poniedziałek, 9 grudnia 2019

Pokochać siebie, by ozdrowieć


Na swoich wykładach o zdrowiu i samouzdrawianiu podaję kilka warunków sprzyjających samouzdrowieniu i trwaniu w zdrowiu. Oprócz tych, które uważam za mniej istotne czynniki fizyczne, a nazywam „pikiusiami”*, wymieniam te, które są najistotniejsze, a jest to, wg mnie, czynnik mentalny (sposób myślenia – przekonania) i duchowy. Dopiero harmonia, równowaga między czynnikiem psychicznym, duchowym i fizycznym, materialnym, dotyczącym ciała, daje w efekcie warunki dla trwania w zdrowiu. 
Wśród tych najistotniejszych wymieniam takie duchowe rzeczy, jak to, by być sobą, by pokochać siebie. 
Tak, czuję, iż z takimi tezami nie mogę trafić do każdego. Czuję, gdy moje słowa trafiają w próżnię, gdy zdecydowana większość ludzi się z nimi nie zgadza. Dlatego już nie organizuję spotkań, wykładów, miniwarsztatów dla przypadkowych ludzi. Robię to dla poszukujących, a są nimi ci, którzy doświadczyli „ dobrodziejstwa” oficjalnej medycyny, różnych rad pozamedycznych, suplementacji i innych „cudownych”, materialnych, sposobów dla odzyskiwania zdrowia.  Wreszcie są, przede wszystkim są nimi ci, którzy zastanawiając się nad sensem życia wkroczyli na duchową ścieżkę. To są prawdziwi poszukujący. Ci nie oczekują wiedzy, już nie oczekują. Rozumieją, że jedynym mądrym kierunkiem jest zmiana kierunku – przekierowanie na samych siebie. Rozumieją, że cała wiedza jest w nich samych. Wystarczy tylko zajrzeć do żródła, do swojego wnetrza.
Do nich mówię: Pokochaj siebie!
Oczywiście, takie słowa słyszą z różnych stron, lecz są to słowa. Poszukujący odnajdują w sobie prawdziwe znaczenie słowa miłość i jednym z odkryć jest to, iż nie jest to słowo, że miłość nie jest mentalna, nie jest czymś intelektualnym, nie jest czymś wypełniającym psychikę. To jest podstawowe odkrycie. 
Nie wystarczą więc afirmacje typu: - „kocham siebie, kocham siebie”, powtarzane tysiące razy w różnych okolicznościach, między innymi do lustra. Pokochanie siebie wcale nie polega na przekonaniu do tego siebie, swojego rozumu. Nie wystarczą wizualizacje, szkolenia, warsztaty, czytanie, modlenie się o to. Nie wystarczy nic z naszych działań, nie przyniosą skutku, żadne intelektualne wysiłki. 
Miłość nie mieści się w głowie, lecz w sercu, jej źródło jest duchowe.
Poszukujący tym się właśnie różni od pozostałych, że nie szuka jej tam, gdzie jej nie ma. Taki ktoś nieintelektualnie zrozumiał, gdzie jest jej źródło, iż wcale nie trzeba niczego szukać, że „to” jest od zawsze na swoim miejscu. 
To zrozumienie zmienia wszystko. Nic więcej nie trzeba robić.
Swego czasu nagrałem filmik, w którym mówię o pokochaniu siebie, o samouzdrawiającym wpływie tej miłości na nasze zdrowie.
Film jest tutaj
Ci wszyscy, którzy mówią o tym, że brakuje im czasu, wiedzy, fachowej opieki medycznej, którzy mówią, że dobry lekarz sporo kosztuje, ci, którzy sądzą, iż by być zdrowym trzeba sporo zapłacić, ci, którzy mówią o karmie, genetyce, wieku, trudnych, stresujących czasach, o zatruciu środowiska, o spisku koncernów farmaceutycznych, ci, którzy przenoszą odpowiedzialność na innych ludzi, na okoliczności zewnętrzne, to przede wszystkim ludzie, którzy nie kochają siebie. 
Skoro siebie nie kochają to są bardziej skłonni nie szanować siebie – swego ciała, są skłonni siebie nawet niszczyć. Ktoś, kto nie kocha, to nienawidzi, jest podszyty strachem, lękiem, a stąd już tylko krok do choroby, do cierpienia przeradzającego się w chorobę. Skłonni są wynajdywać wymówki, przeszkody, wszystko racjonalizować zgodnie z tą niszczącą siebie postawą. 
Cierpienie, ból, choroba to dawane przez egzystencję znaki, że idą fałszywą ścieżką, że wierzą w fałszywe obietnice, że kierują się materią, że szukają niewłaściwych rzeczy, na niewłaściwych drogach, że nie są sobą. Lecz nie czytają tych znaków, nie rozmawiają ze swoim ciałem, nie słuchają go. Niszczą te znaki swoją obojętnością, środkami przeciwbólowymi, pokrywają fałszywą wiedzą. 
Nie ma w ich życiu harmonii – zdrowia, bo nie ma prawdy, nie ma natury, nie ma naturalności, bo fałszywe są źródła, z których się karmią, z których się poją.
Nie kochają siebie. 
Miłość do samego siebie jest zastępowana identyfikacją z większością, z tym jak myśli i postępuje zdecydowana większość społeczeństwa. Fałszywie identyfikują miłość z akceptacją lub nieakceptacją otoczenia.
Ktoś, kto kocha siebie, zrobi dla siebie znacznie więcej. Zrezygnuje ze wszystkiego, co go niszczy, pokocha innych w sposób prawdziwy, autentyczny. 
Da znacznie więcej z siebie, będzie radosny, szczęśliwy, uśmiechnięty, lepszy jako człowiek. Łatwiej zniesie osamotnienie. 
Dostrzeże pewną właściwość życia, iż jest ono równowagą między światłem i ciemnością, pogodą i niepogodą, dobrem i złem, miłością i nienawiścią, pozytywnym i negatywnym. 
Rozumie i akceptuje, a poprzez to, że rozumie i akceptuje, nie walczy z tym, co naturalne. Nie walczy ze smutkiem, z problemami, które sam mógłby kreować nie kochając siebie, widząc świat jako ciemność, zło, niepogodę, nieustanną negatywność. 
W człowieku kochającym siebie jest ufność nie tylko do siebie, do swego ciała, ufność w naturalne procesy samoozdrowieńcze, jest ufność do innego człowieka, ufność w stosunku do egzystencji, natury, do całości.
Człowiek kochający samego siebie, obdarowuje miłością, bo czuje, że ma czym obdarowywać. Jest rozluźniony, niezestresowany. 
Nie jest hipokrytą. Nie ma powodu by cokokolwiek udawać, by grać dla zysku, by wykorzystywywać innych. Nie gryzie go sumienie, bo jest uczciwy wobec siebie i innych.
Jest tu i teraz, więc nie ma w nim zamartwiania się przeszłością i przyszłością. 
Taki człowiek nie ma powodu, by chorować. Wielu, bowiem choruje, by zaskarbić sobie zainteresowanie środowiska, skupić na sobie uwagę bliskich, zasłużyć na powiększenie siebie w oczach innych, by się dowartościować poświęcając zdrowie. 
Pokochaj siebie i bądź wreszcie sobą! Człowiek, który kocha siebie może sobie pozwolić na bycie sobą. Nie musi niczego zmieniać. Nie musi ciężko pracować by się dopasować do czyichś oczekiwań, by zasłużyć na lepszą o sobie opinię, na polubienie, czy pokochanie przez innych.  
Gdy kochasz siebie z nikim się nie porównujesz, z nikim nie rywalizujesz. Bo, o co? Przecież wszystko, co najcenniejsze masz? 
Gdy siebie kochasz znika twoja ambicja, by mieć więcej, by być większym niż inni, by znaczyć więcej dla innych, bo ambicja wynika z porównań. Rywalizacja wynika z porównań, tak samo jak zazdrość, nienawiść, duża część lęków.
Gdy kochasz siebie – akceptujesz siebie w pełni takim jaki jesteś/jaka jesteś. Nie masz wtedy potrzeby upiększania się, bo twoje piękno jest wewnętrzne, jest częścią twojej miłości. Nie musisz nic więcej do tego dodawać, na nic zapracowywać, nie musisz siebie zmieniać.
Co ważne, taka miłość, wbrew nieprawdziwym opiniom, wcale, a wcale nie jest egoistyczna. Jest wręcz przeciwnie, z niej, z tej do siebie samego, wyrastają wszelkie inne miłości. Miłość własna jest źródłem. Możesz dzielić się miłością tylko wtedy, gdy ją masz, a masz ją w obfitości. Taka miłość nie jest egoistyczna – wręcz przeciwnie, gdy kochasz siebie, ego trzyma się od ciebie z daleka.  
Kochający siebie - taki człowiek jest spełnieniony, niczego nie musi. 
Pokochaj więc siebie! Bądź więc zdrów! Bądź więc zdrowa!


Piotr Kiewra
*Dla 99% ludzi, to, co uważam za „pikusie” to wielkie rzeczy, np. sposób odżywiania.

niedziela, 10 listopada 2019

Samo przyszło, samo odchodzi


Moja dawna koleżanka ze szkoły, która czyta moje teksty na blogu, zaprosiła mnie do siebie, by opowiedzieć o wielkich zmianach w swoim życiu. Siedliśmy w ogrodzie, pod rozłożystą jabłonią, z której, co chwilę spadały dojrzewające papierówki. Jedna czy dwie, spadły też na nasze głowy.
Gdy zaczęła swą opowieść, nawiązała do owych jabłek. 
- Takim dojrzałym jabłkiem rozbijającym się o moją głowę, dzięki, któremu obudziłam się z drzemki trwającej prawie całe moje życie, było kilka słów, które wypowiedziałam do mojej przyjaciółki: „Samo przyszło, samo odejdzie”. 
Później, już w domu, gdy położyłam się zmęczona dniem, do łożka i w półśnie wspomniałam moją z przyjaciółką rozmowę i nagle … zerwałam się, usiadłam w pościeli i powiedziałam sama do siebie: o Boże!
Zdałam sobie sprawę z całej mojej hipokryzji, z okłamywania samej siebie, z mojej własnej głupoty. Przez całe życie, no może od czasu, gdy skończyła się moja młodość, podchowałam dzieci, skarżyłam się. Skarżyłam się na mój los, nieszczęśliwe małżeństwo, pełne udręki, ciężkie życie. Zadręczałam moje zaufane przyjaciółki narzekaniem na zdrowie, na ludzi wokół, na otaczające nas zło. Narzekałam na pogodę, na moje dzieci, które nie odwdzięczają się dzisiaj za mój macierzyński trud, za moją matczyną miłość. W szczególności często płakałam gdzieś w chwilach samotności, nad losem mojego syna, że mimo tylu moich rad, matczynej opiekuńczości, nie wyrósł na takiego, o jakiego zabiegałam, o co się troszczyłam. Narzekałam na moją długowieczną, prawie stuletnią mamę, że marudzi, że nadal mnie poucza, a ja … a ja przecież wiem lepiej.  
Moje przyjaciółki mnie pocieszały, mówiły: - Poczekaj! Nie smuć się, nie płacz. Wszystko się jakoś ułoży, będzie dobrze. Gdy zdarzyło się z kolei narzekać innej, to ja z kolei je wspierałam słowem, mówiłam: „Patrz na mnie, wcale nie mam lepiej.” W takich chwilach naprawdę byłam mądra. Doradzałam. Mówiłam, zrób to, albo nie rób tamtego. No … - chwila ciszy. Moja znajoma, westchnęła, gdy kolejne jabłko spadło jej na kark. Wyglądało to tak jakby specjalnie ją uderzyło, by mówiła całą prawdę i tylko prawdę, hihi. Bo czułem, znałem ją przecież z naszych wcześiejszych rozmów. Po chwili, jakby rozumiejąc, co jabłko jej chciało powiedzieć, kontynuowała: 
- No … no, przyznam ci się szczerze, w takiej roli występowałam w tym cyrku zwanym życiem, znacznie częściej. 
Natomiast ta z przyjaciółek, ta mi najbliższa, której wyznawałam te moje najskrytsze tajemnice, a która nigdy się nie skarżyła, nigdy nie narzekała, zaś wysłuchiwała mnie cierpliwie, czasem uroniła łzę, czasem przytuliła, lecz nie pocieszała. Od czasu, do czasu jedynie, gdy zanosiłam się od płaczu, gdy szlochałam, ryczałam jak mała dziewczynka, której zabrano najukochańszą lalkę tuż przed snem, mówiła: „Smutek, jak przyszedł, tak odejdzie. Ból jak się pojawił tak zniknie, a nieszczęście z nieszczęściem tańcują w jednej parze, raz widzisz jednej spódnicę, a po chwili drugiego portki. Takie jest życie. Wszystko ma swój początek i koniec. Co przyszło, odejdzie.” 
I tak było przez wiele lat. 
 I jakichś parę miesięcy temu, gdy odwiedziłam tę moją bratnią duszę, była zapłakana. Odbyłyśmy rozmowę zakraszaną co chwilę łzami. Zdałam sobie sprawę, co było zresztą cały czas widoczne jak na dłoni, że tak naprawdę to ona przez całe życie miała kłopoty, to ona miała powody, by narzekać, by się martwić, by płakać. Lecz wybrała śmiech, wybrała pogodę ducha, wybrała akceptację życia takim, jakie jest, zaakceptowała ludzi takimi jakimi są. 
Dzisiaj zdarzyło się jednak pierwszy raz, chciała się po prostu wygadać, wypłakać, bo zdarzyło się … umarł jej ktoś bardzo bliski. 
I wtedy, wtedy to właśnie wypowiedziałam te słowa: - „Niestety, moja droga, wszystko ma swoje narodziny, a w konsekwencji i śmierć. Wszystko, co przychodzi, odchodzi. Prędzej, czy później, ale tak musi być.”  
I później w łożku, było to: Mój Boże! Zdałam sobie sprawę, że chciałam dać swojej przyjaciółce to, czego nie miałam. Nie było przecież we mnie współczucia, miłości, mądrości. Tak. Zdałam sobie sprawę, że nie było nigdy, bo gdyby były, nie byłabym nieszczęśliwa, nie narzekałabym, nie zrzucałabym odpowiedzialności na innych. Tak, nie byłam też mądra. Mądry człowiek nigdy nie zadręcza innych swoim bólem, który przecież u niego odchodzi jak i przyszedł. Mądry człowiek nie pociesza, nie porównuje, nie doradza. No tak, mądry człowiek nie doradza, jedynie stwarza sytuację, dzięki, której nadchodzi zrozumienie. I zrozumiałam, że moja przyjaciółka wykorzystała to właśnie, by przy okazji pomóc uzdrowić się mi samej. 
To jest prawdziwa miłość, to jest prawdziwe współczucie, to jest prawdziwa mądrość. Tak, to prawdziwa mądrość, by przekazać coś bardzo głębokiego, nie używając nawet jednego słowa. 
Zrozumiałam swoją nieatentyczność, hipokryzję, swoją słabość, swoją głupotę. I stało się coś bardzo dziwnego. Poczułam jak jakieś kamienie spadają mi z serca. Nagle świat stał się inny. Niby ten sam, a jednak inaczej – prawdziwie widziany. Zobaczyłam wtedy, że smutek jest falą. Tak, jest taką falą, jak na morzu. Przypływa i odpływa. Cierpienie też jest falą i ból jest falą, i nieszczęście jest falą, i śmierć jest falą … Wszystko nimi jest. 
I zobaczyłam też, że smutek ma swój fartuszek, swoją zasłonkę, ma swoją inną twarz, drugie oblicze – radość. I cierpienie też ma swoją drugą stronę, swoją drugą połówkę. I wszystko inne tak ma. I dlatego od tej pory widzę te fale, widzę ten taniec, w którym przeciwności tańczą przed moimi oczami. Ja coraz częściej też biorę udział w tym tańcu, cieszę się nim. 
Zaakceptowałam. Nic wielkiego więcej nie zrobiłam. Zaakceptowałam te obie twarze wszystkiego. I co się okazało, że fartuszki, zasłony, te pierwsze brzydsze oblicza nie są prawdziwe, one są tylko chmurami na niebie, które zasłaniają to, co prawdziwe. Niebo jest prawdziwe. Ono nie przychodzi i nie odchodzi, chmury natomiast płyną, fale też płyną. Czyli to, co przychodzi i odchodzi nie jest prawdziwe. 
Dzisiaj moje życie nazwałabyym akceptacją, bo nic więcej się nie zmieniło. 
Akceptacja jest po prostu zrozumieniem tego, co prawdziwe, tego, co nie przychodzi i nie odchodzi, tego, co jest. 
Człowiek też ma swoje zasłonki, drugie oblicza. Pod nimi zawsze jest jednak prawda. I dlatego każdy człowiek jest piękny, czasem tylko przyobleka się w brzydki fartuszek. Dzisiaj już te zasłonki mnie nie zmylą. Widzę to, co jest w głębi. 
Co się w moim zyciu zmieniło dzięki akceptacji? Otóż odeszło to wszystko, co przyszło. Odeszła moja otyłość, jakieś 40 kilogramów. Czyli nie była ona moją prawdą. Odeszły moje choroby, odszedł mój ból, cierpienie. To wszystko przyszło razem z moim lękiem, z moim strachem, z moimi myślami. To wszystko było jak fale, jak chmury, jak mgła. Mój problem polegał na tym, że ja zatrzymywałam to, co nieprawdziwe przy sobie, chroniłam to, chwaliłam się tym, karmiłam się. Więc to wszystko usiadło na moich oczach, na moim sercu, stało się moim snem. Obrosłam tłuszczem jak mgłą, jak chmurami. Obrosłam smutkiem. I z tym się obnosiłam po świecie, jakby to było coś wielkiego, boskiego, jakby to była wartość. To nie mogło być prawdziwe, skoro odeszło.
Dlaczego o tym ci mówię? By się inni dowiedzieli, że mają tak samo. Nie chcę innym doradzać, co mają zrobić. Może mój przykład pomoże im zrozumieć. Mówię, bo być może inni nie mają tak mądrych przyjaciółek jak moja, która potrafi powiedzieć wiele, nie mówiąc nic. To rzadka umiejętność. 
No tak. Wszystko przychodzi i odchodzi. Wszystko, oprócz tego, co prawdziwe. – i zamilkła.
Przez następną godzinkę, lub dłużej siedzieliśmy bez słowa, obserwując spadające jabłka, a później poprzez liście wielkiej, rozłożystej jabłoni, zachodzące słońce. Ono tylko pozornie odchodziło. Ono jest zawsze, bo jest prawdziwe. 

Wysłuchał: Piotr Kiewra

niedziela, 25 sierpnia 2019

Tajemnica „jej” kościoła



Kiedyś, przy okazji jakiejś wycieczki, zwiedzaliśmy kościół – katedrę. I jakaś kobieta idąca obok, pytającej ją innej kobiecie, czy przychodzi tu się modlić, wyznała, że „nie”, ponieważ kapłani wraz z rodzicami i społeczeństwem wprogramowali w nią poczucie winy. 
Wycieczka się zakończyła, minęło parę lat. Spotkałem tę kobietę znowu i też przy okazji zwiedzania kościoła. Gdy opuściliśmy to miejsce, tym razem to ja ją zapytałem, wspominając jej o podsłuchanej niegdyś rozmowie: „Jak to jest z tymi kościołami?”
Opowiedziała mi swoją historię. Usiedliśmy na ławce przed kościołem i zaczęła mówić:
 „ Było to tak:
Było poczucie winy. Zaczęło się od akceptacji. Ktoś kiedyś o niej wspomniał, lub gdzieś o niej przeczytałam. Już teraz nie pamiętam, skąd to przyszło, ale przyszło, a byłam wtedy bardzo chora. Moje ciało było bardzo chore, a psychika jeszcze bardziej. Czułam, że coś wielkiego coraz bardziej mnie przygniata, że jestem w jakimś więzieniu, którego ściany coraz bardziej się zbliżają do siebie i że mam coraz mniej wolności, coraz mniej przestrzeni, że nie mogę już się poruszyć, że już prawie nie mogę oddychać.
Chodziłam do lekarzy, poszłam do psychologa, a później do psychiatry. Nic nie pomogli. Więzienie jeszcze się zmniejszyło.
I wtedy, gdy już prawie, że oddawałam ostatnie tchnienie to słowo: „akceptacja” coś we mnie poruszyło. 
Rozebrałam je na czynniki pierwsze i zaczęłam z nim pracować. Afirmowałam siebie jako akceptującą parę tysięcy razy dziennie. Nauczałam się akceptowć śmierć, chorobę, swoje wariactwo, swoje grzechy, świat, rodziców, pracodawców, społeczeństwo, Boga, wszystko. Poczułam się tylko troszkę lepiej, lecz po czasie doszłam do wniosku, że tak naprawdę niczego nie akceptowałam, tylko wmawiałam sobie na siłę, że akceptuję. Poczułam się lepiej o tyle, że wygarnęłam przy okazji wszystkiemu, co mnie otacza, a przede wszystkim sobie, co o sobie i świecie myślę. I natychmiast przyszło do mnie … poczucie winy, że znowu grzeszę, że znowu jestem zła, że znowu wpuściłam w siebie diabła. 
Którejś nocy we snach ujrzałam ojca i matkę jak mnie potępiają za to, że nie jestem taka jak brat i siostra, że coś złego we mnie wstąpiło. Kolejnej nocy potępiał mnie ksiądz z ambony. To było dziwne, bo nie znał mnie zupełnie, nic o mnie nie wiedział, a mimo to potępiał. Pomyślałam, że ma on dar czytania z oczu, albo wzierania w mą duszę. I po paru następnych takich snach przyszło do mnie (bo te sny to przecież moje wspomnienia) skąd we mnie to poczucie winy, kto mi je zaszczepił.
W końcu zdałam sobie sprawę, że nie powinnam się przejmować tym, co mówią o mnie inni, nawet, jeśli to są rodzice i ksiądz, nauczyciele i całe społeczeństwo, bo i tak nie mogę nic na to poradzić, że jestem jaka jestem. I to była eureka.
Uświadomiłam sobie, że właśnie po raz pierwszy w życiu zaakceptowałam siebie. Zniknęło poczucie winy i zniknęły moje grzechy. Niepotrzebnie się z nich spowiadałam, nie tylko przed księdzem, ale przede wszystkim przed samą sobą.
Jakaż mogła być w tym moja wina, że chciało mi się jeść nie wtedy, gdy była godzina 6 rano, 13 po południu i 18 wieczorem? Jakaż była moja wina w tym, że nie chciało mi się siusiać, wtedy, gdy rodzice sadzali mnie na nocniku? Jakaż była moja wina w tym, że zamiast spać po bajce, chciało mi się bawić, biegać?
Jakaż była moja wina w tym, że tabliczka mnożenia wchodziła we mnie gorzej niż w brata i siostrę? Jakaż była moja wina w tym, że nie rozumiałam, o czym w kościele mówi ksiądz i że wolałam patrzeć na wielkie organy za moimi plecami, i słuchać ich dżwięków niż księdza na ambonie. Jakaż była moja wina w tym, że ksiądz zachowywał się jak jakiś generał i na jego gest wszyscy mieli stać, klęczeć, lub się głośno modlić, a ja się z tym nie zgadzałam, bo gdzieś we mnie było jakieś odczucie, że to tylko jakaś gra, jakiś teatr?
 Czułam się źle, że musiałam robić to, co wszyscy, myśleć tak jak myślą wszyscy i wierzyć w to, czego nie widać, a każą ci wierzyć, bo jak nie to …  
Już wtedy czułam, że to dziwne, że Bóg stworzył mnie inną, a chce bym była taka jak wszyscy, że muszę się zmieniać, udoskonalać, poprawiać. Że muszę być dobra. Czułam się dobra, jak motyle, ptaki, drzewa i kwiaty, a wokół mnie ludzie mówili, że jestem zła. Skoro tak, to dlaczego nie byłam mrówką? Po co mi wolna wola? Jaki to wszystko ma sens?
Teraz, dzięki akceptacji wreszcie pogodziłam się z Bogiem, bo on nie przypadkowo mnie stworzył właśnie taką, a nie taką jak to sobie wyobrażał ksiądz, moi rodzice i całe społeczeństwo. I właśnie dlatego chodzę do kościoła i wędruje po całym świecie, medytuję, modlę się inaczej – nie prosząc o nic, bo wszystko mam, co dał mi Bóg. 
Mam siebie taką jaką jestem. Nie muszę nic zmieniać, udoskonalać, naprawiać. Nic nie muszę robić. Nauczyłam się akceptacji, a właściwie to się nie nauczyłam, miałam ją zawsze. 
Jedyne, czego się nauczyłam, to jest to, że nie muszę się niczego uczyć, bo to, co istotne to już mam.
Dzisiaj widzę, że poczucie winy powinni mieć ci, którzy chcieli mnie zmienić, bo to oni sprzeciwiali się woli Boga, jego dziełu. Lecz ich też akceptuję. Nie robią tego ze złej woli, tak ich nauczono. Oni mają cały czas poczucie winy, zaszczepiono im je wcześniej i niestety nie pozbyli się go, więc infekują tym innych. Lecz skoro tak Bóg chce – ma w tym cel. Jeszcze wiele odkryć przed nimi …
Moje poczucie winy zniknęło, bo zaakceptowałam siebie. Gdy wreszcie mogłam sobie bez poczucia winy pozwolić na komfort bycia sobą, zniknęły mury więzienia, moja wolność rozszerzyła się do granic Wszechświata. Wreszcie odetchnęłam pełną piersią i … wyzdrowiałam. Moje ciało odmłodniało, moja psychika stała się na powrót psychiką dziecka. Byłam niewinna jak małe dziecko – jestem niewinna.
Stąd wiem, dlaczego tak mnie zawsze pociagały motyle, ptaki, drzewa – są niewinne. I są sobą. Nie grają, nie tworzą na siłę teatru, ani cyrku. 
Teraz odwiedzam kościoły, lecz medytuję w nich, modlę się po swojemu. Wreszcie czuję się w nich dobrze – jak w parku, lub lesie. Nie słucham kazań, bo znam je wszystkie, wiem, co w nich jest: zaszczepia się w ludziach poczucie winy, po to, by zrozumieli, kim są, gdy to poczucie winy odrzucą. By odkryli akceptację, by odkryli siebie, by odkryli prawdę.
Dzisiaj wiem, że zdrowie bierze się z akceptacji. Tak samo jest z wolnością. I z miłością. I ze wszystkim. I to tyle o mnie. Taka jest tajemnica „mojego kościoła”.

Wysłuchał: Piotr Kiewra      

środa, 20 lutego 2019

Paida i Lajin oraz holistycznie o samouzdrawianiu. Miniwarsztaty w Łodzi

Wykład i mini warsztaty w Dobrym Życiu w Łodzi - 9 marca godz.14-19
Wykład: Wszystko odwrotnie. O samouzdrawianiu, zdrowiu i chorobach, medycynie naturalnej

oraz mini-warsztat:
Techniki samouzdrawiania wg klasycznej medycyny chińskiej PAIDA I LAJIN

Wejście - donacja z serca

Dlaczego ich nie poznałeś do tej pory? Ponieważ są darmowe. Po pokazie, w ciągu kilku minut możesz się nauczyć ich stosowania, samouzdrowiać się, zapobiegać chorobom i zarządzać swoim zdrowiem przez całe życie.

http://sztukadobregozycia.pl/wydarzenie/paida-i-lajin/

niedziela, 3 lutego 2019

Sokrates i zaspokojona świnia


Kiedyś na himalajskim trekkingu, spotkałem milionera. Nasz nepalski przewodnik tak dużo mówił do uczestników wędrówki, że spragniony ciszy odseparowałem się trochę i szedłem na końcu karawany. Za nami szli już tylko tragarze. Wkrótce dołączył do mnie mężczyzna. Od tej pory i tego dnia, i we wszystkie pozostałe, z jednym wyjątkiem, maszerowaliśmy razem w ciszy. Któregoś dnia, potknął się upadł na ścieżce, w dość trudnym miejscu, tuż nad przepaścią. Wstał jednak, otrzepał się i powiedział: - Nic takiego. Drugi raz zawisłem nad przepaścią. To mnie wzmocni, tak jak wzmocniło zaspokojoną świnię za pierwszym razem. Zaintrygowało mnie to określenie, lecz nie pytałem. A on i tak, nieproszony, sam z siebie, opowiedział mi swoją historię.
Gdy umarł sąsiad, jego pies, rosły, biało-kremowy Golden, następnego dnia po pogrzebie, przeskoczył ogrodzenie i stanął przed moim oknem. Po czym usiadł na zadzie, podparty na przednich łapach i patrzył cierpliwie w moją stronę.
Wyszedłem na zewnątrz, pogłaskałem go, bo żal mi się go zrobiło. Został sam na świecie. Jednak nie wyglądał na smutnego. Patrzył na mnie tak ufnie, tak mądrze, że w końcu powiedziałem do niego:
- No dobrze, Sokrates, znalazłeś nowego pana.
Ten pomerdał ogonem i od razu podszedł do bramy, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że jako nowy pan mam obowiazek zabrać go na spacer.
- Oj nie, Sokratesie, ustalmy warunki. To ja, jako twój pan decyduję o naszych wspólnych planach, o porach jedzenia i … o wszystkim innym też.
Powiedziałem to stanowczo, jak do swoich pracowników i klientów, jak do innych ludzi, z którymi się stykałem, lecz on stał przy bramie i nic sobie nie robił z mojej stanowczości, z mojego przywileju bycia panem. Uległem.
To zmieniło moje życie. Naprawdę. Tym razem to pies mną zarządził, pierwszy raz. Do tej pory wydawało mi się, że to ja jestem najmądrzejszy, że to cały świat wisi na mnie, na moich decyzjach, na moich pieniądzach, na mojej łasce i niełasce. Mało tego, to on mnie prowadził, gdy już wyszliśmy. Wiódł mnie swoją ścieżką przez las, przez łąki i pola. W końcu trafiliśmy nad staw: rozległy, z wodą marszczoną powiewami wiatru, otoczony szuwarami, zaroślami, krzakami. Co jakiś czas na powierzchni wody jakieś duże ryby uderzały ogonami, zasysały coś z kwitnących nenufarów i ich liści.
Pies wszedł do wody, zamoczył tam swoje łapy, napił się wody, po czym, położył się na trawie i patrzył sobie bezmyślnie to w wodę, to w gdzieś w przestrzeń, lub w słońce i chmury. Warknął cicho, gdy coś w powietrzu zobaczył, czy zwietrzył. Spojrzałem w górę, a nad nami zawisło wielkie ptaszysko - Pewnie orzeł bielik. - tak pomyślałem.
Usiadłem na trawie i ja. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że to ja nie pasuję do tej sielanki: byłem w garniturze, w białej koszuli, pod krawatem. Przyjrzałem się swoim eleganckim butom, teraz zakurzonym, lekko zabłoconym i … je zdjąłem. Podwinąłem nogawki i też wszedłem do wody do pół łydki.
Oczywiście od razu pomyślałem, że jestem durniem, że naśladuję psa, co prawda, mądrego, ale to zawsze pies. A mój nowy podwładny jakby czytał w moich myślach, wskoczył natychmiast do wody, tym razem zanurzył się cały, aż po szyję. Po czym wyszedł z wody, otrzepał się i znowu położył na trawie i patrzył na mnie, i coś tam memlał jęzorem, jakby mi chciał powiedzieć: - To jest życie. Tak żyć – to rozumiem.
Stałem w wodzie przygladając się mu, aż w końcu zrozumiałem: Naprawdę jestem durniem. Naprawdę jestem durniem, lecz nie dlatego, że robię to, co pies, lecz na odwrót, że tak nie robię, że tak do tej pory nie robiłem.
- Boże, jakiż ten pies jest szczęśliwy, a nie ma na sobie garnituru, nie ma konta w banku wypełnionego pieniędzmi, milionami. – powiedziałem głośno do siebie, ze łzami w oczach.
- Nie ma podwładnych, którzy w podskokach wykonują polecenia. Nie dostaje wyrazów szacunku i różnych tam grzeczności, pochwał, nagród, podziękowań, dowodów uznania, wdzięczności, przyjaźni i czego tam jeszcze, bo wie, że … to wszystko nic nie warte, że to zwykła hipokryzja, taka gra dla pieniędzy.
Nie ma garniturów, dwudziestu na zmianę. Ma jedno swoje ubranie – własną skórę i to mu wystarcza na lato i zimę, na kąpiel w wodzie i słońcu. Nie musi się przebierać, by pójśc na spacer i by potaplać się w błocie. Nie musi ze sobą nosić miski, czy butelki by napić się wody. On nic nie musi.
- Boże, jakiż ten pies jest szczęśliwy! – i z tymi słowami rzuciłem się w wodę, w błoto. Po czym wyszedłem, zrzuciłem marynarkę, koszulę i ległem – jak pies na trawie. On zamknął oczy i chyba spał, a ja patrzyłem w niebo: na słońce, na sunące po nim chmury, na orła w locie. Ten nieruchomo zawieszony w przestworzach wywołał we mnie następne „ach”, następne syganały przebudzenia mojego serca i duszy.
Byczyliśmy się w ten sposób prawie do zachodu słońca. Wróciłem ja i mój mądry pies do domu.
Wpuściłem go do moich salonów. On legł na dywanie, a ja usiadłem naprzeciwko niego w fotelu i zapytałem go:
- Sokrates! Skąd ktoś wiedział, że będziesz tak mądry i nadał ci takie imię? Powiem ci, że zasłużyłeś sobie na to imię.
Uświadomiłem sobie, że niewiele wiem o Sokratesie, o człowieku noszącym w starożytności to imię. Otworzyłem komputer i czytałem przez cały wieczór i całą noc o nim. W pewnym momencie wstrząsnęło mną jedno zdanie tego człowieka wyrażone tysiące lat temu, o mnie. Tak, naprawdę to było o mnie. Skąd on wiedział, że pojawię się na świecie, i że będę taki jak …
Gdy przeczytałem to jedno zdanie, które ten mędrzec wypowiedział, przewróciło ono moje całe życie, całe postrzeganie wszystkiego, co było w nim do tej pory ważne, a od tej pory stało się nieistotne jak kurz, jak błoto na moich butach, jak wczoraj zgubiona złotówka.
Zdałem sobie sprawę, że jestem świnią, jestem zaspokojoną świnią. Tak, to było w moim życiu ważne, by być zaspokojoną świnią: by się najeść, by wypchać sobie brzuch najlepszym jedzeniem, szafy najlepszymi garniturami, garaż najlepszymi samochodami, kieszenie niewybrażalnymi dla zwykłego człowieka pieniędzmi.
Byłem świnią, zaspokojoną świnią, bo zaspokajałem swoje potrzeby wykorzystując innych ludzi i przy tym traktowałem ich jak świnie, jak bydło, jak gorszy gatunek człowieka, gorszy, bo biedny i przez to nieposiadający władzy nad innymi.
Coś jednak czułem, czegoś poszukiwałem. Nie mogłem przecież powiedzieć, że byłem szczęśliwy, chociaż mogłem sobie kupić wszystko. No prawie wszystko. Mogłem kupić kobiety, lecz nie ich miłość. Mogłem kupić ludzi, lecz nie ich przyjaźń.
- No tak, Sokratesie, wczoraj stałem nad przepaścią i chciałem tam się rzucić. Tak, naprawdę. Tak nisko upadłem. Mimo milionów, mimo, wszystkiego, co się z materialnych rzeczy sypało mi pod nogi, jak z rogu obfitości, byłem biedny. Byłem biedny, bo byłem płytki. Czułem, że pieniądze to moja ucieczka od prawdy, od siebie samego i przyplątała się choroba. Chyba to moja głowa ją stworzyła, a ciało zrealizowało jej plan.

Tak, wtedy mój pies mnie słuchał, a ja wyrzucałem z siebie wszystko, wyrzuciłem świnię. Wyrzucłem ją z siebie dzięki niemu. To on, Sokrates, mi powiedział, że „woli być niezaspokojonym Sokratesem, niż zaspokojoną świnią”.
Mało tego, że powiedział, pokazał mi to tam nad stawem. Mój Sokrates, pies, wygladał na zaspokojonego i jest zaspokojony, bo niczego nie pragnie. Wystarczało i starcza mu to, co otrzymał od natury. Przede wszystkim starcza mu mądrości.
I tą mnie uzdrowił. Uzdrowił, bo nie tylko wyrzuciłem dzięki niemu świnię z siebie. Gdy zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę zawsze byłem już zaspokojonym człowiekiem, że tak jak pies, niczego nie potrzebowałem. Wszystkim natura mnie obdzieliła. Wtedy wyzdrowiałem.
Pies, Sokrates, mnie uzdrowił. Sokrates ze świni uczynił człowieka.

Gdy milioner skończył, do końca naszego prawie miesięcznego trekkingu, na naszej ścieżce, panowała cisza. Taka się zdarza wśród ludzi, zaspokojonych ludzi.

Piotr Kiewra
 

sobota, 26 stycznia 2019

Mowa nienawiści


- Rzadko zgadzam się z politykami, lecz tym razem jestem za tym by karać za mowę nienawiści. – powiedziała ciocia, tuż po tym jak Piotr przekroczył próg jej mieszkania.
- Ciociu, o czym ty mówisz? – spokojnie zapytał, choć to brzmiało raczej jak zdziwienie, niż pytanie.
- Jak to, o czym? O tym, co się ostatnio dzieje.
- Ciociu, wiem, co się dzieje, lecz widzę, że ty nic z tego nie rozumiesz.  
- Jak to, ty jesteś przeciw karaniu? No dobrze, bo się zaraz pokłócimy … spokojnie! – powiedziała ciocia sama do siebie i za chwilę poprosiła: – No dobrze, Piotrze, gdybyś mógł to wszystko skomentować.
- No dobrze, mogę ciociu. Sama widzisz jak łatwo jest zostać nakręconym, jak łatwo się zirytować, jak łatwo szerzyć mowę nienawiści. – zaśmiał się i kontynuował:
- Ciociu, po pierwsze, nienawiść nie istnieje. Jest tym samym, co ciemność. A ciemność to jedynie brak światła. Jak możesz walczyć z ciemnością, skoro ona nie istnieje. W żaden sposób jej nie dotkniesz, lecz wystarczy, że zapalisz światło, a zniknie. Z nienawiścią jest tak samo. Nienawiść jest brakiem miłości. I tak samo jak ze światłem, wystarczy rozprzestrzenić miłość, a nienawiść zniknie sama. Nie trzeba i nie można z nią walczyć, bo jak to zrobić? Nikomu się to nie udało. Gdyby tak było, nienawiści nie byłoby na świecie.
Byłbym ostrożny słuchając tego, co się w mediach mówi na ten temat. Bardzo łatwo jest, bowiem ulec, dać się zmanipulować i zacząć walczyć z wiatrakami. Zauważ, kto mówi najwięcej o walce z mową nienawiści? Ci, którzy tę mowę krzewią. Zresztą przyjrzyj się mediom, temu, co stamtąd płynie w naszą stronę? Jakiego rodzaju wieści się do nas wysyła, czym nas się karmi? Nieszczęściami, katastrofami. Czym nas się straszy? Wojną, złem, biedą, głodem, chorobami, innym człowiekiem …
- To, co w takim razie, byś zaproponował? – przerwała mu pytaniem.
- By zacząć od siebie. – teraz z kolei ciocia pokazała zdziwioną minę. Popatrzył na nią i kontynuował:
- Podam ci kilka rad mądrych ludzi. Tysiące lat temu bowiem ludzie mieli ten sam problem. Wtedy zwracali się do mędrców, do wielkich mistrzów, a ci odpowiadali.
Może na początek powiem ci o pewnym znanym w starożytności rozwiązaniu, które używano wobec winnych zbrodni. Dlaczego o tym mówię? Bo wielu z dzisiejszych zbrodniarzy, czy złoczyńców, też marzy o tym, by zaistnieć w świecie, by w jakiś sposób zaznaczyć swe istnienie, zrobić coś, dzięki czemu taki człowiek stanie się popularny, znajdzie się na ustach wszystkich. W starożytności skazywano ich na wymazanie ich imienia z wszelkich ksiąg. Zrobiono tak na przykład wobec człowieka, który spalił jeden z cudów ówcześnego świata: Świątynię Artemidy w Efezie. Wymazano jego imię i do dzisiaj nie znamy jego imienia. Co prawda używa się nazwy Herostrates, ale to tylko nazwa świadcząca o jego czynie, a nie konkretne imię i nazwisko.
A co dzisiaj robią media? Przynoszą wielką popularnośc najgorszym złoczyńcom. Gdybyśmy porównali czas poświęcony w mediom tym którzy krzewią miłość i tym, którzy szerzą nienawiść, popełniają największe zbrodnie, to kto ma  tego czasu więcej?
- Zgadza się. Masz rację, o Stalinie, Hitlerze, na pewno mówi się sto razy częściej niż o jakimkolwiek dobrym człowieku. – wtrąciła zadowolona z siebie ciocia.
- A teraz ciociu, coś o prawie przyciągania. Ono mówi, że to, z czym walczysz to wzmacniasz. Dajesz temu moc. Ciociu, od tysięcy lat człowiek walczy z biedą, walczy o pokój … I co? Bieda jak była, tak jest. Wojny są co rusz, jak nie tu, to tam. Dzisiaj taki nożownik, jak ten z Gdańska na pewno znajdzie naśladowców, bo dzięki temu czynowi stał się popularny. Nieważne w jaki sposób: nie potrafił zrobić nic dobrego, to uczynił wielkie zło. Czyniąc zło szybciej trafia się na łamy gazet, na ekrany telewizyjne. Dzieje się to w mgnieniu oka. To media są winne, szerzenia nienawiści, a rządzący nimi, może nawet mają taki plan, by tak czynić. Z tego, co wiem, to tak jest. W skali światowej tak jest. Dzięki temu, zyskują: skłócając, szerząc nienawiść realizują swoje cele.
- No tak, ale co zrobić? – niecierpliwiła się ciocia.
- Ciociu, mówiłem, zaraz ci powiem. Zacznij od siebie. Rozdawaj miłość. Wchłaniaj zło, nieszczęścia, cierpienie, nienawiść płynącą ze świata, z daleka, czy z bliska, od ludzi. Znajdź ją też w sobie. I rozdawaj miłość, współczucie, dobro. Tysiące lat temu nauczali tego Jezus, Budda, Atisha. Co powiedział Jezus o nastawianiu drugiego policzka? Przebaczał tytm, którzy mu ubliżali, tym, którzy go skazali na ukrzyżowanie. To działało. Zobacz, Paweł, który wręcz zionął nienawiścią do Jezusa, chciał go zabić, gdy go raz spotkał, został jego uczniem, wyznawcą, został świętym. Czy Jezus z nim walczył, czy przeciwstawiał się jego nienawiści? Nie. Obdarował go miłością, swoim światłem.
Podobną historię znamy z życia Buddy. Kiedyś ubliżano Buddzie, obrzucano go inwektywami, kamieniami. Jeden z jego uczniów zapytał: Dlaczego nie reagujesz? Dlaczego z tym nie walczysz? Budda odpowiedział: „ Jeśli ktoś ci coś daje, a ty tego nie przyjmujesz, to w czyich rękach, to się nadal znajduje?
Otóż to ciociu. Jeśli, ktoś używa mowy nienawiści wobec ciebie, a ty jej nie przyjmujesz, to u kogo ona pozostaje? No właśnie. Tego powinni się nauczyć politycy, zarządzający mediami i my wszyscy. W każdej chwili życia trzeba by o tym pamiętać.
- No tak, ale gdy ktoś rzuca się na ciebie z nożem? – jeszcze próbowała nieprzekonana do końca.
- Ciociu, podam ci następny przykład z życia Buddy. W jego czasach, znany był taki wielkokrotny zabójca, który kolekcjonował morderstwa. Ułożył sobie plan, że zabije tysiąc osób. Gdy Budda o nim usłyszał, poszedł by go spotkać. Wszyscy go przekonywali, by tego nie robił, bo do spełnienia swego planu zbrodniarz potrzebuje już tylko jednego człowieka, bowiem ma już na koncie 999 ofiar. Budda nie zrezygnował, poszedł się z nim spotkać. I co się stało? Ten doszczętnie zły człowiek, został uczniem Buddy. Czy Budda go przekonał, czy zrobił mu wykład o dobru i złu, czy mówił o niebie i piekle? Nie. Zaniósł, mu miłość, współczucie, swą wielką ufność.
I to właśnie proponuję. By każdy na tych przykładach uczył się. By zaczął od siebie. By zmienił mowę nienawiści na obdarowywanie miłością. Nie, nie chodzi mi o to, by wszyscy nosili słowo miłość na ustach, by to słowo stało się najczęściej wymawianym. Chodzi mi o to, by nosić ją w sobie, w sercu i obdarowywać. By obdarowywać szczególnie tych najbardziej jej potrzebujących, tych, co nienawidzą. Tak, oni najbardziej tego potrzebują. Jezus, Budda, Atisha i wielu mędrców tego uczyło. Lecz dzisiaj w mediach na wszystkie możliwe sposoby odmienia się słowo nienawiść i próbuje się z nim walczyć. Skutek jest taki, iż eskaluje się to z czym się walczy. Tak działa prawo przyciągania: to na czym się koncentrujesz – wzmacniasz. Dlatego powinniśmy się skoncentrować na miłości. To tyle ciociu.
- Hm … - powiedziała ciocia. I zaraz dodała:- Szkoda, że nie nadali tego, co mówisz w telewizji. Może wielu dałoby to do myślenia. – zachichotała
- Ciociu, a co interesują cię inni? Zacznijmy od siebie. Jezus i Budda też tak zrobili. Stali się tak kochający, iż udzielało się to innym. My też tak zróbmy, nie inaczej.

Piotr Kiewra    
 

niedziela, 13 stycznia 2019

Kopniak dla psychoanalityka


Jestem zdania, iż zawsze jest jakiś alternatywny, wobec współczesnej medycyny, sposób leczenia, jakiś naturalny sposób samouzdrawiania. Sama natura, istynkt ludzkiego ciała, intuicja podsuwają takich metod tysiące. I jestem również zdania, że dotyczy to nie tylko ciała, lecz przede wszystkim psychiki, nadwyrężonej zwiększonym stresem, stylem życia w społeczeństwie, gdzie jednym z elementów tego życia jest tzw. wyścig szczurów.
Próba nadążenia, sprostania wymaganiom społecznym, czy też narzuconym sobie samemu, by być takim jak „Y”, by osiągnąć to, co osiągnął jakiś tam „X”, stwarza napięcia psychiczne. Powstają, gdy rodzi się w nas konflikt wynikający z niezgody z przypisanej przez szkoły, rodziny, religie, czy nasze własne pragnienia, roli, często granej przez całe życie.
Oto przykład odszukania i wykorzystania takiej alternatywnej i zupełnie naturalnej terapii. Dotarła do mnie od znajomej mieszkającej w Ameryce. Opisuje ona taką oto historię:
Moja koleżanka ze studiów psychologicznych na Uniwersytecie, żaliła się, że ma w domu „piekło” z powodu choroby psychicznej swojej matki. Od lat, jako dziecko, żyła w lęku o zdrowie mamy, bo co jakiś czas choroba się nasilała. Gdy dorosła postanowiła nawet zostać psychologiem, by pomagać, by odkryć skuteczny sposób leczenia takich przypadków.
Wcześniej jej mama przeszła leczenie i u psychoanalityków, psychiatrów, leczenie farmakologiczne w zakładach zamkniętych. Psychoanaltycy pracowali z nią przez ponad dziesięć lat. Mówili: „to nie takie proste, bo nasza psychika jest bardzo skomplikowana”. Analizowali więc sny, próbowali wyciągnąć coś z nieświadomej części umysłu kobiety, nawet ze zbiorowej nieświadomości. Później były techniki regresywne, próba dotarcia do pierwotnego krzyku, analizowanie dzieciństwa, itd. Ciągnęło się to i ciągnęło. I nie było widać temu końca. I chora, i jej rodzina byli bliscy pogodzenia się z tym, że tak już musi być.
Któregoś dnia zaproponowałam jej, by spróbować czegoś zupełnie innego. Wyczytałam, bowiem o metodach stosowanych w Japonii, w klasztorach zen. Opisywał to w paru zdaniach mój ulubiony mistyk. Dałam jej ten kawałek do przeczytania, a ona natychmiast się do tego zapaliła. Tę terapię można było zastosować w domu, jest aż tak prosta. Lecz ona wymyśliła wakacje z matką w Japonii.
Zdobyła jakieś kontakty, zebrała pieniądze i obie pojechały - matka, jako pacjentka, córka, jako studentka tradycyjnych i naturalnych metod terapii.
W jakimś klasztorze zen, matka wróciła do zdrowia, a córka dała kopniaka całej zachodniej psychoanalizie. W ciągu miesiąca buddyjscy mnisi osiągnęli to, co psychoanalitykom nie udało się przez kilkanaście lat. Córka w miesiąc, a ściślej mówiąc, w pięć minut, nauczyła się tego, czego, by nie dały jej wieloletnie studia.
Co takiego mnisi tam zaproponowali? Zostawili ją samej sobie. Gdzieś w odludnej części klasztoru dali jej miejsce do zamieszkania. Miała do dyspozycji kawałek ogrodu, kawałek górskiej ścieżki, trochę drzew, kwiatów, ptaków, otwarte niebo nad sobą i przede wszystkim święty spokój. Nikt jej nie odwiedzał, nikt z nią przez miesiąc nie rozmawiał, nikt nie zamienił z nią ani słowa. W ogóle nie widziała innego człowieka. Jadła bardzo skromne jedzenie tylko raz dziennie, w niektóre dni, dosłownie nic, nawet wody.
Jej dzień to spacer, rozmowy z drzewami, ptakami, chmurami, pieszczenie kwiatów i żadnej litości, żadnego współczucia, żadnego dobrego słowa znikąd, żadnych leków, ziółek, niczego. Tylko bycie samemu ze sobą. Kolejnego dnia też spacer, siedzenie gdzieś na skałach i obserwowanie jak płyną chmury na niebie i jak rośnie trawa. I tak dzień po dniu.
To ją odprężyło, pozwoliło zrzucić ciężar odpowiedzialności za świat, społeczeństwo, innych ludzi, ale i za siebie. Nikt tu od niej niczego nie oczekiwał. Pewnego dnia zrozumiała, że też nie powinna niczego oczekiwać od siebie.
Nikt tu nie kiwnął nawet palcem, by ją zmienić, by ją do czegoś przekonać, by jej czegoś nauczyć. Nikt z nią nie wykonał żadnej pracy. Ona też nie wykonała żadnej pracy. Nikt nie kazał wspominać dzieciństwa, nie narzucił medytacji.
Lekiem była cisza, natura i nicnierobienie. Lek był w niej.
Córka przyglądała się temu z daleka, nic więcej.
Czego jej matka tam się nauczyła? Nicnierobienia umysłem. To wszystko. Wystarczyło pobyć samej ze sobą przez trzy tygodnie. Wydaje się to zbyt proste, by było skuteczne. Ale tak właśnie jest. Współczesne społeczeństwo wmówiło nam, że wszystko musi być skomplikowane, złożone, że wymaga wielkiej walki, wielkiej pracy i że wymaga pracy nad sobą. To wszystko wywołuje w nas jedynie napięcie. Tutaj proponuje się coś zupełnie odwrotnego – totalne rozluźnienie. A wszystko i tak się toczy, jak się miało toczyć. I tylko o to odprężenie chodzi.
Świat wokół się zmienia, ale nie zmienia dzięki naszej walce, dzieje się to samo z siebie. Nasz wkład to, czasem jakiś przecinek, jakaś kropka. Taka jest kolej rzeczy. Zmienia się jedynie nasze nastawienie, zaangażowanie myśli i emocji – rozluźniamy się, odpuszczamy, odwiązujemy mocujące nas liny i łańcuchy. Zrozumieć najłatwiej można to w kontakcie z samym sobą, gdy nie uciekamy przed sobą i nie gonimy za sobą w wyścigu szczurów.
Tak to wyglądało. Po dwudziesto-jednodniowym pobycie w klasztorze, matka z córką zrobiły sobie tygodniową wycieczkę po Japonii. Szczęśliwe, radosne, rozluźnione.
Gdy wróciły do Stanów choroba matki nie wróciła. Od tej pory minęło osiem lat i wszystko jest ok.
Matka i córka wymierzyły po solidnym kopniaku psychoanalitykom.
Jednak obie, ja i moja koleżanka, skończyłyśmy studia psychologiczne, lecz w naszej obecnej pracy bardziej skupiamy się na prostych i bardzo prostych metodach, zaczerpniętych, między innymi, z tradycji Wschodu. Od czasu do czasu, tam, w Japonii, Chinach, Indiach i Tybecie „studiujemy” tamtejsze metody.
Dzisiaj, we współczesnej psychologii goszczą one już coraz częściej, chociaż medycyna jest na nie oporna.
Dlaczego? Wiadomo … pieniądze. Mnisi zajęli się matką koleżanki za darmo, a psychoanalitycy zbili fortuny wciskając matce „filozofię” zamiast leczenia.

Tak. Wiadomo, pieniądze. A jest przecież tyle naturalnych, oraz obecnych w nas samych metod pozwalających wrócić do zdrowia fizycznego i psychicznego, które tak naprawdę są jednym. To głownie nasza psychika jest zarzewiem wszelkich chorób, ale ma w sobie również wbudowane metody samouzdrawiania. Każde psychiczne napięcie może wywołać dysharmonię, chorobę. Lecz każda choroba jest też informacją, ma zakodowany w sobie lek. Wystarczy to zrozumieć. Odkodowanie polega na zrozumieniu, a samo zrozumenie może już być lekiem. Czasem potrzebne ziółko, czasem inny lek, ale bazą jest zrozumienie, że wszystko ma swoją przyczynę. Póki tej przyczyny nie spuścimy z łańcucha, póki nie oczyścimy się z napięć i rzeczy, które stały się naszymi nałogami, nie będziemy wolni, nie będziemy zdrowi.
Pieniądze stały się nie tylko motorem postępu w medycynie, lecz stały się też hamulcem, zasłoną, lub wręcz czymś, co eliminuje konkurencję w napychaniu sobie nimi kieszeni. Medycyna naturalna i samouzdrawianie jest najczęściej darmowe i to tłumaczy, dlaczego medycyna i medycyna naturalna to dwie zupełnie odrębne gałęzie, z których ta pierwsza ignoruje i zwalcza tę drugą.

Niesamowitej opowieści wysłuchał i komentarzem opatrzył: Piotr Kiewra