędziem, źródłem z którego, naszym kosztem, ktoś może bez ograniczeń, prawie bez ograniczeń, korzystać.
Jeśli się zdarzają to się je usuwa.  No tak, rozumiem i czy coś z tym robię?  Nie. Dlaczego? Bo wszystko ma swój cel, choroba i cierpienie również.
I nie chodzi tu o ludzkie cele. ...
Poniżej zablokowany tekst.

Nie pytaj mnie o choroby, pytaj o zdrowie

Odebrał połączenie od cioci: 
- Wiesz, Piotrze, boję się tego koronawirusa. No wiesz, tyle się o nim mówi, tyle osób zachorowało, istna pandemia. Boję się i dlatego dzwonię, a nie proszę o pogawendkę u mnie. Chciałam o parę rzeczy zapytać, bo ty się znasz na chorobach.  
- Ciociu, tyle razy ci mówiłem, że nie znam się na chorobach, nie zajmuję się nimi. Wiem tylko, co nieco o zdrowiu i to swoim. – odpowiedział.
- No, ale o tym wirusie to na pewno dużo wiesz. – upierała się.
- Nie, nic o nim nie wiem i nie będę wiedział, póki się z nim nie spotkam. 
- Piotr, nie żartuj! Ja mówię całkiem poważnie, przecież to śmiertelna choroba. – apelowała.
- Ciociu nie żartuję. Jeśli tylko będziesz wiedziała, że go masz, to po niego przyjdę. Naprawdę. To jest moja metoda. Zawsze byłem otwarty na grypy i anginy, które przechodziłaś i które inni przechodzili. Już tyle razy odwiedzałem cię w chorobie, by się zarazić od ciebie i od każdego, kto tylko narzekał na przeziębienie, lub cokolwiek wywołanego bakteriami i wirusami. Pamiętasz przecież i potwierdzisz?
- No tak, prawda. I nigdy się nie zaraziłeś. – potwierdziła.
- Nie. Było odwrotnie. Zaraziłem się za każdym razem i dlatego nie chorowałem. 
– Zaraz, zaraz, nie rozumiem. Zaraziłeś się, a nie byłeś chory? – pytała zdziwiona.
- Tak ciociu. To była moja szczepionka, która wzmacniała mój układ odpornościowy, mój system samouzdrawiający. Widzisz, odporność jest jak mięśnie, serce i płuca, trzeba ją ćwiczyć by była sprawniejsza. Odporność potrzebuje wyzwań. W miarę jak rośnie, można jej stawiać coraz wyższe wymagania, a ona sobie z tym radzi. Zanim pojawiła się choroba to moje przeciwciała zniszczyły wirusy i bakterie. Wygrywały z nimi wojnę, zanim zdążyły zaatakować i cokolwiek zniszczyć, zachwiać równowagę w moim ciele. Być może przyszedł teraz czas na koronawirusa. A na pewno się z nim spotkam i ty się spotkasz, i wszyscy się spotkają. Może, tak jak ja, tego nie odczują, może zachorują, być może umrą, ale odpowiedzialność zawsze jest po stronie każdego człowieka za siebie samego. Odpwiedzialność nie z powodu zarażenia się, lecz z powodu braku gotowości na spotkanie, z powodu słabej odporności .
- Hola, hola Piotrze, ale nie wszyscy mogą mieć dużą odporność. Na przykład starsi ludzie, tacy jak ja. Mam już prawie osiemdziesiątkę. W tym wieku odporność słabnie. Przecież o tym wiesz. 
- To fakt, lecz nie z powodu wieku, tylko dlatego, że starsi na ogół nie ćwiczą swojej odporności. Izolują się od chorób, są mniej ruchliwi. Stawiają ciału mniej wyzwań, unikają zimy, zimna, unikają ruchu, unikają słońca, deszczu. Ich odżywianie jest dalekie od naturalnego, bo takie jest zdrowe. Unikają innych ludzi. Nie zabiegają o zdrowie, lecz martwią się chorobami. Coraz więcej w nich strachu. Znam wielu starszych ludzi i widzę to u nich. Widzę w nich strach, lęk nie tylko przed chorobami. Mówią dużo o chorobach, w ogóle dużo mówią, a to świadectwo lęku. Tak, gadatliwość, to najczęściej objaw lęków.
Zdrowie i choroba to dwa przeciwieństwa, ale są bardzo ze sobą powiązane, a właściwie to stanowią jedność. Jeśli potrafisz patrzeć na siebie ze spokojem, z ufnością, jeśli potrafisz słuchać swojego ciała i dawać mu to czego potrzebuje, to ono trwa w zdrowiu. A ono potrzebuje wyzwań, potrzebuje kontaktu z wirusami, bakteriami, potrzebuje ruchliwości, męczenia się, potrzebuje treningu odporności. Nie potrzebuje notorycznego zamartwiania się, lęku, napięcia, niepokoju. 
Starsze osoby są ciągle zmęczone. Dlaczego? Bo dużo myślą i za dużo odpoczywają. Męczenie się i odpoczynek powinny następować naprzemiennie. A oni ciągle odpoczywają. Jeśli ciągle odpoczywasz, jak możesz mieć sprawne mięśnie, płuca, serce? Jak możesz mieć sprawną odporność bez treningu, bez zarażania się? Jak możesz być odporna na koronawirusa, nie spotykając się z innymi wirusami i z nim samym? To niemożliwe. 
Ciociu, od pięćdziesięciu lat spotykam się świadomie i nieświadomie, bez lęku ze wszelkimi zarazkami, nie trylko w Polsce, lecz i za granicą i … to działa. Sprawdziłem to na sobie. 
- No tak, ale skąd wiesz, jak się zachowa ten wirus? Mówiłeś, że jeszcze się z nim nie spotkałeś i nic o nim nie wiesz?
- Nie muszę tego wiedzieć, mówiłem ci, zaufałem ciału, a ono od milionów lat rozwiązuje tego typu problemy i to skutecznie. Dowodem jest to, iż jakoś się nam udało przetrwać mimo miliardów wirusów i innych zagrożeń. A to, co pno wypracuje, przekazuje za pomocą genów następnym pokoleniom.  
Naprawdę nie muszę się martwić. To nie głowy sprawa wirusy, bakterie, wszelkie choroby. Gdyby głowa się w to wszystko nie mieszała, to wielu chorób ludzkość w ogóle nie doświadczyłaby.
- No tak, a sportowcy? Oni chorują. – przerwała, by zapytać.
- Oni przesadzają. Ćwiczą tak intensywnie. U nich jest odwrotnie niż u starszych ludzi. Za dużo ćwiczą, za mało odpoczywają. Jak widzisz dobry jest środek, pożądana jest równowaga – harmonia. I właśnie tym jest zdrowie – harmonią, równowagą. Jeśli przechylisz się za bardzo w lewo, lub w prawo, chorujesz, bo tracisz równowagę. 
- To skąd mam wiedzieć, gdzie jest ten złoty środek?
- Obserwuj ciało, rozmawiaj, a właściwie słuchaj go, miej z nim kontakt. Ciało to kocha i odpłaci ci harmonią, czyli zdrowiem. 
Ludzie sądzą, że potrzeba wielkiej wiedzy, że trzeba skończyć medycynę, dietetykę, i wiele innych fakultetów, by móc być skutecznym w utrzymaniu zdrowia. Otóż nie, ciociu. Zaufaj ciału. Jeśli słuchasz jego informacji, to od niego w sprzężeniu zwrotnym otrzymasz odpowiedź co i jak. Jeśli dasz mu co potrzebuje, wtedy doświadczysz czegoś takiego jak „w zdrowym ciele zdrowy duch”.  To nie jest kwestia wiedzy, lecz zaufania i po prostu bycia sobą. Mistycy, mędrcy, mówią: Bądź sobą, bądź tu i teraz i to pomaga ciału i psychice. 
Trzeba zacząć od ciała. Wtedy koronawirus nie będzie groźny i żadne media nie wywołają w tobie strachu, bo nie im będziesz ufać, lecz sobie i swojemu ciału. 
Nauka i medycyna długo jeszcze będą błądzić, zanim dotrą do tej wiedzy i tych środków, jakie posiada ciało, jakie posiada natura.
I co jeszcze? 
Pewnie będą bładzić jeszcze dziesiątki, a może setki lub tysiące lat zanim znajdą tak skuteczny lek na wszystko jak ten duchowy, bardzo prosty, jakim jest ufność, powierzenie się, jakim są miłość, akceptacja, bycie sobą. 
Jednak większość ludzi woli zaufać mediom, gadającym stamtąd głowom i tej błądzącej na manowcach, pasącej się łatwym pieniądzem nauce i medycynie niż naturze, niż sobie, niż ciału z tak olbrzymim potencjałem jakim jest nasz układ odpornościowy i samouzdrawiający.
Dlatego wszystkim i tobie ciociu powtarzam: zajmijmy się swoim własnym zdrowiem, nie chorobą! 
No i najważniejsze: strach potrafi zniszczyć system odpornościowy i dlatego wyrzuciłem telewizor, radio i nie kupuję gazet. W ten sposób znika chyba z 90% lęków. Resztę załatwia prosta rzecz: bycie sobą.  
No więc ciociu, nie mam najlepszych wieści dla ciebie: jeszcze musisz się tu pokrcić między ludźmi przynajmniej do setki. Koronawirus nie ma z tobą żadnych szans: jesteś zbyt żywotna, zbyt ciekawa świata, zbyt silna, zbyt żywa, zbyt zdrowa, no nawet zbyt młoda ( bo coż to te osiemdziesiąt lat w zestawieniu z twoim potencjałem?). Ponadto twój strach jest malowany na szkle i zmyje go twoja pierwsza łza, czy smutku czy radości. Jesteś pełna miłości, optymizmu, ufności … koronawirus nie ma z tobą żadnych szans. Jeszcze trochę pracy i marszu w swoją własną stronę i wszystkie wirusy będą schodzić ci z drogi z daleka. 
I śmiali się oboje głośno aż w słuchawkach telefenów huczało.

Piotr Kiewra


środa, 18 marca 2020

Nie pytaj mnie o choroby, pytaj o zdrowie


Odebrał połączenie od cioci: 
- Wiesz, Piotrze, boję się tego koronawirusa. No wiesz, tyle się o nim mówi, tyle osób zachorowało, istna pandemia. Boję się i dlatego dzwonię, a nie proszę o pogawendkę u mnie. Chciałam o parę rzeczy zapytać, bo ty się znasz na chorobach.  
- Ciociu, tyle razy ci mówiłem, że nie znam się na chorobach, nie zajmuję się nimi. Wiem tylko, co nieco o zdrowiu i to swoim. – odpowiedział.
- No, ale o tym wirusie to na pewno dużo wiesz. – upierała się.
- Nie, nic o nim nie wiem i nie będę wiedział, póki się z nim nie spotkam. 
- Piotr, nie żartuj! Ja mówię całkiem poważnie, przecież to śmiertelna choroba. – apelowała.
- Ciociu nie żartuję. Jeśli tylko będziesz wiedziała, że go masz, to po niego przyjdę. Naprawdę. To jest moja metoda. Zawsze byłem otwarty na grypy i anginy, które przechodziłaś i które inni przechodzili. Już tyle razy odwiedzałem cię w chorobie, by się zarazić od ciebie i od każdego, kto tylko narzekał na przeziębienie, lub cokolwiek wywołanego bakteriami i wirusami. Pamiętasz przecież i potwierdzisz?
- No tak, prawda. I nigdy się nie zaraziłeś. – potwierdziła.
- Nie. Było odwrotnie. Zaraziłem się za każdym razem i dlatego nie chorowałem. 
– Zaraz, zaraz, nie rozumiem. Zaraziłeś się, a nie byłeś chory? – pytała zdziwiona.
- Tak ciociu. To była moja szczepionka, która wzmacniała mój układ odpornościowy, mój system samouzdrawiający. Widzisz, odporność jest jak mięśnie, serce i płuca, trzeba ją ćwiczyć by była sprawniejsza. Odporność potrzebuje wyzwań. W miarę jak rośnie, można jej stawiać coraz wyższe wymagania, a ona sobie z tym radzi. Zanim pojawiła się choroba to moje przeciwciała zniszczyły wirusy i bakterie. Wygrywały z nimi wojnę, zanim zdążyły zaatakować i cokolwiek zniszczyć, zachwiać równowagę w moim ciele. Być może przyszedł teraz czas na koronawirusa. A na pewno się z nim spotkam i ty się spotkasz, i wszyscy się spotkają. Może, tak jak ja, tego nie odczują, może zachorują, być może umrą, ale odpowiedzialność zawsze jest po stronie każdego człowieka za siebie samego. Odpwiedzialność nie z powodu zarażenia się, lecz z powodu braku gotowości na spotkanie, z powodu słabej odporności .
- Hola, hola Piotrze, ale nie wszyscy mogą mieć dużą odporność. Na przykład starsi ludzie, tacy jak ja. Mam już prawie osiemdziesiątkę. W tym wieku odporność słabnie. Przecież o tym wiesz. 
- To fakt, lecz nie z powodu wieku, tylko dlatego, że starsi na ogół nie ćwiczą swojej odporności. Izolują się od chorób, są mniej ruchliwi. Stawiają ciału mniej wyzwań, unikają zimy, zimna, unikają ruchu, unikają słońca, deszczu. Ich odżywianie jest dalekie od naturalnego, a tylko naturalne jest zdrowe. Unikają innych ludzi. Nie zabiegają o zdrowie, lecz martwią się chorobami. Coraz więcej w nich strachu. Znam wielu starszych ludzi i widzę to u nich. Widzę w nich strach, lęk nie tylko przed chorobami. Mówią dużo o chorobach, w ogóle dużo mówią, a to świadectwo lęku. Tak, gadatliwość, to najczęściej objaw lęków.
Zdrowie i choroba to dwa przeciwieństwa, ale są bardzo ze sobą powiązane, a właściwie to stanowią jedność. Jeśli potrafisz patrzeć na siebie ze spokojem, z ufnością, jeśli potrafisz słuchać swojego ciała i dawać mu to czego potrzebuje, to ono trwa w zdrowiu. A ono potrzebuje wyzwań, potrzebuje kontaktu z wirusami, bakteriami, potrzebuje ruchliwości, męczenia się, potrzebuje treningu odporności. Nie potrzebuje notorycznego zamartwiania się, lęku, napięcia, niepokoju. 
Starsze osoby są ciągle zmęczone. Dlaczego? Bo dużo myślą i za dużo odpoczywają. Męczenie się i odpoczynek powinny następować naprzemiennie. A oni ciągle odpoczywają. Jeśli ciągle odpoczywasz, jak możesz mieć sprawne mięśnie, płuca, serce? Jak możesz mieć sprawną odporność bez treningu, bez zarażania się? Jak możesz być odporna na koronawirusa, nie spotykając się z innymi wirusami i z nim samym? To niemożliwe. 
Ciociu, od pięćdziesięciu lat spotykam się świadomie i nieświadomie, bez lęku ze wszelkimi zarazkami, nie tylko w Polsce, lecz i za granicą i … to działa. Sprawdziłem to na sobie. 
- No tak, ale skąd wiesz, jak się zachowa ten wirus? Mówiłeś, że jeszcze się z nim nie spotkałeś i nic o nim nie wiesz?
- Nie muszę tego wiedzieć, mówiłem ci, zaufałem ciału, a ono od milionów lat rozwiązuje tego typu problemy i to skutecznie. Dowodem jest to, iż jakoś się nam udało przetrwać mimo miliardów wirusów i innych zagrożeń. A to, co ono wypracuje, przekazuje za pomocą genów następnym pokoleniom.  
Naprawdę nie muszę się martwić. To nie głowy sprawa: wirusy, bakterie, wszelkie choroby. Gdyby głowa się w to wszystko nie mieszała, to wielu chorób ludzkość w ogóle nie doświadczyłaby.
- No tak, a sportowcy? Oni chorują. – przerwała, by zapytać.
- Oni przesadzają. Ćwiczą tak intensywnie. U nich jest odwrotnie niż u starszych ludzi. Za dużo ćwiczą, za mało odpoczywają. Jak widzisz dobry jest środek, pożądana jest równowaga – harmonia. I właśnie tym jest zdrowie – harmonią, równowagą. Jeśli przechylisz się za bardzo w lewo, lub w prawo, chorujesz, bo tracisz równowagę. 
- To skąd mam wiedzieć, gdzie jest ten złoty środek?
- Obserwuj ciało, rozmawiaj, a właściwie słuchaj go, miej z nim kontakt. Ciało to kocha i odpłaci ci harmonią, czyli zdrowiem. 
Ludzie sądzą, że potrzeba wielkiej wiedzy, że trzeba skończyć medycynę, dietetykę, i wiele innych fakultetów, by móc być skutecznym w utrzymaniu zdrowia. Otóż nie, ciociu. Zaufaj ciału. Jeśli słuchasz jego informacji, to od niego w sprzężeniu zwrotnym otrzymasz odpowiedź, co i jak. Jeśli dasz mu co potrzebuje, wtedy doświadczysz czegoś takiego jak „w zdrowym ciele zdrowy duch”.  To nie jest kwestia wiedzy, lecz zaufania i po prostu bycia sobą. Mistycy, mędrcy, mówią: Bądź sobą, bądź tu i teraz i to pomaga ciału i psychice. 
Trzeba zacząć od ciała. Wtedy koronawirus nie będzie groźny i żadne media nie wywołają w tobie strachu, bo nie im będziesz ufać, lecz sobie i swojemu ciału. 
Nauka i medycyna długo jeszcze będą błądzić, zanim dotrą do tej wiedzy i tych środków, jakie posiada ciało, jakie posiada natura.
I co jeszcze? 
Pewnie będą błądzić jeszcze dziesiątki, a może setki lub tysiące lat zanim znajdą tak skuteczny lek na wszystko jak ten duchowy, bardzo prosty, jakim jest ufność, powierzenie się, jakim są miłość, akceptacja, bycie sobą. 
Jednak większość ludzi woli zaufać mediom, gadającym stamtąd głowom i tej błądzącej na manowcach, pasącej się łatwym pieniądzem nauce i medycynie niż naturze, niż sobie, niż ciału z tak olbrzymim potencjałem jakim jest nasz układ odpornościowy i samouzdrawiający.
Dlatego wszystkim i tobie ciociu powtarzam: zajmijmy się swoim własnym zdrowiem, nie chorobą! 
No i najważniejsze: strach potrafi zniszczyć system odpornościowy i dlatego wyrzuciłem telewizor, radio i nie kupuję gazet. W ten sposób znika chyba z 90% lęków. Resztę załatwia prosta rzecz: bycie sobą.  
No więc ciociu, nie mam najlepszych wieści dla ciebie: jeszcze musisz się tu na Ziemii pokręcić między ludźmi przynajmniej do setki. Koronawirus nie ma z tobą żadnych szans: jesteś zbyt żywotna, zbyt ciekawa świata, zbyt silna, zbyt żywa, zbyt zdrowa, no nawet zbyt młoda ( bo coż to te osiemdziesiąt lat w zestawieniu z twoim potencjałem?). Ponadto twój strach jest malowany na szkle i zmyje go twoja pierwsza łza, czy to smutku, czy radości. Jesteś pełna miłości, optymizmu, ufności … koronawirus nie ma z tobą żadnych szans. Jeszcze trochę pracy i marszu w swoją własną stronę i wszystkie wirusy będą schodzić ci z drogi z daleka. 
I śmiali się oboje głośno aż w słuchawkach telefenów huczało.

Piotr Kiewra


poniedziałek, 17 lutego 2020

Pokochać siebie, czyli niewalentynkowa miłość

Parę lat temu, w pełni wiosny, pod błękitem i jaśniejącym gorącem słońcem, wśród żółcących się aż po horyzont rzepaków, jechałem rowerem, gdy zadzwonił mój smartfon. Miły, kobiecy głos, zapytał, czy znajdę chwilę na rozmowę. Zgodziłem się. 
Chwila rozrosła się do dwóch godzin, a opowieść kobiety tak mnie wciągnęła, że mój rower na dobre rozgościł się wśród pierwszych maków i chabrów w przydrożnym rowie, a ja stojąc wśród poruszanego wiatrem złota słuchałem i … słuchałem.
Oto ta spisana później opowieść o chorobie, cierpieniu, miłości, byciu sobą, zdrowiu i … Walentynkach. 
-Jestem stałą czytelniczką pana blogów, tego o zdrowiu i tego z opowiadaniami. Stąd mój telefon. Postanowiłam opowiedzieć swoją historię, bo uznałam, że takich jak ja jest większość. Oni wszyscy, tak jak kiedyś ja, słyszą rady, czytają mądre książki, korzystają z przykładu innych, a jednak cierpią, chorują, są nieszczęśliwi.
Tysiące razy słuchałam, czytałam: „Pokochaj siebie! Bądź sobą! Bądź tu i teraz!”,  a jednak nie rozumiałam, co to znaczy „siebie pokochać”, co to znaczy „byś sobą”. Daję głowę, że inni też tego nie rozumieją. Nie mogą rozumieć, bo to jest widoczne poprzez ich zdrowie i mówi o tym ich cierpienie. Ja też myślałam, że wiem, lecz poprzez myśl nie można poznać prawdy … No dobrze, ale może zacznę od początku. 
Dokładnie 15 miesięcy temu moje ciało było ciężko chore. Nie tylko ono, jeszcze bardziej byłam chora mentalnie, emocjonalnie i duchowo. Wtedy zdawałam sobie sprawę z chorób ciała, wszystko inne wydawało mi się zdrowe. No może nie całkiem, bo przez wiele lat byłam pod opieką terapeutów, psychologów, wykonywałam sama dużą pracę nad sobą. Wydawało mi się, że te inne problemy poza ciałem mam poza sobą. Miałam nieszczęśliwe dzieciństwo i młodość – można tak powiedzieć, bo uzależnienie od alkoholizmu rodziców, sceny, które rozegrały się przed moimi oczami dziecka i młodej dziewczyny ukształtowały moje przekonania, moje odczucia, moją wrażliwość, emocjonalność – moje myślenie. Niektóre z nich pamiętam, lecz większość tych obrazów pozostała pewnie zapamiętana przez mój podświadomy umysł. Mogę powiedzieć, że od tamtej pory - z dzisiejszego punktu widzenia – rządził mną strach – lęk. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. 
Wydawało mi się, że jestem silna, bo sobie z tym radzę, bo pomagam młodszemu rodzeństwu, bo, w dużej mierze, to ja prowadzę dom. Wydawało mi się, że jestem silna, bo potrafię zapłakać nad nieszczęściem innych, że sama nie upadłam i nie stałam się taka „jak oni”. 
Wydawało mi się, że potrafię kochać. Wyszłam za mąż, uwierzyłam jemu i sobie, iż już zawsze będzie pięknie, dożyjemy razem starości, w której przed domem, na ławeczce wspomnienia będą wyciskać z nas łzy radości. Jednak nie cieszyłam się długo sielankowym życiem: mąż odszedł w siną dal, a na ławeczce we snach i na jawie pozostała już na zawsze gorzko płacząca babcia. 
Przyszedł ciężki czas próby, czas poznawania swojej prawdziwej siły. Poczułam się silna, bo przetrwałam ten czas walki o istnienie, o samodzielne istnienie. 
Byłam silna, lecz to nie o taką siłę chodziło, nie o fizyczne przetrwanie, lecz … Lecz nie zdawałam sobie sprawy, że moim życiem rządził lęk, emocje, że tak naprawdę uciekałam …
No więc byłam chora na ciele … Nie chcę tu wymieniać moich chorób, bo wszyscy je znają, bo je też mają. Rozmawiają o nich, chwalą się nimi i … ze mną też tak było. Właściwie w każdej rozmowie, prawie w każdej dłuższej rozmowie, z mężczyzną, czy kobietą opowiadałam o swoich dolegliwościach, problemach i emocjach. Opowiadałam swoją historię … w różnych słowach, w różnych kontekstach, lecz podświadomie coś z tego wrzucałam do ogródka moich słuchaczy. Dzisiaj to wyraźnie widzę. Dzisiaj to czuję, że zabiegałam w ten sposób o czyjeś współczucie, zrozumienie, obecność, przyjaźń, miłość. Kiedyś nie przyznałabym się do tego … 
Gdyby ktoś mi mówił o miłości, to ja byłabym pierwsza, bo … przecież ja wiem, czym ona jest, a czym nie. Gdyby ktoś wspomniał o miłości do samego siebie … to ja byłabym pierwsza, bo przecież ja siebie kocham, bo skąd byłaby moja siła, moja wrażliwość, mój … smutek, moja umiejętność i potrzeba bycia samą. Gdyby ktoś zapytał o bycie sobą, to też mogłabym wszystkich tego nauczyć, bo przecież, kto jak kto, ale ja wiem kim jestem, a kim nie jestem. Tak, przecież ja siebie akceptuję, sobie ufam …
Tak mi się wydawało. Naprawdę! Byłam o tym święcie przekonana. To nic, że dopadała mnie depresja, częściej gościł we mnie smutek niż radość, że uciekałam przed związkami, że brakowało mi wielu rzeczy: nie ufałam innym ludziom, że świat dzielił się na ten dobry, który akceptowałam i ten zły, który odrzucałam, że przecież inni … 
Bałam się i … zazdrościłam.  Naprawdę zazdrościłam staruszkom, zgodnie żyjącym parom starszych ludzi. W nich widziałam moje spełnione marzenie.
Nie widziałam tego, że tak naprawdę lgnęli do mnie, a może odwrotnie to ja lgnęłam do ludzi, do mężczyzn z problemami, do kobieciarzy, do tych, którzy pięknie potrafili mówić, którzy wyglądali na atrakcyjnych, bo przecież mnie przyciągali i pociągali … lecz nie wiedziałam dlaczego.
Wiele rzeczy mi się wydawało, a szczególnie, że kocham siebie, że potrafię kochać, bo przecież kochałam, że wiem kim jestem, że siebie akceptuję i że sobie ufam. Na tym się opierałam. Przez całe moje dotychczasowe życie wiara w to była niezachwiana. Do tego stopnia niezachwiana, iż swoją emocjonalność uznawałam za przejaw głębokiej miłości do siebie samej, jako przejaw głębi i siły mojej miłości w ogóle. 
Tak, tylko, że nie zdawałam sobie sprawy, że emocje biorą się z lęku, a nie z miłości … 
I pewnego dnia, akurat w dniu Walentynek, piętnaście miesięcy temu, gdy usłyszałam wiele słów o miłości, zobaczyłam wiele gadżetów przekazywanych sobie nawzajem przez różnych ludzi, jako dowodów miłości, nagle zauważyłam sztuczność tego wszystkiego. Coś do mnie dotarło, że słowo i materia w zestawieniu z prawdą miłości nic nie znaczą. Nagle zrozumiałam, że żadne słowo , żadna myśl, żaden przedmiot nie może oddać miłości, że nie można jej wyrazić słowem, myślą, działaniem, że ona jest czymś zupełnie innym.
Czym? Nie wiedziałam. 
Wiedziałam tylko jedno, że nie mogę o nią nikogo zapytać, nigdzie przeczytać, nigdzie zobaczyć, nigdzie usłyszeć, że nie mogę jej dostać, ani nikomu jej dać, że nie mogę jej zrozumieć. Zrozumiałam, że jest tajemnicą.
Jest tajemnicą, a skoro tak, to im więcej o niej mówisz, myślisz, to tym mniej nią znasz. Jej źródło jest w innym miejscu niż w głowie.
I tego samego dnia, gdy na chwilę zapadłam w jakiś dziwny stan bez myśli, nagle się „przestroiłam”. Tak, naprawdę. Naprawdę, poczułam się jak przestrojone radio. Zaczęła do mnie docierać zupełnie inna stacja, ta, której nigdy nie słyszałam. Pojawiła się inna muzyka, inne brzmienie, inne światło. Świat stał się inny. Wszystko wokół wyinniało, przede wszystkim ja. Stało się to w mgnieniu oka, dosłownie jak przestrojenie radia jednym guzikiem.
Co się stało? 
Moja stacja zaczęła nadawać z wewnątrz. Nie był to żaden głos, żadna myśl, sugestia, wspomnienie, marzenie, pragnienie. To była energia. Zrozumiałam, że ona zawsze musiała być, lecz to grające słowami i myślami radio ją zagłuszało. Gdy ta stacja na chwilę zamilkła, uciszyła się, usłyszałam, poczułam energię.
Od tej pory odbierałam ją coraz silniej. Pierwszego dnia – w pierwszej chwili zagrała tu – w okolicy serca – później rozeszła się. Przepływała już przez całe moje ciało. 
W ciągu paru dni odeszło ode mnie parę moich dolegliwości. W ciągu miesiąca, dwóch, pozostałe moje choroby ciała. 
Wtedy zrozumiałam … to nie moje ciało było chore. Chore miałam myślenie, a moją największą chorobą był lęk. 
Uzdrowiłam się duchowo, czyli moja prawda wypłynęła na wierzch. Wypłynęła ponad moje myśli, słowa, emocje, ponad to, co uważałam za siebie do tej pory, ponad moje „ja”. Moje „ja” przesunęło się gdzieś do tyłu, opadło na dno.
Przestroiłam się. Zniknął mój niepokój, smutek, zniknęły moje „różne” myśli, potrzeby: moja potrzeba dzielenia się słowem, potrzeba eksponowania siebie, bycia dla kogoś. Zniknęła moja potrzeba posiadania marzeń, ale zniknęła moja przeszłość. Nie, wspomnienia pozostały, lecz stały się inne, stały się doświadczeniem, mądrością, bo nie były już przywiązane do mnie emocjami. 
Tak, w tej dziedzinie odczuwam to najmocniej. Zamiast emocji, są wibracje. To jest zupełnie coś innego. One sprawiają radość. Mam poczucie, że jestem wszędzie, we wszystkim i we wszystkich, że inni są mną, a ja jestem wszystkimi. 
Z emocjami wiązał się smutek, apatia, złe samopoczucie, napięcie, łzy – prawie nieustanny, przerywany krótkimi chwilami zabawy i przyjemności, płacz. Płakałam wspominając, słuchając muzyki, oglądając filmy, rozmawiając, czytając. Czasem, by inni nie widzieli, płakałam gdzieś w środku, wtedy moja mina, moje słowa mówiły – nie podchodź, idź precz! Emocje zamykały mnie dla ludzi i dla siebie. Wtedy nie żyłam – wegetowałam, byłam nieobecna. No i chorowałam, byłam obolała i do granic napięta. Często przypominałam wulkan.
Z wibrującą we mnie enrgią wiąże się radość, obecność, bycie, uważność – współczucie. To współczucie jest inne, bo nie jest emocją, płytką emocją, jest czymś nieporównanie głębszym, czymś, czego nie da się opisać i wypowiedzieć.
Teraz to widzę i czuję: moja  emocjonalność pochłaniała olbrzymie ilości energii, stąd nie starczało jej na bycie, na miłość, na zdrowie, na radość. Gdy to poznałam, nauczyłam się ją gromadzić. Gdy jest się uważnym obserwatorem jej obiegu nie zużywa się jej nieświadomie, nie marnuje. Gnijące bagno staje się źródłem, tryskającym świeżością, życiem, młodością, zdrowiem, źródłem.

Kim jestem? Nie muszę zadawać sobie i innym tego pytania. Teraz to czuję. Pytania przestały być potrzebne, a szczególnie te o miłość. 
Czuję jedno, że jest ona we mnie, i nawet nie wiedząc, czym ona jest, wiem, że jest i to wystarczy. Nie muszę jej brać, znikąd i od nikogo dostawać, bo czuję jej obecność we mnie. Czuję, że się ze mnie sama przelewa. Jestem naczyniem nią wypełnionym, a ona się rozlewa bez żadnego wysiłku z mojej strony, bez żadnego gestu, ruchu, bez żadnego ukierunkowania. Ona po prostu płynie. Jest energią.
Gdy ją odczułam, odnalazłam akceptację, ufność. Nawet nie specjalnie ich szukałam, bo to inne imiona miłości, to jej bracia i siostry. 
Od tej pory nie czuję żadnego napięcia. Wszystko stało się takie jak powinno być. Właściwie to zawsze takie było, ale ja krzywo, bez zrozumienia na to patrzyłam.
Och! Och jak wspaniale jest uwolnić się od emocji, od lęku, od tysięcy myśli i słów, od osób, sytuacji, materii. 
Nie. Nie żebym coś ze swojego życia usuwała. Z niczego na siłę się nie oczyszczam. Wszystko samo się oczyściło: i moje relacje, i nibymiłości, i pragnienia, i moje pytania. Świat się oczyścił, z moich brudów się oczyścił, bo to ja go zanieczyszczałam. Tak, niektórzy odeszli z mojego życia, bo teraz, tak czuję, że to oni się mnie boją, bo widzą, że ja widzę ich prawdę, widzę i czuję ich chęć wykorzystania mnie.
Stałam się inna. Widzę siebie inną w lustrze. Inni mnie inaczej widzą. Mówią, że moje oczy, gesty, postawa są inne, lepsze. 
A najważniejsze? Czuję, że nie muszę niczego poprawiać. Nie muszę poprawiać niczego w sobie, w innych i w świecie. Tak, to naprawdę rozluźnia.
Teraz jestem zdziwiona. Naprawdę. Każdego dnia, w każdej chwili jestem zdziwiona: ileż ja teraz dostrzegam miłości wszędzie, ileż dobra, porządku, pokoju, ciszy, rownowagi, piękna, głębi. Iluż pięknych swoją głębią, swoją prostotą ludzi pojawiło się wokół, ba, nawet sposród moich wrogów. Teraz ich widzę jako aniołów. I to nie oni się przeminili, to nie ja ich przemieniłam, to ja teraz tak ich postrzegam.
Niby patrzę nadal oczami, lecz moje oczy inaczej widzą. Widzą całość: tę materialną i tę energetyczną.
Wszędzie wokół słyszę, że moja obecność uspokaja, łagodzi, wycisza, napełnia czymś dobrym. Ja nie czynię żadnych wysiłków, niczego nie wybieram, nie muszę o nic pytać, ani odpowiadać na pytania, nauczać, cokolwiek opowiadać, wyrażać, wystarczy, że jestem.
Co się stało? Czym jest ta niewalentynkowa miłość?
Czy musiałam cokolwiek zrobić, by siebie pokochać, by poznać, kim naprawdę jestem? Otóż nie! Było naprawdę odwrotnie. To się stało wtedy, gdy, chwilę, dosłownie chwilę, zaprzestałam szukać, pytać, wybierać, cokolwiek robić.
Gdybym miała przedstawić w słowach to, co mnie spotkało i to, kim jestem, czym jest miłość, ta miłość, którą kocham samą siebie, to użyłabym takiego oto czterowiersza zaczerpniętego z tradycji ZEN:
„Siedzę w ciszy,
Nic nie robię,
Wiosna przychodzi, 
A trawa sama rośnie.”
I to jest dla innych problem. Każdy człowiek, który poucza trawę, jak ma rosnąć, a co gorsza wysila się, walczy z nią, zakłóca siebie i porządek świata. Człowiek, który pragnie przyspieszyć wiosnę swoim robieniem, swoją walką, swoim marzeniem, swoimi myślami i słowami, oddala się od prawdy i od siebie samego. 
To jest tylko kwestia zrozumienia, takiego niementalnego, lecz energetycznego zrozumienia. Trzeba jedynie poczuć tę energię, którą jesteśmy wypełnieni, która przez nas ciągle przepływa. I to jest wszystko. Tyle i aż tyle. Tak dużo, ale i tak mało.
Gdy się rozumie, że wiosna sama przychodzi i że trawa sama rośnie, to znak, że się wie, kim się jest i że się kocha siebie. Reszta też sama przychodzi. 
To jest najtrudniejsze, z powodu naszej pychy, naszej wiedzy. Wydaje nam się, że wszystko wiemy. Lecz to nie w wiedzy jest prawda, ona po prostu jest. Nie trzeba jej szukać, o nią walczyć. Nie trzeba niczego zmieniać, trwonić energii. Otóż to, trzeba jedynie przyzwolić jej płynąć. I to cała tajemnica – przyzwolenie, poddanie się, powierzenie – UFNOŚĆ. 
To przyzwolenie uzdrawia ciało, umysł i duszę. 
To wszystko.

Gdy się rozłączyliśmy poczułem, mimo, że smartfon zamilkł, iż nadal jesteśmy połączeni energią. 
Jestem też razem z tym błękitem, z tą kryjącą się tam głębią, sięgającą najdalszych gwiazd, ze słońcem, z całym tym złotem na polach, z tą wiosną, z całą tą przestrzenią, z tym, co dalekie i bliskie. Jestem całością nawet z tymi natrętnymi muchami, w które też przelewa się moja miłość.
W domu przysiadłem na godzinkę do komputera by „spisać” tę energię. Być może, w tym pełnym walki, ambicji, celów, marzeń, pragnień świecie znajdzie się ktoś, kto też zrozumie, że wiosna sama przychodzi i trawa też rośnie sama. 
Może znajdzie się ktoś, kto też zrozumie, że tajemnicą naszego zdrowia, jest pokochanie siebie, jest bycią sobą, zaakceptowanie siebie i tego, co jest, takim jakie to jest. 
Może znajdzie się ktoś, kto zrozumie, że ciało, umysł i duch to jedno, a naszym zadaniem, jedynym prawdziwym jest przyzwolenie by Boska, by energia Całości po prostu bez przeszkód i blokad płynęła. 
Oto cała tajemnica: PRZYZWOLENIE.

Piotr Kiewra 
  

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Pokochać siebie, by ozdrowieć


Na swoich wykładach o zdrowiu i samouzdrawianiu podaję kilka warunków sprzyjających samouzdrowieniu i trwaniu w zdrowiu. Oprócz tych, które uważam za mniej istotne czynniki fizyczne, a nazywam „pikiusiami”*, wymieniam te, które są najistotniejsze, a jest to, wg mnie, czynnik mentalny (sposób myślenia – przekonania) i duchowy. Dopiero harmonia, równowaga między czynnikiem psychicznym, duchowym i fizycznym, materialnym, dotyczącym ciała, daje w efekcie warunki dla trwania w zdrowiu. 
Wśród tych najistotniejszych wymieniam takie duchowe rzeczy, jak to, by być sobą, by pokochać siebie. 
Tak, czuję, iż z takimi tezami nie mogę trafić do każdego. Czuję, gdy moje słowa trafiają w próżnię, gdy zdecydowana większość ludzi się z nimi nie zgadza. Dlatego już nie organizuję spotkań, wykładów, miniwarsztatów dla przypadkowych ludzi. Robię to dla poszukujących, a są nimi ci, którzy doświadczyli „ dobrodziejstwa” oficjalnej medycyny, różnych rad pozamedycznych, suplementacji i innych „cudownych”, materialnych, sposobów dla odzyskiwania zdrowia.  Wreszcie są, przede wszystkim są nimi ci, którzy zastanawiając się nad sensem życia wkroczyli na duchową ścieżkę. To są prawdziwi poszukujący. Ci nie oczekują wiedzy, już nie oczekują. Rozumieją, że jedynym mądrym kierunkiem jest zmiana kierunku – przekierowanie na samych siebie. Rozumieją, że cała wiedza jest w nich samych. Wystarczy tylko zajrzeć do żródła, do swojego wnetrza.
Do nich mówię: Pokochaj siebie!
Oczywiście, takie słowa słyszą z różnych stron, lecz są to słowa. Poszukujący odnajdują w sobie prawdziwe znaczenie słowa miłość i jednym z odkryć jest to, iż nie jest to słowo, że miłość nie jest mentalna, nie jest czymś intelektualnym, nie jest czymś wypełniającym psychikę. To jest podstawowe odkrycie. 
Nie wystarczą więc afirmacje typu: - „kocham siebie, kocham siebie”, powtarzane tysiące razy w różnych okolicznościach, między innymi do lustra. Pokochanie siebie wcale nie polega na przekonaniu do tego siebie, swojego rozumu. Nie wystarczą wizualizacje, szkolenia, warsztaty, czytanie, modlenie się o to. Nie wystarczy nic z naszych działań, nie przyniosą skutku, żadne intelektualne wysiłki. 
Miłość nie mieści się w głowie, lecz w sercu, jej źródło jest duchowe.
Poszukujący tym się właśnie różni od pozostałych, że nie szuka jej tam, gdzie jej nie ma. Taki ktoś nieintelektualnie zrozumiał, gdzie jest jej źródło, iż wcale nie trzeba niczego szukać, że „to” jest od zawsze na swoim miejscu. 
To zrozumienie zmienia wszystko. Nic więcej nie trzeba robić.
Swego czasu nagrałem filmik, w którym mówię o pokochaniu siebie, o samouzdrawiającym wpływie tej miłości na nasze zdrowie.
Film jest tutaj
Ci wszyscy, którzy mówią o tym, że brakuje im czasu, wiedzy, fachowej opieki medycznej, którzy mówią, że dobry lekarz sporo kosztuje, ci, którzy sądzą, iż by być zdrowym trzeba sporo zapłacić, ci, którzy mówią o karmie, genetyce, wieku, trudnych, stresujących czasach, o zatruciu środowiska, o spisku koncernów farmaceutycznych, ci, którzy przenoszą odpowiedzialność na innych ludzi, na okoliczności zewnętrzne, to przede wszystkim ludzie, którzy nie kochają siebie. 
Skoro siebie nie kochają to są bardziej skłonni nie szanować siebie – swego ciała, są skłonni siebie nawet niszczyć. Ktoś, kto nie kocha, to nienawidzi, jest podszyty strachem, lękiem, a stąd już tylko krok do choroby, do cierpienia przeradzającego się w chorobę. Skłonni są wynajdywać wymówki, przeszkody, wszystko racjonalizować zgodnie z tą niszczącą siebie postawą. 
Cierpienie, ból, choroba to dawane przez egzystencję znaki, że idą fałszywą ścieżką, że wierzą w fałszywe obietnice, że kierują się materią, że szukają niewłaściwych rzeczy, na niewłaściwych drogach, że nie są sobą. Lecz nie czytają tych znaków, nie rozmawiają ze swoim ciałem, nie słuchają go. Niszczą te znaki swoją obojętnością, środkami przeciwbólowymi, pokrywają fałszywą wiedzą. 
Nie ma w ich życiu harmonii – zdrowia, bo nie ma prawdy, nie ma natury, nie ma naturalności, bo fałszywe są źródła, z których się karmią, z których się poją.
Nie kochają siebie. 
Miłość do samego siebie jest zastępowana identyfikacją z większością, z tym jak myśli i postępuje zdecydowana większość społeczeństwa. Fałszywie identyfikują miłość z akceptacją lub nieakceptacją otoczenia.
Ktoś, kto kocha siebie, zrobi dla siebie znacznie więcej. Zrezygnuje ze wszystkiego, co go niszczy, pokocha innych w sposób prawdziwy, autentyczny. 
Da znacznie więcej z siebie, będzie radosny, szczęśliwy, uśmiechnięty, lepszy jako człowiek. Łatwiej zniesie osamotnienie. 
Dostrzeże pewną właściwość życia, iż jest ono równowagą między światłem i ciemnością, pogodą i niepogodą, dobrem i złem, miłością i nienawiścią, pozytywnym i negatywnym. 
Rozumie i akceptuje, a poprzez to, że rozumie i akceptuje, nie walczy z tym, co naturalne. Nie walczy ze smutkiem, z problemami, które sam mógłby kreować nie kochając siebie, widząc świat jako ciemność, zło, niepogodę, nieustanną negatywność. 
W człowieku kochającym siebie jest ufność nie tylko do siebie, do swego ciała, ufność w naturalne procesy samoozdrowieńcze, jest ufność do innego człowieka, ufność w stosunku do egzystencji, natury, do całości.
Człowiek kochający samego siebie, obdarowuje miłością, bo czuje, że ma czym obdarowywać. Jest rozluźniony, niezestresowany. 
Nie jest hipokrytą. Nie ma powodu by cokokolwiek udawać, by grać dla zysku, by wykorzystywywać innych. Nie gryzie go sumienie, bo jest uczciwy wobec siebie i innych.
Jest tu i teraz, więc nie ma w nim zamartwiania się przeszłością i przyszłością. 
Taki człowiek nie ma powodu, by chorować. Wielu, bowiem choruje, by zaskarbić sobie zainteresowanie środowiska, skupić na sobie uwagę bliskich, zasłużyć na powiększenie siebie w oczach innych, by się dowartościować poświęcając zdrowie. 
Pokochaj siebie i bądź wreszcie sobą! Człowiek, który kocha siebie może sobie pozwolić na bycie sobą. Nie musi niczego zmieniać. Nie musi ciężko pracować by się dopasować do czyichś oczekiwań, by zasłużyć na lepszą o sobie opinię, na polubienie, czy pokochanie przez innych.  
Gdy kochasz siebie z nikim się nie porównujesz, z nikim nie rywalizujesz. Bo, o co? Przecież wszystko, co najcenniejsze masz? 
Gdy siebie kochasz znika twoja ambicja, by mieć więcej, by być większym niż inni, by znaczyć więcej dla innych, bo ambicja wynika z porównań. Rywalizacja wynika z porównań, tak samo jak zazdrość, nienawiść, duża część lęków.
Gdy kochasz siebie – akceptujesz siebie w pełni takim jaki jesteś/jaka jesteś. Nie masz wtedy potrzeby upiększania się, bo twoje piękno jest wewnętrzne, jest częścią twojej miłości. Nie musisz nic więcej do tego dodawać, na nic zapracowywać, nie musisz siebie zmieniać.
Co ważne, taka miłość, wbrew nieprawdziwym opiniom, wcale, a wcale nie jest egoistyczna. Jest wręcz przeciwnie, z niej, z tej do siebie samego, wyrastają wszelkie inne miłości. Miłość własna jest źródłem. Możesz dzielić się miłością tylko wtedy, gdy ją masz, a masz ją w obfitości. Taka miłość nie jest egoistyczna – wręcz przeciwnie, gdy kochasz siebie, ego trzyma się od ciebie z daleka.  
Kochający siebie - taki człowiek jest spełnieniony, niczego nie musi. 
Pokochaj więc siebie! Bądź więc zdrów! Bądź więc zdrowa!


Piotr Kiewra
*Dla 99% ludzi, to, co uważam za „pikusie” to wielkie rzeczy, np. sposób odżywiania.