niedziela, 13 stycznia 2019

Kopniak dla psychoanalityka


Jestem zdania, iż zawsze jest jakiś alternatywny, wobec współczesnej medycyny, sposób leczenia, jakiś naturalny sposób samouzdrawiania. Sama natura, istynkt ludzkiego ciała, intuicja podsuwają takich metod tysiące. I jestem również zdania, że dotyczy to nie tylko ciała, lecz przede wszystkim psychiki, nadwyrężonej zwiększonym stresem, stylem życia w społeczeństwie, gdzie jednym z elementów tego życia jest tzw. wyścig szczurów.
Próba nadążenia, sprostania wymaganiom społecznym, czy też narzuconym sobie samemu, by być takim jak „Y”, by osiągnąć to, co osiągnął jakiś tam „X”, stwarza napięcia psychiczne. Powstają, gdy rodzi się w nas konflikt wynikający z niezgody z przypisanej przez szkoły, rodziny, religie, czy nasze własne pragnienia, roli, często granej przez całe życie.
Oto przykład odszukania i wykorzystania takiej alternatywnej i zupełnie naturalnej terapii. Dotarła do mnie od znajomej mieszkającej w Ameryce. Opisuje ona taką oto historię:
Moja koleżanka ze studiów psychologicznych na Uniwersytecie, żaliła się, że ma w domu „piekło” z powodu choroby psychicznej swojej matki. Od lat, jako dziecko, żyła w lęku o zdrowie mamy, bo co jakiś czas choroba się nasilała. Gdy dorosła postanowiła nawet zostać psychologiem, by pomagać, by odkryć skuteczny sposób leczenia takich przypadków.
Wcześniej jej mama przeszła leczenie i u psychoanalityków, psychiatrów, leczenie farmakologiczne w zakładach zamkniętych. Psychoanaltycy pracowali z nią przez ponad dziesięć lat. Mówili: „to nie takie proste, bo nasza psychika jest bardzo skomplikowana”. Analizowali więc sny, próbowali wyciągnąć coś z nieświadomej części umysłu kobiety, nawet ze zbiorowej nieświadomości. Później były techniki regresywne, próba dotarcia do pierwotnego krzyku, analizowanie dzieciństwa, itd. Ciągnęło się to i ciągnęło. I nie było widać temu końca. I chora, i jej rodzina byli bliscy pogodzenia się z tym, że tak już musi być.
Któregoś dnia zaproponowałam jej, by spróbować czegoś zupełnie innego. Wyczytałam, bowiem o metodach stosowanych w Japonii, w klasztorach zen. Opisywał to w paru zdaniach mój ulubiony mistyk. Dałam jej ten kawałek do przeczytania, a ona natychmiast się do tego zapaliła. Tę terapię można było zastosować w domu, jest aż tak prosta. Lecz ona wymyśliła wakacje z matką w Japonii.
Zdobyła jakieś kontakty, zebrała pieniądze i obie pojechały - matka, jako pacjentka, córka, jako studentka tradycyjnych i naturalnych metod terapii.
W jakimś klasztorze zen, matka wróciła do zdrowia, a córka dała kopniaka całej zachodniej psychoanalizie. W ciągu miesiąca buddyjscy mnisi osiągnęli to, co psychoanalitykom nie udało się przez kilkanaście lat. Córka w miesiąc, a ściślej mówiąc, w pięć minut, nauczyła się tego, czego, by nie dały jej wieloletnie studia.
Co takiego mnisi tam zaproponowali? Zostawili ją samej sobie. Gdzieś w odludnej części klasztoru dali jej miejsce do zamieszkania. Miała do dyspozycji kawałek ogrodu, kawałek górskiej ścieżki, trochę drzew, kwiatów, ptaków, otwarte niebo nad sobą i przede wszystkim święty spokój. Nikt jej nie odwiedzał, nikt z nią przez miesiąc nie rozmawiał, nikt nie zamienił z nią ani słowa. W ogóle nie widziała innego człowieka. Jadła bardzo skromne jedzenie tylko raz dziennie, w niektóre dni, dosłownie nic, nawet wody.
Jej dzień to spacer, rozmowy z drzewami, ptakami, chmurami, pieszczenie kwiatów i żadnej litości, żadnego współczucia, żadnego dobrego słowa znikąd, żadnych leków, ziółek, niczego. Tylko bycie samemu ze sobą. Kolejnego dnia też spacer, siedzenie gdzieś na skałach i obserwowanie jak płyną chmury na niebie i jak rośnie trawa. I tak dzień po dniu.
To ją odprężyło, pozwoliło zrzucić ciężar odpowiedzialności za świat, społeczeństwo, innych ludzi, ale i za siebie. Nikt tu od niej niczego nie oczekiwał. Pewnego dnia zrozumiała, że też nie powinna niczego oczekiwać od siebie.
Nikt tu nie kiwnął nawet palcem, by ją zmienić, by ją do czegoś przekonać, by jej czegoś nauczyć. Nikt z nią nie wykonał żadnej pracy. Ona też nie wykonała żadnej pracy. Nikt nie kazał wspominać dzieciństwa, nie narzucił medytacji.
Lekiem była cisza, natura i nicnierobienie. Lek był w niej.
Córka przyglądała się temu z daleka, nic więcej.
Czego jej matka tam się nauczyła? Nicnierobienia umysłem. To wszystko. Wystarczyło pobyć samej ze sobą przez trzy tygodnie. Wydaje się to zbyt proste, by było skuteczne. Ale tak właśnie jest. Współczesne społeczeństwo wmówiło nam, że wszystko musi być skomplikowane, złożone, że wymaga wielkiej walki, wielkiej pracy i że wymaga pracy nad sobą. To wszystko wywołuje w nas jedynie napięcie. Tutaj proponuje się coś zupełnie odwrotnego – totalne rozluźnienie. A wszystko i tak się toczy, jak się miało toczyć. I tylko o to odprężenie chodzi.
Świat wokół się zmienia, ale nie zmienia dzięki naszej walce, dzieje się to samo z siebie. Nasz wkład to, czasem jakiś przecinek, jakaś kropka. Taka jest kolej rzeczy. Zmienia się jedynie nasze nastawienie, zaangażowanie myśli i emocji – rozluźniamy się, odpuszczamy, odwiązujemy mocujące nas liny i łańcuchy. Zrozumieć najłatwiej można to w kontakcie z samym sobą, gdy nie uciekamy przed sobą i nie gonimy za sobą w wyścigu szczurów.
Tak to wyglądało. Po dwudziesto-jednodniowym pobycie w klasztorze, matka z córką zrobiły sobie tygodniową wycieczkę po Japonii. Szczęśliwe, radosne, rozluźnione.
Gdy wróciły do Stanów choroba matki nie wróciła. Od tej pory minęło osiem lat i wszystko jest ok.
Matka i córka wymierzyły po solidnym kopniaku psychoanalitykom.
Jednak obie, ja i moja koleżanka, skończyłyśmy studia psychologiczne, lecz w naszej obecnej pracy bardziej skupiamy się na prostych i bardzo prostych metodach, zaczerpniętych, między innymi, z tradycji Wschodu. Od czasu do czasu, tam, w Japonii, Chinach, Indiach i Tybecie „studiujemy” tamtejsze metody.
Dzisiaj, we współczesnej psychologii goszczą one już coraz częściej, chociaż medycyna jest na nie oporna.
Dlaczego? Wiadomo … pieniądze. Mnisi zajęli się matką koleżanki za darmo, a psychoanalitycy zbili fortuny wciskając matce „filozofię” zamiast leczenia.

Tak. Wiadomo, pieniądze. A jest przecież tyle naturalnych, oraz obecnych w nas samych metod pozwalających wrócić do zdrowia fizycznego i psychicznego, które tak naprawdę są jednym. To głownie nasza psychika jest zarzewiem wszelkich chorób, ale ma w sobie również wbudowane metody samouzdrawiania. Każde psychiczne napięcie może wywołać dysharmonię, chorobę. Lecz każda choroba jest też informacją, ma zakodowany w sobie lek. Wystarczy to zrozumieć. Odkodowanie polega na zrozumieniu, a samo zrozumenie może już być lekiem. Czasem potrzebne ziółko, czasem inny lek, ale bazą jest zrozumienie, że wszystko ma swoją przyczynę. Póki tej przyczyny nie spuścimy z łańcucha, póki nie oczyścimy się z napięć i rzeczy, które stały się naszymi nałogami, nie będziemy wolni, nie będziemy zdrowi.
Pieniądze stały się nie tylko motorem postępu w medycynie, lecz stały się też hamulcem, zasłoną, lub wręcz czymś, co eliminuje konkurencję w napychaniu sobie nimi kieszeni. Medycyna naturalna i samouzdrawianie jest najczęściej darmowe i to tłumaczy, dlaczego medycyna i medycyna naturalna to dwie zupełnie odrębne gałęzie, z których ta pierwsza ignoruje i zwalcza tę drugą.

Niesamowitej opowieści wysłuchał i komentarzem opatrzył: Piotr Kiewra        

piątek, 4 stycznia 2019

Surowy lekarz


„Od 5 lat nie chodzimy do żadnego lekarza, żadnych dolegliwości, zniknęły - nadciśnienie, reumatyzm, zmiany w sercu, bóle biodra, kręgosłupa.”

Fragment komentarza pod jednym z tekstów bloga

Ludzie są zawiedzeni medycyną. Coraz więcej osób szuka na własną rękę środków zaradczych, gdy coś w ich zdrowiu szwankuje, lub gdy instynkt lub intuicja podpowiadają im, że prawda jest odwrotna od tego, co się wokół najczęściej słyszy, nawet, jeśli to pochodzi od lekarza, od nauki.

Ludzie widzą na każdym kroku, że nie tylko medycyna się sprzedała, również nauka się sprzedała. Dała się przekupić pieniądzem. Jest w stanie się podłożyć i wydać zamówione przez koncerny spożywcze i farmaceutyczne, dowolne twierdzenia na temat tego, co jest zdrowe, a co nie jest. Dotyczy to sporej jej części. Część naukowców z tego właśnie żyje – podpisują się swoim autorytetem pod pseudonauką.

Powstało tak wielkie zamieszanie w umysłach ludzi, że trudno jest, z jakichkolwiek źródeł ją odkryć. Chyba, że się sprawdza na sobie, chyba, że się eksperymentuje, chyba, że zaczynamy rozumieć, że jesteśmy z natury, że jesteśmy jej częścią i że od tysięcy, czy milionów lat, nic się tu nie zmieniło i nie zmieni.

I to jest moje kryterium.  Jeśli chcę się dowiedzieć, co jest zdrowe, a co nie jest, to patrzę, co jest bliższe naturze. Nie zaglądam do naukowej literatury, lecz badam naturę rzeczy. Inni też to robią. Coraz więcej ludzi to robi, bo podświadomie czuje, że coś jest nie tak.

Słucham też instynktu ciała, mając świadomość tego, że czasem trudno niektórym odróżnić, co jest instynktowne, a co jest wyuczone, co jest nawykiem wynikającym ze stylu życia.

Gdy potrzeba sięgam jeszcze głębiej, do intuicji, a ta nie myli nigdy. Czasem nie ma innego sposobu na odkrycie prawdy.

Jak już powiedziałem, jestem zwolennikiem natury. Nie chodzi mi tu tylko o to, że lubię las, góry, lecz dokładnie wszystko, co to może oznaczać. Jestem zwolennikiem naturalnego jedzenia, w żaden sposób nieprzetworzonego, co również oznacza, że takowe nie jest gotowane. Większość, bowiem uważa, że przetworzona żywność to ta nafaszerowana chemią, wzmacniaczami, konserwantami. Nie. Przetworzone jest wszystko, co jest ugotowane, upieczone, usmażone, rafinowane. Jestem jeszcze dalej. Przetworzone jabłko to te pozbawione skórki i pestek.

Napisałem szereg tekstów na ten temat, np. na temat bioaktywności, czyli pokarmu, który jest żywy, niezniszczony przetwarzaniem, diety instynktownej i wiele innych.
Często dostaję komentarze, które potwierdzają moje odczucia. Oto jeden z nich.


„Polacy zostali pozbawieni tłumaczeń książek Arnolda Ehreta, Herberta Sheltona i wielu innych znanych za granicą wybitnych badaczy wpływu żywego jedzenia na ludzki organizm. Zamiast tego uporczywie wciska się nam mity i kłamstwa o białku, dogmaty i stereotypy, tzw. tradycji przetworzonego na ogniu pseudopokarmu.
Bardzo długo szukałam informacji jak być zdrowym i tylko dzięki znajomości języka rosyjskiego, bo angielskiego nie znam, dotarłam do prawdy.
Z dnia na dzień przeszliśmy z mężem na 100% żywe jedzenie, było ciężko, niesamowite kryzysy oczyszczające, spadek wagi o kilkanaście kg, po 2 latach witarianizmu weszlismy w systematyczne suche głodówki: 36 godz raz w tygodniu, a obecnie 60 godz, tj 2 dni.
Samopoczucie doskonale, od 5 lat nie chodzimy do żadnego lekarza, żadnych dolegliwości, zniknęły - nadciśnienie, reumatyzm, zmiany w sercu, bóle biodra, kręgosłupa.
Jemy wyłącznie płody roślin, tj. soczyste owoce i warzywa, zieleń, skiełkowane nasiona gryki i słonecznika, jako przystawka do surówki, dużo owoców sezonowych, żadnej oliwy, żadnej soli, żadnych orzechow, ani nasion, za wyjątkiem ww.
Nie pijemy wody, nie używamy dehydratora, obecnie wyciskarka w odstawce, w użyciu tylko blender i nóż.
Nie uznajemy przepisów kulinarnych typu surowa pizza, surowa czekolada itp. To wymysły. Nasze kubki smakowe odbierają gamę cudownych smaków, wyostrzył się zmysł zapachu.
Jesteśmy żywym dowodem na to, jak działa żywy-prosty pokarm.
Bretarianie jednak są dowodem, że najprawdopodobniej nasi przodkowie nie jedli niczego, być może, tylko pili czystą wodę w razie potrzeby, tj. wielkiego wysiłku fizycznego.
Obecnie nie istnieją dla nas żadne dylematy, co jeść, a czego nie. Posiłki nie mają nazw typu obiad, deser, czy kolacja, a sucha głodówka dwu-dniowa to, po prostu, niejedzenie i niepicie, bez żadnych sensacji, z długimi spacerami.
Mamy po 70 lat.
Pozdrawiamy Pana i życzymy sukcesów.

Dwa surojady-fruktojady.”  


Mam podobne spostrzeżenia dotyczące wpływu surowej żywności, znam sporo ludzi, którzy tak żyją i doświadczają na sobie.
„Surowy” lekarz, jest naprawdę surowy dla chorób, dla dużej części dysharmonii w naszych ciałach.

Piotr Kiewra

niedziela, 30 grudnia 2018

Zmartwienie, które zabija. Pasja, która uzdrawia



Kiedyś na lodowisku, gdy tak sobie kręciłem różne takie łyżwiarskie zawijasy, przypominając sobie swoje młode lata, obok przejechała kobieta. O mało się nie zderzyliśmy, bo ona jechała tyłem i ja też. W następnym kółku, zwolniłem by ją przeprosić, a ona wpadła na ten sam pomysł, więc przeprosiliśmy się wzajemnie.

Pogratulowała mi mojej sprawności, a ja jej na to, że to wynik mojej młodzieńczej, dawnej pasji, pasji, która nie została zapomniana.

A ona mi na to, że w jej przypadku pasja uratowała jej życie. No i tak od słowa, do słowa, poznałem, w jaki sposób to się stało. Ale zanim była pasja, było zmartwienie.

Oto jak to było, oto jej historia:

Odkryłam w swoim doświadczeniu, dwie prawdy. Są jak śmierć i życie. Otóż:
Zmartwienie zabija.
Pasja uzdrawia.

Tego właśnie doświadczyłam, obu tych prawd. Najpierw tej pierwszej, o mało mnie nie zabiła.

Żyłam tych kilkadziesiąt lat, by się przekonać, że:

Jeśli czymś się martwisz, to pozwalasz temu dominować nad tobą.

Dzieje się to do tego stopnia, że potrafi cię zaprowadzić na skraj przepaści, potrafi cię zabić.

Chyba wyssałam to z mlekiem matki. Mama prawie nieustannie płakała, czymś się przejmowała, zamartwiała. Tym, że ojciec przyjdzie znowu pijany, że jej mama, czyli moja babka, żyła tak krótko, i że na pewno ona też będzie miała nadciśnienie i inne choroby, jak jej matka. Martwiła się o pieniądze, że telewizor znowu się zepsuł, że wujek miał wypadek na kolei. Martwiła się też tym, że sąsiadce inny sąsiad otruł kury. Martwiła się wszystkim. W domu był ciagły płacz i lament. A gdy zjawiły się ciotki, lub sąsiadki, to lamentom i narzekaniom nie było końca. W domu prawie nie było radości, bo jak tylko ktoś się uśmiechał, lub głośno śmiał, to zaraz padało stwierdzenie, brzmiące jak pytanie: Z czego tu się śmiać, jak wokół tyle cierpień, tyle nieszczęść.

No i zostałam zarażona tym wirusem. Też płakałam, bo mama płakała, bo faktycznie miała słabe zdrowie. Faktycznie tata przychodził pijany. Prawie jej każda czarna myśl, była proroctwem.  

Gdy stałam się dorosła, to w tej dziedzinie jednak nie wydoroślałam: zamartwianie się zajmowało większość mojego czasu. Moja głowa była pełna od zmartwień. A życie zgodnie z tym zaspakajało moje w tym zakresie potrzeby, dostarczało mi sporo powodów.

Najpierw martwiłam się materią, później rodziną. Tym, że nie mam czasu, by zarobić na większe i lepsze rzeczy w domu. Martwiłam się problemami dzieci w szkole i w ich dorosłym życiu.

Gdy spośród moich znajomych i przyjaciół kilkoro odeszło z tego świata to zaczęłam się martwić chorobą - taka ewentualnością i ... wymartwiłam ją. Ta myśl tak mnie zdominowała, że właściwie to prawie mnie zabiła.  

Jednak w ostatniej chwili, zabiłam swoje zmartwienia pasją, zabiłam nią swoją chorobę.  

Przypomniałam sobie ją dopiero, gdy lekarze rozłożyłi ręce.  

Odkryłam ją wcześniej, lecz nie pozwoliłam jej żyć, odkładałam zawsze na później.  Mówiłam sobie: - „Gdy przejdę na emeryturę” ... i czekałam. Moje życie to była nuda oczekiwania na to, co ma się zdarzyć, czyli na następne nieszczęście, bo w efekcie, nawet to dobre, zamieniało się na złe. Pewnie moje zmartwienia miały moc przeobrażania.

Dzisiaj, gdy na to patrzę, widzę tego bezsens. Marnować całe życie na czekanie, a po drodze robić same nieistotne rzeczy. Pracowałam najpierw na „to”, a gdy „to” już było realne, zmieniał się przedmiot, było inne „to”. I tak kręciła się ta karuzela.  
Gdy przyszła choroba i wkrótce lekarski wyrok .. to już wiedziałam, że nie doczekam emerytury i pewnej nieprzespanej nocy postanowiłam przeskoczyć kawał życia. Wskoczyłam w „emeryturę” i zaczęłam robić to, co pociągało mnie od początku.  Od tej pory nie istniałam dla rodziny, dla pracy, dla świata. Została moja pasja. Ja się w niej zgubiłam. Nie było mnie. Gdy w tamtym czasie, ktoś się zwrócił do mnie po imieniu, dłuższy czas się zastanawiałam, o co temu komuś chodzi. Moi bliscy myśleli, że sfiksowałam, że się poddałam chorobie.  

Moje przyjaciółki chciały mnie pocieszać, zająć rozmową, plotkowaniem i pewnie zwyczajowym narzekaniem. A ja nawet zapomniałam, że istnieje rozmowa.  Po prostu od rana do wieczora, od wieczora do rana byłam w mojej pasji. Zapominałam o jedzeniu, o tym, że nastał dzień, lub noc. Sen spływał na mnie, kiedy chciał, czasem zastał mnie na siedząco, nawet na stojąco, na parę minut, rzadko się kładłam do łóżka. A we śnie były tylko wizje mojej pasji, mojego tworzenia.

Pewnego dnia wyszłam z taką wizją do lasu i zachciało mi się iść jak najdalej w las. Później zacząłam tańczyć jak szalona i biec, biec jak najdalej, jak najszybciej. W końcu padłam, tak się tym wykończyłam, że się ... obudziłam ze wszystkiego: i z mojego snu, i z mojego dotychczasowego życia dla celów, i dla innych.

Obudziłam się też z choroby. Okazała się snem, który przyszedł, by pomóc mi odnaleźć siebie, sens istnienia.  Naprawdę zniknęło wszystko, co nieistotne.

Dziś, gdy ludzie pytają, jak się uwolniłam od choroby, mówię, że to moja pasja mnie uwolniła. Tak mnie zajęła, że nie miałam czasu myśleć, martwić się. Zapomniałam o sobie, o sobie takiej, jaką byłam. Wtedy, w tych chwilach zapomnienia, zobaczyłam, kim jestem naprawdę. Nie było w tym nikogo z wcześniejszego mojego kawałka życia. Nie byłam też kimś, kogo ukształtowali rodzice, albo świat. Absolutnie nie!   

Czy to ważne, czy ta pasja jest użeteczna, czy da się na tym zarabiać na utrzymanie? Nie, to nie ma zupełnie żadnego znaczenia.

Bóg każdemu człowiekowi dał jakiś talent. Problem w tym, że go odkładamy na później, albo tak jesteśmy zajęci gonitwą za materią, spełnianiem swoich wymyślonych pragnień, czy cudzych oczekiwań, że nie mamy czasu go odkryć. Nadajemy priorytet nieistotnym rzeczom i działaniom, a to, do czego zostaliśmy stworzeni uznajemy za fanaberie, dziecięce mżonki, itp.

To nic, że ja się swoją pasją nie mogę pochwalić przed światem, to, co piszę, nikt pewnie z zainteresowaniem by nie przeczytał. Nieważne, to siedziało we mnie i musiałam i muszę to z siebie wypuszczać na światło dzienne, muszę to w jakikowliek sposób wyrazić. To nie jest poezja dla kogoś, to jest po prostu coś, co się musiało narodzić. I tyle. Jeślibym odkryła, że moją pasją jest szycie koszul, wyszywanie chustek, robienie szalików na drutach, czy malowanie kwiatów, to powinnam, to musiałabym to robić.

Ludzie są nieszczęśliwi, bo wydaje im się, że nie mają żadnego talentu, żadnego powołania. Mają, lecz tego nie widzą, bo się porównują i zaraz myślą o tym, czy to się sprzeda. Podczas, gdy Bóg powołał nas nie po to, by sprzedawać swój talent.

Natchnął mnie Nick Vujicić. On ma boski dar, wielki - boski.

Jaki? Otóż jego darem jest to, iż nie ma rąk i nóg. Mógłby ktoś powiedzieć, że przesadzam. Nie, naprawdę, tak to dzisiaj widzę. To jest dar. Przecież, gdy inni patrzą na niego, mówią do siebie: Boże jakiż to ja jestem szczęśliwy, że mnie to nie dotknęło. I to właśnie jest ten dar, który innym pozwala docenić siebie i swoją wyjątkowość. To jest jego wielka, boska misja. Każdy z nas ma taką. Lecz każdy ma inną.

A teraz? A teraz odkrywam wszystkie swoje pozostałe talenty. Dzisiaj, na tej zamarzniętej kałuży, przyszedł czas na łyżwiarstwo. Hihi.

Pośmialiśmy się zdrowo.

Wysłuchał niesamowitej historii: Piotr Kiewra  

środa, 26 grudnia 2018

Lodowy lekarz


Byliśmy znudzoną życiem i sobą parą w średnim wieku. Dzieci poszły na swoje, dom opustoszał. Opustoszały marzenia, zamgliły się cele.
Nasze dni były bardzo podobne do siebie: śniadanie, praca, obiad, telewizor, kolacja, znowu telewizor, czasem do późna, jakaś chwila rozmowy małżonków, spanie i … wszystko od początku. Czasem w weekend jakieś odwiedziny u dzieci, lub dzieci u nas, w niedzielę jakiś wspólny spacer.
Trudno się dziwić, że do takiego zwyczajnego, czytaj „cywilizowanego” życia, przyplątały się nam, obojgu, całkiem zwyczajne dolegliwości i choroby: słaba odporność i częste przeziębienia, anginy, grypy, bóle kręgosłupa, u mnie i małżonki, u mnie dodatkowo, lekki związany z tym niedowład w nodze. Bolące nas obojga kolana, nadwaga, nadciśnienie, a dodatkowo u żony częsta depresja. Oczywiście nasza domowa apteczka zapełniona antybiotykami, środkami przeciwbólowymi, nasennymi, różnego rodzaju maściami, kroplami i czym tam jeszcze, była w codziennym użyciu. Ponadto żona karmiła się antydepresentami, nie mówiąc o nas obojgu zażywających tabletki na nadciśnienie. To oczywiście nie wszystko, ale … szkoda gadać – wszyscy tak mają w naszym wieku. -pocieszaliśmy się.
No i tak to się toczyło, raczej w dół – niestety.
No i pewnej pogodnej, zimowej niedzieli, gdy nie przyjechało żadne z naszych dzieci, udało mi się namówić żonę na spacer. Widziałem, co się z nią dzieje, dopadło ją przygnębienie, bliska była depresji. Wsiedliśmy w samochód, by pokuśtykać ścieżką wokół jeziora, które u nas znajduje się prawie że w centrum miasta.
Gdy zbliżaliśmy się do końca pierwszego okrążenia, minęła nas grupka biegnących młodszych i starszych ludzi oraz dzieci. Za chwilę następna i następna, oraz całe mnóstwo samotnie biegnących, lub szybko maszerujących osób. Gdy zbliżyliśmy się do parkingu, na pobliskiej plaży ujrzeliśmy tych wszystkich ludzi jak się rozbierają, wchodzą lub wskakują do wody. To był dla nas szok, a szczególnie dla mnie. Był przecież styczeń, co prawda słonecznie, ale szczypał lekki mróz.
Namówiłem żonę i z ciekawości weszliśmy na plażę, by się przyjrzeć tym śmiałkom. Był ich cały tłum. W większości młodzi ludzie, ale całkiem spora też grupka osób w naszym wieku, ale i kilka osób w wieku, tak na oko pod siedemdziesiątkę, oraz kilkoro dzieci.
Doznałem olśnienia. Powiedziałem sobie w duchu, że ja też tak chcę. Wyraziłem to głośno żonie, a ona stuknęła się tylko w czoło. Jednak coś we mnie mi mówiło, że … to jest dla mnie. Zostałem tym, co tu zobaczyłem tak dotknięty, że nie mogłem w nocy spać. Ułożyłem więc sobie plan – jak ja to zrobię. Nie było odwołania, był tylko problem: jak?
Zaplanowałem to sobie szczegółowo i od jutra miało się to dziać: zacznę w swojej łazience. Nie mogłem się doczekać rana i pierwszego doświadczenia z zimnem – prysznica.
Dwa tygodnie później mimo protestów żony zainaugurowałem odważnie moją przygodę z lodem. Byłem zaskoczony, po pierwszym szoku, chwilę później było już przyjemnie, ale najlepsze było na koniec – wręcz euforia. Poczułem się jak młodzienieć, tak jakby moje ciało i umysł się z tego cieszyły.
Efekty były piorunujące, bo poza kilkudzięsięciu kichnięciami, nie zdarzył się katar, przeziębienie, nic z tych rzeczy. Ale szok był dalej: zniknęły prawie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki bóle kręgosłupa, kolan i w ogóle czułem, że ból gdzieś odpłynął. Moja noga przestała się za mną wlec, wręcz przeciwnie, chciała biec.
Tak się nie mogłem doczekać kolejnej niedzieli, że pojechałem na następną kąpiel po pracy, w powszedni dzień. Oczywiście po kryjomu przed żoną. No i tak było następnego dnia i następnego. Po prostu tak mi się to spodobało, że czekałem na kolejną kąpiel prawie jak na … seks. Hihi.
Oczywiście w domu wszystkie moje kąpiele w wannie, czy pod prysznicem też były  … zimowe.
W jakiś sposób podziałało to też na żonę, bo mimo, że nadal pukała się w czoło i wmawiała mi, że te pozytywy „ to je sobie wyobrażasz i dlatego je odczuwasz w kościach”, to chyba gdzieś w podświadomości mnie obserwowała i musiała coś zauważyć, bo była … „inna”. Naprawdę, ten czas początków moich eksperymentów z zimową kąpielą, wpłynął w jakiś sposób też na nią, bo przez następnych parę tygodni ani razu nie zdarzyła się jej depresja. Moje doświadczenie i mój pozytywny nastrój udzielał się też jej.
Jeszcze bardziej się ożywiła, gdy któregoś dnia stanąłem na wadze i brakowało mi siedmiu kilogramów, a przecież, oprócz kąpieli, nie zmieniłem nic, ani diety, ani nie miałem o wiele więcej ruchu. Po prostu, wyskakiwałem z samochodu, robiłem parę przysiadów, parę wymachów rękami i … do wody. Czyli, tak wnioskowałem, samo zimno odchudzało.
Tydzień później, zwyczajowo, jak to mieliśmy w zwyczaju robić razem z żoną, byliśmy na lekarskich oględzinach i paru badaniach: ciśnienia, tętna, cholesterolu. A tu następny szok dla nas obojga. Moje ciśnienie było o dziesięć lat „młodsze, prawie młodzieżowe”. Tak powiedziałą lekarka. Ale i żona miała mniejsze ciśnienie i była o dwa kilogramy lżejsza, niż kilka miesięcy wcześniej. Była zaskoczona i zapytała, co się u nas zmieniło, bo widzi, że schudliśmy i że prawdopodobnie te kilogramy, to z tego powodu. Zapytała o dietę. Wtedy jej powiedziałem, że zostałem morsem. Skrzyczała mnie, że „w pana stanie zdrowia to nierozsądne i może się źle skończyć”. Zdziwiłem się nie tym, co powiedziała, ale tym, że żona przestała się stukać w czoło po tej wizycie.
Wtedy jej powiedziałem, że „może byś też zaczęła ze mną i z tymi ludźmi”. Wtedy znowu stuknęła się w czoło, ale … nic nie powiedziała. Następnego dnia zaproponowałem, żeby pojechała ze mną, zobaczyć jak wygląda moja kąpiel. Był już marzec, jezioro było zamarznięte, a do wyrąbanej w tafli jeziora przerębli ustawiła się spora kolejka. Zamiast stać, zrobiliśmy sobie razem okrążenie wokół jeziora szybkim marszem. To około 3 km. Gdy dotarliśmy na plażę, w przerębli znalazło się już dla mnie miejsce. I wtedy przeżyłem szok największy, największych … moja żona weszła tam razem ze mną. Wystraszyłem się, że to może znowu depresja coś w niej pomieszała, ale przyznała mi się, że od dwóch miesięcy, po kryjomu przede mną, bierze zimne przysznice i kąpiele w wannie.
Po tym zdarzeniu śmialiśmy się i … prawie codziennie zaczęliśmy maszerować, a nawet chwilami truchtać wokół jeziora i wchodzić do wody.
Dzisiaj minęły dokładnie trzy lata od dnia, w którym pierwszy raz ujrzeliśmy morsów. I co się zmieniło w naszymn zdrowiu?
Zmieniło się tak wiele, że aż nikt nie chce nam uwierzyć, że to zimno sprawiło. Bo zmieniły się nie tylko nasze ciała, my się zmieniliśmy, nasze głowy, nasze małżeństwo, nasze życie. Zniknęła nuda z naszego życia, zniknęła depresja żony. A przecież nic, poza prysznicami i kąpielami w zimnej wodzie i lodzie się nie zmieniło. Może trochę ruchu nam przybyło.
Jakaś tajemnica musi w tym być. Doszliśmy do wniosku, że to jest część naszej natury. Tak, zimno jest częścią naszej natury, naszego życia, naszego ciała, ale ma też znaczenie dla psychiki. To odkryliśmy nie tylko u żony i u mnie. Wszystkie morsujące osoby, z którymi rozmawialiśmy to potwierdzają. Wydzielają się endorfiny, pewnie po to, by zneutralizować to przykre odczucia i początkowy ból w kontakcie z zimnem i tak już zostaje.
Nauka pewnie się tym za bardzo nie przejmuje, bo jej wcale nie zależy na tym, bo czemu miałaby ta wiedza służyć? Przecież strumień pieniędzy płynący do medycyny i farmacji uległby znaczącemu zmniejszeniu, gdyby morsowanie stało się jeszcze bardziej powszechne.
A na pewno by tak było, bo potwierdza to nasze doświadczenie. Otóż, jakie są nasze, moje i mojej żony profity z naszych zimowych kąpieli? Jakie są profity z zimnych pryszniców kąpieli w wannie wypełnionej zimną wodą?
Otóż, od początku naszej przygody z zimnem nie przeziębiliśmy się ani razu. Nie było ani jednej anginy i grypy. Nasza skóra jest zdrowsza, to widać.
Przestały nam dokuczać bóle naszych stawów i kości. Tak, same z siebie, uleczyły się nasze kręgosłupy i kolana.
Zniknął problem z cholesterolem i nadciśnieniem.
Oboje z żoną wyszczupleliśmy. Mamy sylwetki jak za czasów liceum. No tak, pomogliśmy sobie zdrowszym niż dotychczas odżywianiem, bardziej naturalnym i w zasadzie jemy raz dziennie, ale tak sądzimy, że nie to było przyczyną.
Biologicznie jesteśmy młodsi, czujemy to.
Właściwie, to z naszych starych problemów zdrowotnych zniknęły wszystkie, a nie pojawiły się nowe. Czujemy, że jesteśmy w zdrowotnej harmonii.
No tak te profity były przez nas oczekiwane, bo mówili o nich ci z morsów, którzy mają już dłuższy niż my staż. To były logiczne konsekwencje morsowania – wzrost odporności, ale nie umieliśmy sobie wytłumaczyć innych profitów dotyczących naszego myślenia, naszych serc i dusz.
Tak, oboje z żoną, jakby na nowo się zakochaliśmy nie tylko w sobie, ale i w życiu. Znowu nas bawi seks, znowu przyciągamy się wzajemnie, jak za czasów młodości.
Myślimy, że zimno, oprócz zdrowia ciała dotyka też całego człowieka, ponieważ ciało jest podstawą, jest częścią całej ludzkiej natury. Jest mechanizmem, który jeśli jest sprawny i witalny, to przenosi się jego zdrowie na sferę serca i ducha.
Tak to odczuwamy i takie są fakty.
Dzisiaj patrzymy na siebie i na życie zupełnie inaczej. Więcej w tym spojrzeniu głębi i szerokości. W naszym życiu jest znacznie więcej radości, łatwiej znosimy smutki i złe wiadomości, które u innych są wielkim cierpieniem, a u nas tylko przemijającą nieprzyjemnością.      

Oczywiście, opowiadamy to naszym znajomym, rodzinie. Dzielimy się z każdym, kto jest gotów wysłuchać naszej historii, lecz rzadko, kto nam wierzy. Mamy wrażenie, że ludzie nie chcą być zdrowi, nie chcą być szczęśliwi i w związku z tym, nie chcą ponieść kosztów, w postaci nawet jakichś krótkotrwałych wysiłków, by to zmienić. Mówią, że tego nie potrafią, że w to nie wierzą. No, coż.
My doświadczyliśmy, że zimno przynosi dla ciała znacznie więcej przyjemności niż negatywnych odczuć. Dyskomfort jest pozorny i bardzo krótkotrwały. Ciało się cieszy zimnem, gdy jest ono dawkowane w sposób świadomy i naturalny, gdy się nie przegrzewamy, gdy zaczynamy żyć bardziej naturalnie. Zresztą odkryliśmy, że i ciepło i zimno są naszymi sprzymierzeńcami, gdy traktujemy je przyjaźnie, gdy przestajemy się lękać zimna, czy gorąca, gdy przestajemy w ogóle się bać. Strach znika z naszego życia, a życie staje się czymś nieskończenie innym, lepszym, pełnym piękna.
Och! jak wiele wielkich słów, ale i tak uważamy, że nie jesteśmy w stanie tego wyrazić, co czujemy. Nie możemy, choćby przy pomocy słowa, choćby tego największego.
A nasza lekarka?
Tak, odwiedziliśmy ją niedawno, przebadała nas dokładnie. Pogratulowała sukcesów (mimo, że jest świadoma, iż całkowicie opróżniła się nasza domowa apteczka) i w tajemnicy przyznała, że od półtora roku też zaczęła brać zimne prysznice, że potrafi popławić się w wannie w zimnej wodzie, już parę minut, lecz poza dom nie wychodziła, na razie. Powiedziała nam, że bardzo jest ciekawa tego doświadczenia w jeziorze, lub morzu, lecz za bardzo się krępuje przed ludźmi. Powiedziała też, że na pewno kiedyś się odważy, może nad morzem, lub w Przesiece, bo słyszała i czytała na temat Holendra, który prowadzi tam kursy, ale w jej środowisku nie jest to dobrze widziane, więc … „Rozumiecie mnie! Nie mogę tego nikomu przepisać w recepcie. Mogłam jedynie sobie.” – przyznała się, prosząc o dyskrecję.
Doskonale rozumiemy.

Historii pary morsów wysłuchał: Piotr Kiewra

niedziela, 25 listopada 2018

Nienawiść i inne ziarna zatruwające życie



- Powiedz mi, dlaczego tak trudno znaleźć miłość? Dlaczego tak trudno się zakochać? Dlaczego tak trudno spotkać kogoś, kto by cię pokochał na całe życie, na tyle mocno, by chciał wytrwać przy mnie całe życie? – zapytała ciocia ni stąd, ni zowąd, po dłuższej zadumie i kilku uronionych łzach. - Piotr spojrzał na nią i uśmiechnąwszy się powiedział:

- Ciociu, nie wiem. Musiałbym zapytać śmiejącego się starca. To mądry człowiek i …

- Ej tam, ej tam! – przerwała na chwilę. Po czym kontynuowała z uśmiechem przez łzy: - Ty wiesz. Zresztą, jak cię znam, to pewnie już mu o mnie opowiedziałeś.  Powiedz mi, „dlaczego”?

- Ciociu, chcesz usłyszeć prawdę? – a ona natychmiast odpowiedziała.
- Tak!

- Ciociu, naprawdę chcesz ją usłyszeć? Ona jest gorzka, ona określa ciebie, twoje podejście do życia.

I to jeszcze nie wszystko. Samo jej poznanie nic ci nie da. Ta prawda ma cię przeniknąć. Musisz sobie ją wziąć do serca, musisz zacząć nią żyć. Ona nie może być gołym słowem, bo ono nic nie znaczy. Ludzie opierają się na nim, a na nim nie można się oprzeć, bo jest puste, nie zawiera treści. To tylko opakowanie, pusta koperta, to tylko wyobrażenie. Za nim nie stoi rzeczywistość. Ono jedynie pokazuje, czym żyjesz, czym się karmisz: - zatrutymi ziarnami, śmieciami, czymś, co nie istnieje, a jednak stoi na twej drodze, jest przeszkodą, odgradza cię od prawdy i od miłości, i od innych kwiatów.

Słowo jest świadectwem twego oddalenia od ciebie samej, od twego serca, od prawdy. Jest świadectwem tego, iż bujasz w obłokach. Zamiast żyć światłem, słońcem, powietrzem, ziemią, prawdziwym pożywieniem, żyjesz jego nieobecnością.
Ciociu, jeszcze raz pytam: chcesz usłyszeć prawdę śmiejącego się starca?

- Tak, chcę! – odpowiedziała zdecydowanie.

- Dobrze.
Gdy patrzę na ciebie, gdy cię słucham, gdy wsłuchuję się w twoje opowieści, w twoje opinie, gdy widzę twe smutki, a przede wszystkim, gdy czuję jak kołacze z bezsilności twe serce, jak krzyczy twa dusza …
Gdy widzę jak biegasz, jak uciekasz i gonisz …
Gdy słyszę bez przerwy te same pytania: Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? – to ci współczuję.

Współczuję ci, bo wiem, że nie jesteś gotowa na prawdę.  Nie chcesz jej przyjąć, odrzucasz ją. Czekasz, aż przyjdzie odpowiedni moment, ale on nie przyjdzie, dopóki nie staniesz się odważna, by ją przyjąć, by zacząć nią żyć, bez względu na to jak jest gorzka.

Ona wygląda jak śmierć i w istocie nią jest, ale póki jej nie poznasz, nie wpuścisz jej, nie otworzysz się na nią, dopóty będą w tobie te bezsensowne pytania. Dopóty będziesz poszukiwać, bez szansy znalezienia, bo jej … nie chcesz.

Ona jest jak śmierć, bo jeśli ją wchłoniesz, jeśli ją zrozumiesz, to umrze ta ciocia, za którą się uważasz, a narodzi się inna, zupełnie inna, odmieniona, prawdziwa, autentyczna, radosna, kochająca i wolna. To będzie zupełnie inna istota. Nie będzie miała z tą nic wspólnego. I tego się lękasz. Nie chcesz stracić tego, co posiadasz – swego nieszcześcia.

Nie, nie jesteś na tyle odważna, by je porzucić. Mało jest ludzi odważnych. Większość to tchórze. Chwytają się czegokolwiek, nawet brzytwy, topora, nędzy, cierpienia, aby tylko nic się nie zmieniło. Boją się nowego, nawet wtedy, gdy nowe jest lepsze, boskie …

Tak, ludzie boją się Boga. Naprawdę się go boją, bo boją się umrzeć …

Powiem ci tak: aktywnie pracowałaś i nadal pracujesz na swoje nieszczęście. Jesteś bardzo, ale to bardzo zaangażowana w unieszczęśliwianie siebie …

- Piotrze, ale jak to? – przerwała zalana łzami, niedowierzająca.

- Ciociu, przypomnij sobie! Odszukaj w sobie, czym żyjesz? Odszukaj te ziarna, które dominują w tobie.

Ciociu, wołasz o miłość, prosisz o nią, czekasz, a żyjesz nienawiścią. To nic, że tylko do jednego człowieka. Nieważne, czy jest to twój były mąż, czy ojciec. Ważne, że jest w tobie ziarno nienawiści. Jest w tobie sporo innych ziaren lęku, strachu, żalu, zła, myśli o pechu, o odpowiedzialności innych za twój los.

Ciociu, ty cały czas widzisz w sobie sierotkę, a nie widzisz w sobie kreatorki - kreatora dobrego i złego, słonecznych i pochmurnych chwil swego życia, no i zadajesz w związku z tym tysiące pytań, bo myślisz, że masz pecha, że ktoś lub coś się na ciebie zawzięło i karze cię takim losem, jaki jest twym udziałem.

Wiedz, że dopóki karmisz się tymi ziarnami, dopóki wypełniają cię takie myśli, nie ma w tobie miejsca na miłość, przyjaźń, uśmiech serca.

I nie będzie w tobie miłości, dopóki dokarmiasz w sobie nienawiść choćby do jednej osoby, choćby do jednej, jedynej istoty na ziemi. Nie będzie, dopóki jest w tobie jakiekolwiek ziarno ciemności, jakiekolwiek zatrute ziarno.

Nie zakwitnie w tobie żaden kwiat, bo całość twej uwagi poświęcasz truciźnie. Cały pokarm, cała twoja życiowa energia płynie w pustkę. Trwonisz swą energię, tracisz życie na zatruwanie siebie i innych. Zatruwasz też mnie, bo ja to widzę.

Nie szkodzisz mi jednakże, wywołujesz we mnie jedynie współczucie. Współczuję ci, bo chciałbym ci pomóc, ale nie mogę, bo tylko ty możesz sobie pomóc.
Twoja trucizna jednak spływa na tych, którzy nie są jej świadomi. Oni oddają ci to samo. Nawzajem siebie zatruwacie.

Tylko ty jesteś za to odpowiedzialna, tylko ty. Możesz uzdrowić siebie i innych, lecz musisz w sobie odnaleźć zatrute ziarna, musisz się im przyjrzeć, stać się ich świadomą. One wtedy obumrą, bo zabierzesz im pokarm.

Zatrułaś tę miłość, którą cię obdarowano, ziarnem nienawiści. Zatruwasz ją cały czas. Nie pytaj więc „dlaczego”? Nie pytaj, bo nikt ci nie odpowie. To głupie pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Dopóki nie dasz przyzwolenia miłości, dopóty jej łaska, jej błogość, jej boski dar na ciebie nie spłynie.

Robisz coś odwrotnego – walczysz z ciemnością, a ona nie istnieje, to tylko wytwór twojej głowy. Dopóki walczysz z nią, to istnieje w tobie pokarm, który karmi zło, nieszczęście, cierpienie. Te ziarna nigdy nie wykiełkują, nigdy nie staną się kwiatami, bo są zatrute. Zrozum to. Czekanie nic nie zmieni. Wiara, że ktoś cię czymś obdaruje, że twój los się odmieni, jest beznadziejna. Twoje pytania świadczą o tym, że czekasz na coś beznadziejnego. Są świadectwem, że kręcisz się w kółko, że czekasz na niemożliwe, że cały czas jesteś sierotką, że chcesz nią pozostać.

Dlatego musisz zrozumieć, czego tak naprawdę pragniesz: zatrutych ziaren, czy kwiatów.

To jest mądrość śmiejącego się starca. On nie widzi, żadnego innego rozwiązania. Jest tylko jedno: wybrać, czego pragniesz i tym żyć.

Wiem, że to jest wybór między życiem, a śmiercią. Lecz nie masz innego. Twoje życie nie ma innego celu. Ma tylko ten – poznanie prawdy o sobie. Jeśli naprawdę jesteś odważna, pójdź w jej stronę. I nie lękaj się śmierci. Bo tak naprawdę, to, czego się lękasz jest twoją szansą, jest odrodzeniem, jest tym, czego naprawdę szukasz.


Prawdę śmiejącego się starca przekazał cioci: Piotr Kiewra  

niedziela, 11 listopada 2018

Doniczkowe kwiaty, czyli zajrzeć do samej siebie

„Moje kwiaty w doniczkach mnie uzdrowiły. Pokazały mi kim jestem,  uzmysłowiły mi skąd się bierze moja choroba. Jest to moje odkrycie tak niesamowite, iż chciałabym się tym podzielić. Może komuś pomogę zrozumieć, bo takich jak ja są tysiące, może miliony, a pewnie jeszcze więcej.

Co zrozumiałam? To, że jestem kowalem swego losu. Odkryłam, że moje ciało programuję swoim umysłem, że moja choroba jest odzwierciedleniem mojego sposobu myślenia, mojej chorej ambicji. Kwiaty mi pomogły to odkryć.”

Tak, całkiem niedawno napisała do mnie maila kobieta i zapytała, czy w następnym mailu może mi przysłać historię jej odmienionego życia. Odesłałem jej zapytanie, dlaczego akurat mi chce o tym opowiedzieć?  Odpisała, iż znalazła mój blog, w którym takie historie opisuję, a po części, mam w tej historii swój udział, gdyż czyta to, co ja piszę na blogach. Te duchowe treści ją zastanowiły. Do tej pory duchowość kojarzyła z chodzeniem do kościoła.  Tu się jej objawiła nowa możliwość, nowa droga, bo wszystkie inne już przeszła i była nieszczęśliwa.

Gdy zgodziłem się, przyszedł po paru godzinach długi mail, oto jego treść:

Nie jestem typową kobietą, jestem człowiekiem skażonym cywilizacją, pragnieniem bycia na jej szczycie, ambitną do granic ludzkich możliwości, a ponieważ uczestniczyłam w tysiącach szkoleń różnego rodzaju, a przede wszystkim w tych motywacyjnych, uwierzyłam, że granic nie ma, albo, że są bardzo, bardzo wysoko.
Typowa kobieta marzy o domu, o rodzinie, o miłości. Materia jest na drugim planie. U mnie była na pierwszym. Dom, rodzina, uśmiechnięte buzie męża i dzieci były mglistą mżonką, niepotrzebnym tłem mego życia.

Ambicję zaszczepił mi mój ojciec. Był wojskowym – generałem. Lubił mieć władzę, lubił być na szczycie. To on uczył mnie walczyć. Od dzieciństwa moje życie, moje sny to pole bitwy.

W szkole podstawowej musiałam sobie wywalczyć pozycję najlepszej uczennicy, tak samo w średniej i na studiach. Później musiałam być dyrektorką, prezeską największych i najważniejszych instytucji, przedsiębiorstw. Ale to wciąż było mało. Chciałam – tak jak mój tata, być na szczycie. Zostałam więc politykiem.

Gdy dzisiaj na to patrzę, gdy wspominam, widzę, iż nie byłam szczęśliwa. Ani razu, nawet po osiągnięciu szczytu, gdy byłam prawie na samej górze, nie byłam szczęśliwa. Owszem, ludzie mnie szanowali, nagradzali, wybierali, doceniali. Miałam wokół siebie przychylnych ludzi. Szli razem ze mną, lub gdzieś z boku wspierali. Uważałam ich za przyjaciół, oni zapewniali, że są moimi przyjaciółmi - na dobre i na złe.

Pierwsze otrzeźwienie przyszło wtedy, gdy chciałam wejść jeszcze wyżej. Przegrałam w wyborach z kimś równie ambitnym, lecz bardziej gotowym na kompromis ze swoim poczuciem uczciwości, z kimś gotowym się sprzedać.

Gdy nie zostałam wybrana, nagle okazało się, że część moich przyjaciół nawet nie potrafi mi powiedzieć: Dzień dobry!
Załamałam się. Pierwszy raz w życiu rozpłakałam się, jak typowa kobieta.

Okazało się, że ludzie wcale mnie nie kochają, wcale mnie nie lubią, za to, że jestem i jaka jestem. Lubili moją rolę, to, że mogą mnie wykorzystać w swojej własnej grze o coś, o materię. Byłam dla nich drabiną. Uznali, że znacznie mniej wysiłku włożą, gdy ja za nich wykonam całą robotę. Mieli też swoje wielkie ambicje, lecz nie chcieli sobie brudzić rąk. Woleli oszczędzać życiową energię

W moim życiu tyle było gry, sztucznych uśmiechów, udawania, strojenia min, rewii mody, że nie znałam tej kobiety przed lustrem. Znałam tylko jej maskę.  A moja praca, a właściwie mówiąc życie, to tylko ich przebieranie - na kolejne okazje, co rusz to inna.
Pewnego dnia zapatrzona w kwiaty w doniczce rozpłakałam się ponownie.  Zrozumiałam, że kwiaty też mnie nie lubią. Żadne z tych, które dostawałam nie przetrwały. Chyba nie lubiły mojej ambicji, mojego szczytowania, mojego patrzenia na nie z góry, albo …
… albo chciały coś pokazać, wypowiedzieć, coś, czego nie potrafią i nie mogą zrobić słowem.

Lecz to był tylko taki chwilowy przebłysk. Postanowiłam walczyć dalej, postanowiłam być bardziej twarda, a nawet nie do końca uczciwa. Tego nauczył mnie ojciec. Mówił, że: „wojna to nie kompromis, że jak ty nie strzelisz pierwsza i to celnie, to przeciwnik to zrobi, że jak będziesz się bawić w sentymenty, w ludzkie odruchy, to przegrasz, to będziesz martwa”.

No i zrobiłam parę kroków do przodu i jeden w górę. Nie czułam się jednak z tym dobrze. Wcale nie byłam szczęśliwsza. Klakierzy oczywiście prawili mi komplementy i mówili, że wierzą we mnie … ale moje kwiaty marniały teraz jeszcze szybciej niż kiedyś. Podlewałam je, mówiłam do nich, opiekowałam się, ale chorowały i umierały. Potłukły się przy jakimś tam wietrze, czy przeciągu moje porcelanowe aniołki, które stały obok kwiatów na parapecie.

To było drugie otrzeźwienie, trochę dało mi do myślenia, ale szybko zapomniałam.

Po kilku miesiącach „brzydkiej” walki przyszło kolejne: choroba.  Zaczęłam marnieć jak moje kwiaty. Lekarze nazwali tę chorobę, ale nie mieli dla mnie optymistycznych wieści. Nakazali walkę, a to było przecież pole dobrze mi znane. Walczyłam, ale im bardziej się wytężałam, tym bardziej  zdrowie i życie uciekało ze mnie. Poczułam, że przegrywam. Tak samo przegrał mój tata. Dopadła go ta sama choroba, a był przecież jeszcze taki młody …

Płakałam przy moich kwiatach, podlewałam je moimi łzami, lecz to nie pomogło ani mi, ani moim kwiatom. Płacz mi trochę ulżył.

Patrzyłam i patrzyłam na kwiaty. Całymi dniami wpatrywałam się w nie. To mnie uspokoiło. Mniej myśli mnie nachodziło. Było mi lżej. Zauważyłam, że pewnego dnia umarła moja ambicja. Poczułam się lżejsza i przestałam płakać.

Znalazłam w sobie spokój, coś, czego jako wojownik nie zaznałam nigdy, nawet po największych wygranych walkach.
Ten spokój mnie zastanowił. Skąd się wziął? Przyszedł gdzieś z głębi mnie. Postanowiłam poszukać jeszcze czegoś więcej. Zainspirowała mnie medytacja. Postanowiłam zajrzeć do samej siebie, a tu jeszcze nigdy nie byłam.

Uczepiłam się jej jak tonący brzytwy. I wtedy zrozumiałam, że medytacja przyszła do mnie sama, spontanicznie. Przecież niczym innym jak medytacją było wpatrywanie się w moje doniczkowe kwiaty.
No i medytowałam miesiącami korzystając z mojej, odkrytej przeze mnie przypadkowo.

A w życiu? Poddałam się. Całkowicie i totalnie na wszystkich polach.

Wkrótce odkryłam, że moje kwiaty już nie choruja, że nie umierają. Wręcz przeciwnie, stały się okazami zdrowia i siły. Stały się piękne. Odżywiał je mój spokój. Tak sobie to wyjaśniłam.  

Wydawało mi się to naiwną interpretacją,  ale coś musiało w tym być, bo ... wszystko się odmienilo: i kwiaty, i ja, i wszystko wokół. Nie wiem, co się we mnie zdarzyło, kiedyś wiedziałam wszystko, a teraz wiem, że nic nie wiem. I to sprawia, iż czuję się słodko, błogo, szczęśliwie i czuję się … prawdziwa.

Nie patrzę już w lustro, by dopasować siebie do okazji, do potrzeb sytuacji, do sprawowania władzy, lecz po to poznać prawdę, by poznać, co jest pod spodem tych masek, co się kryje w głębi moich własnych oczu.
Odkryłam ocean, to, że na powierzchni są fale, tysiące fal - masek, burz, zmian, gier, złości , nienawiści, czyli polityki. A życie i prawda są pod spodem. Tam jest głębia, piękno, cisza i żadnych gier, polityki, żadnych chorób.

No tak … choroba. Nie poszłam do lekarzy. Nie badam się, nie biorę żadnych leków, bo … czuję się zdrowa.

Od kiedy umarła moja ambicja, od kiedy umarła we mnie „filozofia” mojego taty, narodził się spokój, narodziło się we mnie zdrowie.

Minęło od tamtej pory kilka lat. Wyglądam i czuję się kwitnąco – tak jak moje kwiaty. Czuję się tak nie tylko wiosną. Tak jest stale.

Dzielę się tą historią, bo chciałabym to powiedzieć wszystkim, że jesteśmy kowalami swojego losu, że swoją myślą, ambicjami tworzymy chory świat i przyciągamy choroby do siebie, zarażamy nimi swoje własne ciało.
To nie świat, to nie inni nas zarażają, to my sami robimy.

Mi pomogły doniczkowe kwiaty, może innym też pomogą.

Dziękuję!

Wysłuchał niesamowitej historii: Piotr Kiewra