środa, 26 lutego 2014

Klucz

- Wietrze, dlaczego tak mną tarmosisz? Dlaczego sypiesz mi piaskiem w oczy, smagasz me oblicze, tak ogłuszasz, iż nie słyszę swoich myśli? – spytał człowiek.
- Potrząsam tobą, budzę cię ze snu, bo widzę twą ponurą twarz, bo czuję jakie emocje okazujesz światu, bo ci dobrze życzę, bo jestem twoim przyjacielem. –  odpowiedział wiatr.
- Wietrze, nie dość, że mnie życie niemile doświadcza, to i ty jesteś przeciwko mnie? Jeśli jesteś moim przyjacielem, to pomóż, nie przygniataj mnie kolejnym ciężarem. – z pretensją powiedział człowiek.
-  Czy chcesz wiedzieć, kto tak naprawdę jest przeciwko tobie, kto cię przygniata ciężarami? Powiedz mi, czy jesteś gotów na mą szczerość?  – zapytał wiatr.
- Nie boję się twojej szczerości, tylko nie smagaj mnie więcej, nie ogłuszaj, nie oślepiaj! – poprosił człowiek.
- Oto moja szczerość w takim razie  – otóż ty sam siebie przygniatasz ciężarami, jesteś swoim wrogiem, sam ze sobą walczysz. Pragniesz miłości, wolności, szczęścia, a znikąd nie nadchodzą i … nie nadejdą. Stąd smutek, ponurość, pretensje do siebie, do życia, do ludzi. Uczyniłeś z siebie ofiarę, a to pozwala ci się nad sobą użalać, usprawiedliwiać, zrzucać odpowiedzialność, narzekać na swój los.
Liczysz na to, iż ktoś cię pokocha? Naprawdę na to liczysz? Czy jesteś aż tak naiwny, by wierzyć, że ktokolwiek jest w stanie pokochać ofiarę?
Nie znasz tajemnicy, więc ją poznaj:
Pamiętaj, dla szczęśliwego człowieka nie ma znaczenia, czy ktoś go kocha, czy ma upragnione rzeczy, czy jest doceniony – to wszystko nie ma znaczenia. On jest szczęśliwy, bo takiego dokonał wyboru.
Możesz być całe życie nieszczęśliwy, lecz możesz być też zawsze radosny – to jest twoim wyborem. Ty wybrałeś nieszczęście, bo chcesz być ofiarą.
Przyjacielu mój drogi, gdybym cię nie wysmagał, gdybym nie zagłuszył twoich myśli, gdybym cię od czasu do czasu nie przewrócił i tym samym nie obudził, spałbyś już do końca życia i do końca swoich dni byłbyś nieszczęśliwy.
Porzuć zatem rolę ofiary!
Oto klucz, którego szukasz: POKOCHAJ SIEBIE!
Pokochaj w pełni, bezwarunkowo.
Zapomnij o sobie i stań się miłością.
Gdy tak się stanie – będziesz wolny.
Będziesz wolny od pragnień, od braków, nie będziesz już ofiarą.
Twoja samotność nie będzie ci już przeszkadzać.
Będzie w tobie wieczna radość i szczęście.
Gdy pokochasz siebie, pokochasz świat i on cię pokocha. Świat potrzebuje twojej miłości.
Ja czekam, aż ty odkryjesz, iż ty jesteś miłością.
Dlatego cię budzę, potrząsam, przewracam, smagam, krzyczę z całych sił.
Budzę cię, bo cię kocham. – zakończył wiatr. Delikatnie przytulił człowieka swoim tchnieniem i … zostawił samego.

Piotr Kiewra

Pasjonat świata

Pewien smutny człowiek zapytał nieznajomego, gdy ten z uśmiechem w sercu i na twarzy przyglądał się spacerującym po niebie chmurom:

- Skąd u ciebie tyle radości? Czy znalazłeś ją w tych obłokach? Gdzie ja mam jej szukać?

Ten odpowiedział: – Radości nie znajdziesz w chmurach, ona jest w tobie, tak jak i jest we mnie. Dawno temu ją odkryłem i ty ją odkryj.

Smutny człowiek wysłuchał z zaciekawieniem i spytał:

- Jak to zrobić skoro świat jest taki smutny, tak wiele tam bólu i cierpienia, tak wiele łez?

- Świat nie jest ani radosny, ani smutny, wszystko zależy od tego, jak ty go postrzegasz. – zauważył nieznajomy, tym razem obserwując ptaki. – Bądź jak wiatr, zobacz jak on tańczy i wiruje wśród liści, jak bawi się z ptakami wśród słonecznych promieni. Zostań - jak wiatr – pasjonatem świata.

- Byłem nim, podróżowałem, lecz nie znalazłem w tym radości i szczęścia. Czy teraz będzie inaczej? Straciłem zdrowie, jestem chory i smutny. – mówił człowiek pełen żalu i goryczy.

Nieznajomy spojrzał na niego i powiedział:

- Wyjawię ci pewną tajemnicę. Wiem, że jesteś gotów, by ją poznać, bo wiele wycierpiałeś, a tylko ktoś kto cierpiał, zrozumie. Otóż, do tej pory nie podróżowałeś, nie odkrywałeś, lecz uciekałeś – od siebie, od ludzi, uciekałeś z jednego miejsca w drugie w nadziei, że tam zgubisz swój strach, że znajdziesz szczęście. Podróże, odkrywanie, poznawanie tajemnic, zaczyna się w zupełnie innym miejscu. Zaczyna się je blisko, bardzo blisko, bo każdą, nawet najdalszą podróż, zaczyna się w swoim wnętrzu. W czasie tej podróży pokochasz siebie, staniesz się swoim własnym pasjonatem, dopiero wtedy pokochasz świat, który widzisz wokół siebie. Zrozumiesz go na tyle, na ile poznasz i zrozumiesz siebie.

Pasjonat świata nie ucieka, nie szuka, by coś znaleźć, nie czeka, by coś dostać, on obdarowuje swoją pasją, swoją miłością. To z tego obdarowywania bierze się radość.

Trochę mniej smutny człowiek poprosił: – Pokazałeś mi nadzieję, lecz nadal nie wiem jak poznać siebie, jak zacząć tę podróż.

- Ciesz się życiem. Ciesz się jak wiatr i bądź obecny jak wiatr. Zauważ! Słońce i wiatr nie mogą dotknąć swoim ciepłem, swoim podmuchem tego, co było wczoraj, nie mogą dotknąć tego, co będzie jutro. Słońce i wiatr cieszą się życiem, a nie wspomnieniami i pragnieniami dotyczącymi przyszłości. Życie jest teraz, w tej chwili. Ty uciekasz myślą w przeszłość lub w przyszłość, jesteś nieobecny, niczego nie czujesz, niczego nie kochasz, z niczym nie jesteś w związku, jesteś znudzony, zalękniony. Nie ma w tobie pasji. Żyj! Nie uciekaj, żyj! Ktoś, kto ucieka od życia, albo goni za pragnieniami o jutrze, cierpi.

Tak jak słońce i wiatr, dotykając kwiatu swoją pasją, pozwalają kwitnąć miłości, uczestniczą w dziele tworzenia, tak ty dotykaj świata, dotykaj wszystkiego, rozdawaj z pasją siebie, swoją miłość, a zaczną się dziać cuda, będziesz tworzył.

Zacznij żyć jak wiatr, doceniaj, tak jak wiatr, wszystko co spotykasz. On zauważa każdy listek na drzewie, każdą pojedynczą trawkę, wita się muśnięciem z każdym motylem. On dotyka ciebie, przytula, lecz nie zauważasz tego.

Tak jak wiatr i słońce dotykając róży, jej zapachu, jej kolców, doświadczają, uczą się, wykonuja ciężką, odpowiedzialną pracę, bawią się przy tym, tak ty się ucz, baw, rozwijaj. Podejmuj trud wspinaczki, pełnienia swojej misji z uśmiechem, z pasją, z miłością.

Pasjonat nie zna nudy, bo w podróży, to co poznaje dociera do jego serca, a w sercu nie ma dla niej miejsca.

Pasjonat poznaje świat nie po to, by rywalizować w poznawaniu, by się tym chwalić, pasjonat poznaje dla radości doświadczania.

Zauważ jednak, wiatr nie ocenia, nie mówi o brzydocie i pięknie, on je czuje i ceni – jedno i drugie. Słońce również daje swoje światło dla obu, nie ocenia, nie wyróżnia. Nie wydawaj więc sądów i ty.

Tak właśnie poznaje wiatr. Raduje się, ale też cierpi, czasem wyje z bólu, zawodzi płaczem, burzy się, złości się wichurą. Nie jesteś wyjątkiem, nie tylko ty cierpisz, ból jest po to, by odkrywać kolejne tajemnice.

Odkrywanie tajemnic jest zabawą, pasją. W tej zabawie, jak u dziecka, pojawia się ufność. Pasjonat ufa, wie, że wystarczy czekać, iść, patrzeć, słuchać, a życie przyniesie wszystko i wszystkie rozwiązania. Ufaj i czekaj jak wiatr, jak słońce.

- Dlaczego miałbym ci wierzyć? – zapytał człowiek.

- Bo wiara pozwala ci dobrze wybierać między szczęściem a nieszczęściem, między zdrowiem a chorobą, między miłością a strachem, poznawaniem a nudą, światłem a ciemnością, wolnością i jej brakiem, życiem a śmiercią. Może ci w tym pomóc twoja radość, twoja pasja. One są światłem wskazującym właściwą ścieżkę. – odpowiedział nieznajomy.

- Czym jest ta pasja, czym ona jest naprawdę? – pytał człowiek, a na jego twarzy nie było już smutku.

- Pasja to miłość, to współodczuwanie z całym stworzeniem. Poznawanie przy pomocy zmysłów to tylko zwykłe dostrzeganie, pasja ma połączenie z sercem. Pasjonat poznaje poprzez serce, czuje to co poznaje. Im głębsze to uczucie, tym większa pasja, tym większa radość z poznania, tym więcej odkryć, tym większy rozwój.

Pasja świata jest dawaniem, pasji się nie bierze, pasję się daje, więc pasjonaci obdarowują świat swoją miłością, swoją wolnością , spokojem, dobrem, docenieniem, współczuciem. Ona łączy nas ze światem.Pasjonat jednoczy świat.

Pasjonat świata żyje, czyli jest obecny w każdej sekundzie, przez całą wieczność i z każdą chwilą jest coraz bardziej świadomy, coraz lepszy, jest coraz bliżej celu, jakim jest … odkrycie siebie.

Możesz znaleźć w świecie tylko to, co jest w tobie. Stań się zatem całym światem, wchłoń go w siebie i pokochaj jak kochasz siebie. Pokochaj świat , bo dając światu miłość naprawiasz go. Pasjonat chroni, szanuje, kocha świat, tak jak chroni, szanuje, kocha siebie.

W tobie jest źródło tej pasji, odwagi, by odkrywać.

W tobie jest źródło miłości,

Więc pozwól mu wypływać.

Pasjonat ufa i dlatego znajduje.

Dlatego:

Nie szukaj spełnienia pragnień, bo zaczniesz się lękać, strach przesłoni ci oczy, znieczuli serce,

Ten lęk nie pozwoli zrozumieć prawdy, a ona jest życiem.

Nie szukaj rajskich ptaków, bo przegapisz wszystkie pozostałe.

Nie szukaj złota w skałach, bo przegapisz złoto w sercach.

Nie szukaj raju w najdalszych zakątkach świata, bo przegapisz raj we własnym ogrodzie.


Dlatego szukając w sobie pasji pobiegnij za motylem, bo w nim jest prawda.

Spójrz w słońce.

Poobserwuj morskie fale,

Trawę poruszaną wiatrem,

Chmury na niebie.

Posłuchaj ptasich rozmów i pieśni,

Posłuchaj wiatru,

Posłuchaj ludzkich serc,

Posłuchaj ciszy, nie mowy, nie krzyku,

Posłuchaj bicia swego serca,

Posłuchaj tego najcichszego głosu, który jest w tobie.

Tu jest prawda.

Zdobądź szczyt ,

Tam poczujesz,

A więc i zrozumiesz sens bycia w górach i dolinach,

Zrozumiesz sens istnienia.

Ten marsz – być może – pełen bólu i cierpienia, wiele cię nauczy, bo w każdym kroku będzie okazja do poznawania.

Więc ucz się – choćby od najdrobniejszego stworzenia.

Bądź na tyle kochający, by z każdym i ze wszystkim, współodczuwać ich radości, lecz i smutki.

Bądź na tyle kochający, by obdarowując radością łagodzić ich smutek.

Bądź pasjonatem świata!

Bądź jak wiatr …

Dotknij sobą,

Tak jak wiatr dotyka swoim oddechem gałęzi drzewa, a one tańczą wraz z nim swój taniec radości,

Tak jak słońce swoim światłem dotyka liści, a one wzrastają z pasją,

Tak ty dotykaj.

Dotknij pierwszy raz,

A obdarowany wrażliwością poznasz uczucia innych istot.

Dotknij więc sobą – swoją wrażliwością,

Dotknij swoją odwagą,

Dotknij swoją wolnością,

Dotknij swoją miłością ludzi, wszystko.

Dotknij to co brzydkie, a stanie się piękne, bo nie ma brzydkiego,

Dotknij złego, a stanie się dobre, bo nie ma złego,

Dotknij nieszczęścia, bólu, cierpienia, a staną się szczęściem.

Dotknij innej kultury, dotknij innego języka, innych religii, innego jedzenia, poczuj to wszystko.

Wszystko czego dotkniesz zjednoczy się z tobą,

Stanie się częścią ciebie,

Zamieszka w twym sercu.

Poczujesz to.

Dotknij, a ten dotyk wzbogaci ciebie, wzbogaci świat.

Odnajdziesz więcej światła.

A gdy go dostąpisz,

Inspiruj pasją dzieci świata, smutnych ludzi.

Wiesz już czym jest pasja? Stań się zatem jak słońce, jak wiatr, pasjonatem świata! – skończył nieznajomy.

Człowiek wysłuchał z uśmiechem na ustach, z wiarą, bo poczuł … Pierwszy raz poczuł … Uświadomił sobie, że współodczuwa z chmurami i z ptakami, z wiatrem. Poczuł też wdzięczność. Pełen wdzięczności postanowił zapytać nieznajomego:

- Kim jesteś?

- Jestem wiatrem. – odpowiedział nieznajomy.

- Ależ ty przecież masz postać! Wiem … wiatru nie mogę zobaczyć, mogę go poczuć. Więc kim jesteś? – ponowił zapytanie człowiek.

Ten odpowiedział:

- Pasjonat świata zawsze może zobaczyć przedmiot jego pasji, choćby był on niewidzialny, choćby był wiatrem. Pasjonat widzi to czego inni nie widzą, bo patrzy sercem, a serce czuje to czego oczy nie widzą. Patrz zatem sercem, a zobaczysz niewidzialne.

Zobaczyłeś, bo poczułeś, bo uwierzyłeś. Twoje cierpienie zaprowadziło cię do serca.

Tekst: Piotr Kiewra


Zdjęcia: Tomasz Michalski i Piotr Kiewra



Czy wszystko gra? Rzecz o sierotce Marysi

Obserwuję świat, obserwuję ludzi. Pewnie tak samo jest u ciebie. Pewnie masz sporo podobnych wniosków co ja. Nie mogą być inne, bo ludzie i to co obserwujemy jest wszędzie bardzo podobne.
Wyobraź sobie! Spotyka się kilkoro ludzi, np. dwie kobiety i mężczyzna. Rozmawiają. Padają typowe, zwyczajowe pytania, np. Jak leci? Jak się czujesz? Co słychać?
Padają też, oczywiście, nawykowe, wypróbowane, czasem wyćwiczone, najczęsciej tkwiące w podświadomości odpowiedzi. Są różne, jedne – na tak, drugie – na nie, choć prawda jest w obu przypadkach taka sama. Częściej odpowiedzi są grą, mimo, iż odpowiadający nie zdaje sobie z tego sprawy, odpowiada w taki sposób, by wywrzeć zamierzony efekt na rozmówcy, by zainteresować, by zaciekawić, by nawiązać relację. Dzieje się tak, bo ludzie – wszyscy bez wyjątku – mają przecież swoje smutki i radości, cierpienia i przyjemności, lecz mają też swoje ego, które stosuje swoje sztuczki, by pokazać innym to, że zasługujemy na współczucie i to ego właśnie sprawia, iż owo współczucie jest mylone z miłością. Prawie nikt nie jest od tego wolny, ja również, dotyczy to prawie 100% ludzi i póki tego sobie nie uświadomimy, odgrywamy pewne scenki w życiu, zabiegamy, by nam inni współczuli. Dzęki temuż ego – tak się jakoś składa – ludzie zdecydowanie częściej mówią o smutkach, o cierpieniu, częściej narzekają.
Sprawdźmy zatem jak to jest w rzeczywistości. – Co słychać?  – pyta mężczyzna dwóch kobiet. Jedna odpowiada: – Wszystko gra! – krótko, zwięźle, zgodnie z prawdą. Druga odpowiada: – No wiesz, zależy gdzie ucho przystawić. –  albo: – Lepiej nie pytaj! – też krótko, zwięźle i też zgodnie z prawdą. Zgodnie, bo wszyscy mamy problemy, nikt nie jest od nich wolny. Takie jest życie.
I teraz mam pytanie: – Jak myślisz, która odpowiedź jest dla rozmówcy bardziej ciekawa (statystycznie rzecz biorąc), daje więcej możliwości do nawiązania relacji? Oczywiście ta druga. Dlaczego? Bo większość ludzi uważa tych, u których wszystko gra, u których jest wszystko w porządku,  u których jest ok., za nudziarzy, za ludzi niezbyt ciekawych, niegodnych zainteresowania. Narzekanie, wyliczanie swoich problemów, okazywanie na twarzy swoich zmartwień jest wspaniałym sposobem na zbudowanie relacji, na zainteresowanie sobą, na przyciągnięciu współczucia, na litość, nawet na miłość – niestety na fałszywą miłość (bo współczucie nie jest prawdziwą miłością, bo nie dotyczy serca, istoty, lecz cierpiącego umysłu).
Mówię o tym dlatego, by zbudzić w sobie i w tobie świadomość tego faktu, by zagrały w nas dzwony, które przepędzą czającą się w nas sierotkę Marysię, zanim znowu przyjdzie nam ochota, by ukryć swoją siłę.
Poobserwuj zatem siebie, czy nie stosujesz takich tanich chwytów, czy nie odgrywasz przed partnerami, przyjaciółmi, znajomymi,  roli sierotki , czy nie robisz tego nawykowo, by mieć o czym pogadać, by móc z kimś być, by móc coś osiągnąć.
Ja tego nie robię, od kiedy uświadomiłem sobie w jaki sposób działa ego. Wiem, że bardzo trudno jest tego nie robić, bardzo trudno, bo Marysie tkwią w nas od czasu niemowlęctwa i dlatego są bardzo głęboko, i wmawiają nam, że tacy właśnie jesteśmy i że to jest takie ludzkie by okazywać swoją słabość, by ją nawet pogłębiać, by eksponować wszystkie Marysine sztuczki, ze łzami, smutnymi twarzami i chorobami włącznie. Gdy zdałem sobie sprawę jak wredna i przebiegła jest Marysia, jak tłumi w nas wojownika, jak nas osłabia na pokaz, jak potrafi nas przekonać do swojej gry, ukształtować silne przekonanie, poparte nawet tym, że podobno jest naszą misją cierpieć, być słabym, maluczkim, być  owieczką, biedną, małą, bezbronną owieczką wśród stada wilków, to postanowiłem odebrać jej głos, dałem więcej szans wojownikowi.
Marysia potrafi w to włączyć nawet religię, szczególnie, gdy jest już mocno zdesperowana naszymi działaniami w kierunku rozwoju osobistego.Marysia jeszcze się broni, krzyczy, drapie, czasem próbuje wziąć  na litość, ale dzięki świadomości, dzięki Indianom nie ma już nic do gadania.
Ja tego już teraz nie robię, bo pokonałem Marysię, obudziłem w sobie świadomego wojownika, indiańskiego wojownika, który potrafi sam się podnieść z najgorszej opresji, potrafi nawet odmówić pomocnej dłoni. A tak na marginesie okazuje się, że Indianie też mieli problem z typowo polską Marysią, lecz wynaleźli coś takiego jak taniec wojownika, w którym po prostu wywalali ją z siebie na zbity pysk, a nawet wprost do rytualnego ogniska. Robili to publicznie i od tej pory nie wypadało im okazywać słabości, a przynajmiej stawali się na pokaz wojownikami. Nam w polskiej tradycji bardzo brakuje takiego tańca i dlatego tak wielu mamy słabych ludzi, i tak wielu narzekających.
Nie narzekam, bo stałem się wojownikiem, nie robię tak, nawet kosztem tego, że mogę zostać uznany za nudziarza, człowieka mało interesującego, za dziwaka. Nie robię, bo jest tyle pięknych tematów, np. o motylach, o drzewach, trawie, róży i jej kolcach, duszy, rzeczach niewidzialnych, prawdziwej miłości, gwiazdach, nogach i piersiach kobiet, robaczkach świętojańskich, górach, prawie przyciągania, etc, że mogę sobie pozwolić na odpuszczenie narzekań.
Z tego co obserwuję, mniej jest chętnych do rozmów na moje tematy, kilka razy mniej. Oczywiście są one trudniejsze, bo wymagają głębszego sposobu patrzenia na świat, a nie tylko bezproduktywnego, ogłupiającego, zabierającego siły i energię narzekania, zrzucania odpowiedzialności, osądzania, zauważania wszystkiego co złe, przegapiania tego co prawdziwe i dobre. Narzekanie jest zwyczajem, cnotą, tradycją, trudno się z tego uwolnić, bo jest powszechne i daje pewne profity. Tak jest po prostu łatwiej. Narzekając szybciej można coś osiągnąć, zrealizować cel. Łatwiej pójść do ołtarza i do łóżka, więcej można odbyć zwykłych pogaduszek, plotek oraz długich rozmów w kawiarni, czy na spacerze. Lecz ja nie idę tam, gdzie łatwe ścieżki. Nie chcę  profitów w postaci współczucia, wolę prawdziwą miłość, przyjaźń, wolność od narzekań i od sierotki Marysi. Wolę być silnym wojownikiem, bo ten jest zdrowszy i jest w nim więcej prawdy, bo jest w nim więcej siły, by obnażać sieroctwo u innych, by im pomóc w tej trudnej sprawie, by w nich zbudzić świadomość wojownika.
Wolę milczeć, uchodzić za prostaka, milczka, niż grać i zabiegać o współczucie. Taki jestem. Nie jestem, już nie jestem  sierotką Marysią.
Czasem się jeszcze odzywa, ale wtedy ona dostaje po łbie. Nie boję sie jej kopnąć w tyłek, wytarmosić za szmaty, lub za włosy. Moja sierotka jest coraz słabsza, bo nie zabieram jej do lasu, na górskie wędrówki, nie udzielam jej głosu, nie dokarmiam, nie pozwalam oglądać dziennego światła, nie pozwalam pokazywać się przy ludziach. Czasem jeszcze siedzi gdzieś u mnie w kącie pokoju i bierze mnie na litość, wtedy czasem jeszcze mi dokucza, ale coraz jej mniej, nawet w listopadzie, w grudniu, przy złej pogodzie, w chwilach samotności, wspomnień, tęsknoty. Teraz mój wewnętrzny wojownik jej pilnuje, a że jest zahartowany indiańskim ogniem, mam spokój.
Jeśli ty też nie jesteś sierotką Marysią, jeśli odkryłeś w sobie wojownika, no to jedźmy pomilczeć w góry, do lasu, popatrzmy na niebo i chmury, policzmy gwiazdy, albo krople deszczu na szybie, zważmy drobinkę śniegu, zajrzyjmy sobie w duszę, przyjrzyjmy się porywom serca, posłuchajmy tego najcichszego w świecie głosu, głosu, którego tak rzadko słyszeliśmy, bo zagłuszała go tysiącami słów, sierotka Marysia.
Wiedz, że potrafię współodczuwać z tobą, i współodczuwam twoje smutki, twoje cierpienie, dlatego wysłuchuję twojego sierocego narzekania, lecz pamiętaj, że moją misją jest, zamiast płytkiego współczucia,  dzielić się z tobą radością, to robię z większą przyjemnością.
Masz dwa wyjścia: albo obarczasz kogoś swoim bólem i smutkiem, by zdobyć w ten sposób więcej współczucia, albo dasz się zainspirować, by wreszcie wojownik, który jest w tobie, osiągnął dojrzałość.
Ty wybierasz -  sieroctwo, albo moja i indiańska  - ścieżka ku radości. Ty wybierasz -  stanie w miejscu i przeżywanie po raz setny tych samych problemów, albo wejście do ognia i zahartowanie w nim silnego wojownika i dalej budowanie ze mną przedsięwzięcia dającego same rozwiązania.
Wybierz teraz, bo gdy następnym razem zapytam: – Co słychać, a ty odpowiesz -  wszystko gra! to pójdziemy razem liczyć krople na pajęczynach, brodzić w kałużach, mrugać do gwiazd, obgadać tysiąc zbyt trudnych dla innych tematów, lub … pomilczymy sobie razem pod drzewem.
I to by było na tyle.
Piotr Kiewra

Ty i ja


- Ty wietrze masz dobrze, o nic się nie musisz martwić, nie masz powodów do smutku, do niepokoju, nie przeżywasz lęków, strachu. Zazdroszczę tobie. Ty nie wiesz jak ciężkie jest moje życie, ile mam problemów, ile ich muszę pokonać każdego dnia, ile zmartwień mnie prześladuje, ile nieszczęść mnie dotyka, jak trudno wytrwać, jak się lękam o jutro, jak dużo we mnie smutku, ile bólu i cierpienia przeżywam. Ty to masz dobrze. – żalił się człowiek.

Odpowiedział mu wiatr:


- Znam twoje niepokoje, twoje smutki, zmartwienia, bóle, cierpienia, nieszczęścia. Często je okazujesz światu. Nie ma dnia, byś się nie żalił, byś nie narzekał, byś kogoś nimi nie obciążał, byś nie wypłakiwał łez, byś komuś nie zazdrościł. Wysłuchuję twoich utyskiwań, twoich żalów, współczuję w twoim bólu, ale chciałbym cię zapytać na jakiej podstawie twierdzisz, że tylko ty masz problemy, że tylko ty masz ciężko, że twój ból i cierpienie są większe niż u innych ludzi, innych istot, niż … moje?
Skąd wiesz co ja czuję?

Czy pomyślałeś kiedyś, że mogę mieć tysiąckrotnie więcej powodów do narzekań niż ty?

A skąd wiesz, że moje cierpienia nie są milion razy bardziej bolesne niż twoje?

Ode mnie jednak nigdy nie usłyszałeś choć jednego słowa żalu, nigdy też nie prosiłem o współczucie, nigdy nie okazałem ci jednej łzy, a powiem ci, iż jest we mnie morze łez.   

Przeżywam twoje smutki, nieszczęścia, cierpienia, lęki oraz wszystkich innych istot, a także pól, łąk, lasów, oceanu, chmur, przeżywam je jak swoje, a gdy mój smutek, moje nieszczęście, cierpienie i lęk tak wzbiorą we mnie, że nie mogę już dłużej tych emocji powstrzymać, staję się wtedy wichurą, burzą, a ulewą wylewam łzy. To jest moja skarga, mój żal, moje oczyszczenie. Po tym przychodzi ukojenie, cisza, przychodzi czas na zabawę.

Powiedz, czy kiedyś obciążyłem cię moim smutkiem, czy położyłem na twych barkach moje ciężary, moje cierpienie, moje nieszczęście? Obdarowałem cię natomiast miłością, przyjaźnią, czy poczułeś tę miłość i tę przyjaźń, czy doceniłeś to?

Dlatego nie zazdrość, nie narzekaj, nie użalaj się, lecz słuchaj, kochaj, bądź przyjacielem.

Postaraj się poczuć co ja czuję.

Zamiast zabiegać o współczucie, o litość, zaglądaj w serca innych istot, bądź współczujący, okaż swoje serce.

To ci sprawi wielką radość, może nawet tak wielką jak moja radość.


Piotr Kiewra

Człowiek, którego nikt nie kochał

- Babciu, gdzie dzisiaj pojedziemy? – zapytała wnuczka.

- Nie wiem, wszystko mi jedno, ty wybierz, jedź tam, gdzie ty chcesz. – odpowiedziała z typową jej w ostatnim czasie, obojętnością.
– Może weźmiemy chlebek i pojedziemy do parku pokarmić kaczuszki? Dobrze babciu? – zaproponowała dziewczyna. 
Znała już dobrze swoją babcię i wiedziała, iż jest to jedno z nielicznych miejsc, gdzie obojętność babci znikała – przynajmniej na chwilkę. Tam wracało do niej życie, wracały jej siły, tam w jej dawno wypłakanych oczach pojawiały się łzy, a wnuczka wyobrażała sobie babcię wstającą ze swojego wózka. Wtedy również z jej oczu spływały kropelki, które szybko ocierała rękawem. Wyobrażała sobie babcię jak podchodzi do swoich ukochanych kaczuszek, jak się koło nich kręci z tak wielką pasją jak kiedyś, z pasją równą tej z jaką jej ukochane ptaki pływają, po kaczemu gadają i kłócą się między sobą. Taką babcię pamięta, bo ta setki razy przyprowadzała ją tu za rączkę jako małą dziewczynkę. Mówiła wtedy: – Zobacz dziecinko, to moje przyjaciółki, moje najlepsze przyjaciółki.

- Dobrze wnusiu, jedźmy do kaczuszek. – odpowiedziała dziewczynie z lekkim ożywieniem.

Kobieta popchnęła wózek dobrze jej znanymi ścieżkami w kierunku miejskiego parku. Zadowolona, że babcia przynajmniej przez chwilkę będzie się cieszyć z obecności wśród swoich przyjaciółek, swoich podopiecznych, które podkarmiała od kilkudziesięciu lat, które zna od wielu pokoleń ich kaczego życia. Tam nad stawem z wielką radością obserwowała babcię, bo zawsze, gdy były wśród tego ruchliwego stadka, jej oczy nabierały blasku, spoglądała z nich całkiem młoda kobieta. Tak samo zmieniała się jej postawa. To wydawało się niemożliwe, ale tak naprawdę było. Wnuczka wiele razy miała wrażenie, że w obecności kaczuszek, babcia zapominała o swoim wieku, o swoim wózku, o całym świecie i po prostu była. Była szczęśliwa. Nieraz spędzały tu po kilka godzin, a starsza pani nie chciała odjeżdżać, choć dawno skończył się chleb. Kaczuszki nie odpływały, ona chyba czuła, że zostają tu specjalnie dla swojej przyjaciółki, że nie przyszły tu z powodu chleba, z powodu głodu, przyszły – podpłynęły tu specjalnie dla niej. Gdy obserwowała babcię, ta była tak podekscytowana, tak wpatrzona w te pełne życia stworzenia, że miała wrażenie, że ta za chwilę będzie się przechadzać z kaczuszkami po brzegu stawu, że weźmie je na wycieczkę po ścieżkach parku i będzie im coś opowiadać, będzie z nimi rozmawiać, tak jak to czyniła wcześniej. Zawsze z nimi rozmawiała i dzisiaj jeszcze rozmawia, niestety teraz z poziomu wózka. Kiedyś pochylała się do nich, kucała, szeptała im swoje tajemnice wprost do ich kaczych uszu. One gromadziły się przy niej jak podróżni przy swojej przewodniczce, jak uczniowie przy swojej nauczycielce, jak dzieci przy swojej mamie.

Kochały ją nie dla chleba, kochały ją bezwarunkowo, przybywały tu specjalnie dla niej. Przy nikim nie gromadziły się tak licznie, przy nikim nie były tak ożywione, tak gadatliwe, przy nikim więcej nie zapominały o chlebie, o świecie. Inni ludzie, którzy przychodzili z kaczymi smakołykami, byli o babcię zazdrośni, bo kaczuszki lgnęły tylko do niej, biegały wokół wózka i nic nie mogło odciągnąć kaczek od babci. Wnuczka, gdy to obserwowała, to wydawało się jej, że widzi królową i cały jej dwór. Z tym, że jej dworzanki i dworzanie bezgranicznie ją kochają, nie kręcą się wokół niej z powodu tego, że to królowa, lecz dlatego, że ją kochają. Tym razem też tak będzie, bo zawsze tak było, wnuczka święcie była o tym przekonana. Bardzo ją to cieszyło. Młoda kobieta cieszyła się radością swojej ukochanej babci.

Zbliżały się szybko do miejskiego stawu. Już z daleka widać było ludzi, którzy dokarmiają kaczuszki, gołębie oraz parę mew próbujących przechwycić w locie rzucane kaczkom kąski.

Na widok wózka i siedzącej w nim staruszki kaczki się ożywiły, powstał niesamowity harmider wśród całego ptasiego towarzystwa i to nie tylko wśród tych najbliższych, tych które zauważyły swoją przyjaciółkę na wózku, ale także na całym stawie. Ze wszystkich kierunków kaczki zaczęły podpływać, a te co bardziej niecierpliwe podfruwać. Przyleciały nawet te z pobliskiej rzeczki, przybiegły te które przechadzały się po parkowych skwerkach. Gdy ktoś na to patrzył, mogło się to wydawać nierealnym, bardzo magicznym wydarzeniem. Tak, przyjazd babci to było dla całego parku wielkie święto. Nie tylko zresztą dla kaczek – również dla wnuczki i dla obserwujących to ludzi. Wnuczka za każdym razem się wzruszała, roniła łzy, gdy to widziała, a i w sercach ludzi pojawiało się przyjemne ciepło, nawet, gdy działo się to w zimniejszej niż teraz porze roku.

To było święto, wielkie święto, dla babci, dla kaczek, dla wnuczki, dla wielu obserwujących to ludzi.

To święto było również wielkie jeszcze dla jednej osoby. Nikt w całym tym hałasie, w tym zamieszaniu go nie zauważył. On stał, przyglądał się temu ze spokojem, w ciszy, a jednak z wielkim poruszeniem w sercu i w nim całym.

Znalazł się tu dzisiaj przypadkowo. Również dla niego było to wiele lat temu ważne miejsce, pozostało zresztą tak samo ważnym miejscem do dziś, miejscem, w którym się zakochał, tak jak w osobie, z którą tu bywał i przyglądał się jak karmi kaczki, jak rozmawia z nimi, jak one do niej lgną, jak ważną jest osobą dla tych rozgadanych, ruchliwych i życzliwych ptaków. Dla niego też była i jest nadal bardzo ważną osobą. Poznał ją od razu, nie mógłby nie poznać, zawsze bowiem patrzył na nią nie oczami, patrzył sercem, więc jakakolwiek by zaszła zmiana w jej wyglądzie, w jej postawie, na jej twarzy, nie mógł jej nie poznać. Stał zauroczony, stał nieruchomy, wyprostowany i bardzo przejęty. Patrzył na to całe zjawisko zapominając o sobie, o wszystkim. Widział swoją miłość, a za nią była cała reszta jego życia, cała reszta świata. Stał bezwiednie, wydawało się, że niczego nie widzi, nie słyszy, po prostu był.

Zauważyła go wnuczka. Ona ze łzami w oczach rozglądała się wokół, nie mogąc zrozumieć co się dzieje, na czym to wszystko polega, skąd w jej babci taka magiczna siła, że całe ptactwo, cały park, wszyscy będący tu ludzie, ona sama, stają się jak zaczarowani. Coś się w nich wszystkich zmienia, przeszywa ich jakaś nieznana energia, rozpala się w nich jakiś gorący płomień! Tego jeszcze nie wiedziała, to była dla niej wielka tajemnica. Obserwowała to zjawisko jakby było snem, czymś co tak naprawdę się nie dzieje, tylko się śni. Kolorowe, żywe, bajeczne, nierealne, magiczne, niezrozumiałe. Rozglądała się szukając odpowiedzi.

- Co się dzieje? Co się dzieje? Kto mi pomoże to zrozumieć, kto mi pomoże? – pytała siebie, bo babcia nic nie mogła jej odpowiedzieć. Pytała jej na czym to polega, ale ona sama nie wiedziała, albo nie potrafiła – nie chciała tego opowiedzieć. Mówiła jej tylko: – Wnusiu, co tu rozumieć? Patrz, słuchaj, czuj i tyle! Bądź w ciszy, bądź uważna, a zrozumiesz … być może … kiedyś. Nie staraj się zrozumieć, to zrozumiesz. Czuj! – tylko tyle jej mówiła.

Brzmiało to tajemniczo, więc cierpliwie czekała na dzień, w którym, może .. może zrozumie, co się dzieje. Bo kogóż by mogła o to zapytać? Kto jej może na to pytanie odpowiedzieć? Ufała, że kiedyś zrozumie, i to zrozumie w tym właśnie miejscu. Rozglądała się więc i tym razem, w nadziei, że to właśnie jest ten dzień. Gdy dostrzegła tego staruszka stojącego w cieniu drzew, stojącego jakby był zaczarowany, jakby był nieobecny, to doznała jakiegoś wewnętrznego wstrząsu, jakiegoś przepływu energii, nieznanej energii, którą poczuła pierwszy raz w życiu. Nadal nic nie rozumiała, ale coś poczuła.

- Tak, ten mężczyzna jest kluczem do tego sekretu. – pomyślała. Tak jej podpowiadało coś gdzieś głęboko w niej samej. Widziała tego starca pierwszy raz. Na pewno był bardzo stary, ale wyglądał dziarsko, był wyprostowany, czuło się jego siłę, jakąś wielką energię, nie tylko w jego ciele, które na pewno wyglądało młodziej niż jego faktyczny wiek, ale przede wszystkim gdzieś wewnątrz jego. Było w nim coś co przykuwało nie tylko wzrok, ale przykuwało zainteresowanie, przyciągało do niego jak magnes. Chyba dlatego go zauważyła, wśród tych wielu ludzi. Czuła jego obecność, nawet gdy odwracała wzrok. Był inny, nie wie na czym polegała ta różnica, ale czuła to.

Podeszła do babci i zapytała wskazując miejsce pod kasztanami: – Babciu, kto to jest? Znasz tego pana? – lecz tam już nikogo nie było. Pana stojącego nieruchomo pod drzewami i przyglądającego się starszej pani na wózku oraz kaczkom już nie było. Babcia natomiast drgnęła. Gdy tylko spojrzała w to miejsce, coś w niej zaświeciło, jakby coś sobie przypomniała, ożywiło ją to jeszcze bardziej niż wcześniej kaczuszki.

- Ach ten strach, ach ten strach! – powiedziała babcia sama do siebie.

- Jaki strach, babciu, jaki strach? – zapytała wnuczka zaniepokojona. – Opowiedz mi o tym! Możesz mi opowiedzieć? Babciu proszę!

Babcia siedziała zamyślona, tak się gdzieś zagłębiła w siebie, że nawet kaczuszki zamilkły. Jakby poczuły, że teraz babcia potrzebuje chwilkę pobyć sama ze sobą, że każdy hałas jej przeszkadza, że ona potrzebuje ciszy. Zrozumiały to w lot. W parku nastała cisza. Tylko gdzieniegdzie, któraś z kaczek, lub któryś z kaczorów się zapomniał i wydał z siebie jakiś dźwięk, ale na krótko i zaraz cichł, skarcony uciszającym spojrzeniem przez resztę zwierząt.

- Strach, moja wnusiu, tak strach. Kiedyś bałam się kochać mojego serdecznego przyjaciela, a on się bał, że ja go nie pokocham. On się bał, że nikt go nigdy nie pokocha, bo nie potrafił kochać nikogo poza mną, a ja się bałam tej miłości, chciałam przyjaźni. On się we mnie zakochał i świata poza mną nie widział. Oboje się baliśmy. Och ten strach, moja dziecinko, ten strach! To tyle. To krótka historia. On był i pozostał dla mnie ważny, ale … ten strach. – powiedziała babcia i zapadła się głęboko w swoim wózku. Na całym stawie panowała nadal cisza, kaczuszki milczały jakby oczekując jeszcze czegoś, jakby wiedziały, że coś się jeszcze zdarzy, że należy milczeć, że nie wolno przeszkadzać, bo to ważna chwila w życiu ich pani, ich królowej.

Obie kobiety patrzyły w ciszy na staw, na kaczki, na samotną wyspę pośrodku stawu. Wnuczka ukradkiem spoglądała też na swoją babcię, czując, że coś się w niej dzieje, że wróciły jakieś wspomnienia, że … i w tym momencie ponownie spojrzała w kierunku pierwszego w szeregu kasztanowca … staruszek stał znowu w tym samym miejscu i … uśmiechał się. Wnuczka pociągnęła babcię za rękaw, lecz ta już tam patrzyła i … uśmiechała się. Oboje patrzyli na siebie w ciszy, z uśmiechem na ustach, z uśmiechem gdzieś w głębi nich.

Nikt nie wie, jak długo patrzyli. Patrzyła na nich wnuczka, patrzyły milczące, ciche kaczuszki, patrzyli inni ludzie. Pewnie patrzyły też stojące w szeregu kasztanowce i wszystko czekało na to co ma się wydarzyć.

- Co ma się zdarzyć? Co się dzieje? – zastanawiała się wnuczka.

… i babcia wstała z wózka. I nagle wszystko ożyło, zaczęły się znowu kacze rozmowy, latanie niecierpliwych gołębi, podniebne akrobacje mew. Zaczęli swoje rozmowy ludzie, poruszyły swoimi gałęziami pełnymi liści i kwiatów kasztanowce. Wszędzie wokół zapanowały uśmiechy, radość. Po prostu przyszła wiosna. Gdzieś dalej, w głębi parku, zakwitły białe bzy i stamtąd dobiegała ich cudna woń.

Wnuczka zrozumiała wreszcie co się dzieje, co się zdarzyło … poczuła to.


Piotr Kiewra

Jesteś tym co jesz, czyli co to jest bioaktywność?

Jesteś tym co jesz. Bez względu na to, czy się z tym zgadzasz, czy nie, jest to prawdą.  Zastanawiam się, jak w związku z tym, mógłbym ci wytłumaczyć jak to jest z tym jedzeniem, od czego zależy to jakie będziesz miał zdrowie, samopoczucie? Które pokarmy są zdrowe dla naszych ciał, a które nam szkodzą?
Mogę ci to wytłumaczyć jedynie poprzez pojęcie bioaktywności. Wszystkie inne sposoby są trudne i zabrałyby mi sporo czasu, a i tak nie przekazałyby całej prawdy.
A więc: Jesteś tym co jesz! Zapamiętaj! Jesteś tym co jesz! Czyli to co zjesz, staje się po przetworzeniu przez twoje ciało, właśnie twoim ciałem. Od jakości tego co jesz, zależy jakość twego ciała. Zgadza się?
A teraz zadam ci pytanie: Twoje ciało jest żywe, zgadza się? Twoje komórki są żywe, zgadza się?
Czy nadal mają być żywe i zdrowe? Tak, nadal takie mają być. Jeśli tak, to jaki pokarm masz jeść, żywy, czy martwy? No tak, wiedziałem, pogubiłeś się.
No i tu się kłania pojęcie bioaktywności.
Wyobraź sobie, że zabijasz koguta. Czy potrafisz po odcięciu mu głowy, sprawić by żył, by biegał znowu po podwórku, budził cię o świcie swym pianiem, oraz czy on nadal mógłby sprawiać by kury znosiły jajka?
No zgadza się, nie potrafisz. Ale twój organizm potrafi z jego mięsa, ale bez twojego dalszego przetwarzania, wykorzystać je do budowy  swoich komórek. Ty nie potrafisz, ale twoje ciało to potrafi. Natomiast jeśli ugotujesz z tego koguta rosół, to już nic ci nie pomoże, twój organizm tego też nie potrafi. Nie może już ożywić jego komórek, by ożywiały, by podtrzymywały twoje życie. Nie potrafi tego. I dlatego powinniśmy spożywać żywe pokarmy (bioaktywne), czyli takie, które nie zostały zniszczone, uśmiercone. Gotując rosół sprawiasz, że białka, enzymy, wszystko co było jeszcze żywe zostało zdegradowane, bezpowrotnie uśmiercone. Białka, enzymy zostają zdenaturowane  w temperaturze powyżej 42 stopni. Później to wszystko co z tego zostało jest już martwe.
Tak samo jest z pokarmem roślinnym. Jeśli zetniesz głowę … kapuście, jest jeszcze żywa. Lecz jeśli ją ugotujesz, usmażysz, przestanie taka być, stanie się martwa. Jej komórki nie będą miały bioaktywnej wartości, raczej będą nam szkodziły niż dawały życie. Jeśli zrobisz z jabłek dżem, z wiśni likier, z winogron wino, a z jajek jajecznicę, to wszystko uśmiercisz, przestanie być bioaktywne i przestanie mieć dla twojego ciała pełną wartość. Owszem dostarczy ci białek, tłuszczów, dostarczy energii, ale nie dostarczy życia, witalnej energii, z której budujesz swoją energię, swoje zdrowie, z której twój organizm czerpie siłę do odbudowy, do samouzdrawiania, do podtrzymania odporności.  Białka, tłuszcze i węglowodany, witaminy, sole mineralne to nie wszystko. Potrzebne są jeszcze pewne żywe, nieuśmiercone przetwarzaniem struktury, które ożywiają, podtrzymują życie, przenoszą życie z jednego istnienia na drugie. Tak to stworzyła natura, i człowiek, póki co, nie jest w stanie tego powtórzyć, naśladować, wyprodukować coś, co byłoby temu bliskie, lub potrafiło to w jakiś sposób zastąpić. Człowiek nie potrafi zrobić, wymyśleć niczego bioaktywnego, czegoś co byłoby żywe, żadnego żywego organizmu, żadnej żywej komórki, żadnej bioaktywnej żywności. Potrafi to zrobić natura. Może to zrobić z nasion, z zapłodnionej komórki jajowej, poprzez pączkowanie, podział, poprzez pewne procesy wegetatywne, ale nie potrafi tego zrobić człowiek na taśmie produkcyjnej, ani w laboratorium.
Jedząc przetworzony pokarm, martwy, nie bioaktywny, jeśli jest to spora część tego co jesz, większość tego co dostarczasz swojemu organizmowi, powoli uśmiercasz swoje komórki, ujmujesz im życia. Ujmujesz i zabierasz zdrowie, komórkom, oraz całemu organizmowi. Im mniej jesz żywej żywności, im mniej bioaktywnych, nie przetworzonych pokarmów, tym większy stwarzasz problem dla swojego organizmu, on ma coraz większe kłopoty, by utrzymać zdrowie, by zachować dobre samopoczucie, by nie cierpieć, by nie chorować, by dłużej żyć.
Wiele chorób, szczególnie tych przewlekłych, przez medycynę uważanych często za nieuleczalne to choroby powstałe z powodu braku witalności, bioaktywności i spowodowanego tym osłabienia odporności, zdolności do samouzdrawiania, do oczyszczania z toksyn, zdolności do harmonizowania pracy całego organizmu. I postępuje to osłabianie z pokolenia na pokolenie. Jeśli odżywiasz się przetworzoną żywnością, to twoje dzieci będą bardziej chorowite niż ty, będą miały alergie, cukrzycę i wiele innych chorób i to znaczne wcześniej niż ty. Poniżej przedstawiam wnioski z badań nad tym problemem.
A więc, skoro nie potrafisz przywracać życia zwierzętom, roślinom, to ich nie uśmiercaj. Nie gotuj, nie smaż, nie grilluj, nie przetwarzaj tak, by ich komórki straciły życie.
Jedz przynajmniej 51% bioaktywnej żywności, jeszcze lepiej, gdzieś w granicach 70-80% a dłużej zachowasz zdrowie, młodość, dobre samopoczucie, rzadziej dopadać cię będą choroby, będziesz bardziej żywy, witalny, kreatywny, radosny.
Pamiętaj! Jesteś tym co jesz!
Te żywe struktury wewnątrz pokarmów, które spożywamy to flawonoidy, karotenoidy, irydoidy, wiele innych, i to o ich obecność trzeba zadbać w naszym jedzeniu, by żyć zdrowo i długo.
Tylko życie może podtrzymać życie, tylko to co żywe może przedłużyć życie. Na dłuższą metę tylko bioaktywny pokarm służy zdrowiu.
Jesteś na tyle bioaktywny, na ile bioaktywnie się odżywiasz.
Jesteś tak żywy, jak bioaktywne jest to, co jesz.
A teraz, na potwierdzenie tego co powiedziałem badania nad tym tematem:

Pożywienie surowe, czy przetworzone? Ciekawe badania

Przekonuję w swoich tekstach do surowego, witariańskiego sposobu odżywiania. Korzystam w tym z własnego życiowego doświadczenia. Od wielu lat podstawą mojego wyżywienia jest surowa, roślinna dieta. Jestem przekonany, że przetwarzanie żywności, np. gotowanie, niszczy ją, pozbawia wartości, co prowadzi do psucia zdrowia ludzi. Ale okazuje się, że nie tylko ludziom taki sposób odżywiana psuje zdrowie i to coraz bardziej, z pokolenia na pokolenie. Robiono doświadczenia w tej sprawie na kotach, oto co zaobserwowano (tekst dostałem od jednego ze znajomych na facebooku, który streścił mi angielskojęzyczne filmy na YouTube):
„Badacz wziął same zdrowe koty i podzielił je na kilka grup:

  • Pierwsza, podstawowa grupa,  jadła tylko surowe mięso z organami i tranem,
  • druga, to samo, ale gotowane.
  • kolejna grupa jadła 1/3 surowego mięsa, a oprócz tego także 2/3 surowego nabiału,  
  • kolejna z grup, które jadły gotowane, dostawały pasteryzowany i słodzony nabiał.
Hodowano je w takich samych warunkach i rozmnażano.
Wnioski:
  • Już w pierwszym pokoleniu były widoczne zmiany w uzębieniu, budowie kości i wielkości. W następnych w alergiach, gorszej koordynacji ruchu, zmniejszeniu puszki mózgowej.
  • 3 pokolenie kotów na pokarmach gotowanych było tak słabe, że nie potrafiło urodzić żywych dzieci.
  • Surowa grupa z nabiałem nie odstępowała w zdrowiu od surowej, czysto mięsnej.
  • Najgorsze zdrowiemiała grupa ze słodzonym, pasteryzowanym mlekiem.
  • Co ciekawe, degeneracje w grupie z gotowanym mięsem pogłębiały się z pokolenia na pokolenie.
  • Później badacz odwrócił doświadczenie i karmił trzecie pokolenie hodowane na pokarmach gotowanych, mięsem surowym.
  • Aż 4 pokolenia zajął pełny powrót do zdrowia kotów.
Co ciekawe, później wykonali inne doświadczenia i hodowali rośliny na kocich odchodach.
  • Okazało się, że zdrowie roślin było wprost proporcjonalne do zdrowia grup kotów na których odchodach wyrosły.
  • Badania te zostały skorelowane z badaniami Westona Price,a, który doszedł do podobnych wniosków w swoich badaniach na społeczeństwach ludzkich.”
A teraz dla niedowiarków mam propozycję:
  • Pójdź do zoo i zorientuj się czym są karmione lwy, małpy, i inne zwierzęta tam eksponowane
  • Spróbuj karmić krowę ugotowana trawą, zaobserwuj jakie będzie miała zdrowie
  • Czym się różni dzikie ptactwo od tego domowego, np., gęsi, kaczki, jeśli chodzi o tuszę, zdrowie
  • Spróbuj karmić krowie oseski krowim, pasteryzowanym mlekiem. Jak myślisz jak długo pożyją? Sprawdź, czy rolnicy w ten sposób karmią swoje zwierzęta. Dlaczego tego nie robią?
Piotr Kiewra