niedziela, 10 listopada 2019

Samo przyszło, samo odchodzi


Moja dawna koleżanka ze szkoły, która czyta moje teksty na blogu, zaprosiła mnie do siebie, by opowiedzieć o wielkich zmianach w swoim życiu. Siedliśmy w ogrodzie, pod rozłożystą jabłonią, z której, co chwilę spadały dojrzewające papierówki. Jedna czy dwie, spadły też na nasze głowy.
Gdy zaczęła swą opowieść, nawiązała do owych jabłek. 
- Takim dojrzałym jabłkiem rozbijającym się o moją głowę, dzięki, któremu obudziłam się z drzemki trwającej prawie całe moje życie, było kilka słów, które wypowiedziałam do mojej przyjaciółki: „Samo przyszło, samo odejdzie”. 
Później, już w domu, gdy położyłam się zmęczona dniem, do łożka i w półśnie wspomniałam moją z przyjaciółką rozmowę i nagle … zerwałam się, usiadłam w pościeli i powiedziałam sama do siebie: o Boże!
Zdałam sobie sprawę z całej mojej hipokryzji, z okłamywania samej siebie, z mojej własnej głupoty. Przez całe życie, no może od czasu, gdy skończyła się moja młodość, podchowałam dzieci, skarżyłam się. Skarżyłam się na mój los, nieszczęśliwe małżeństwo, pełne udręki, ciężkie życie. Zadręczałam moje zaufane przyjaciółki narzekaniem na zdrowie, na ludzi wokół, na otaczające nas zło. Narzekałam na pogodę, na moje dzieci, które nie odwdzięczają się dzisiaj za mój macierzyński trud, za moją matczyną miłość. W szczególności często płakałam gdzieś w chwilach samotności, nad losem mojego syna, że mimo tylu moich rad, matczynej opiekuńczości, nie wyrósł na takiego, o jakiego zabiegałam, o co się troszczyłam. Narzekałam na moją długowieczną, prawie stuletnią mamę, że marudzi, że nadal mnie poucza, a ja … a ja przecież wiem lepiej.  
Moje przyjaciółki mnie pocieszały, mówiły: - Poczekaj! Nie smuć się, nie płacz. Wszystko się jakoś ułoży, będzie dobrze. Gdy zdarzyło się z kolei narzekać innej, to ja z kolei je wspierałam słowem, mówiłam: „Patrz na mnie, wcale nie mam lepiej.” W takich chwilach naprawdę byłam mądra. Doradzałam. Mówiłam, zrób to, albo nie rób tamtego. No … - chwila ciszy. Moja znajoma, westchnęła, gdy kolejne jabłko spadło jej na kark. Wyglądało to tak jakby specjalnie ją uderzyło, by mówiła całą prawdę i tylko prawdę, hihi. Bo czułem, znałem ją przecież z naszych wcześiejszych rozmów. Po chwili, jakby rozumiejąc, co jabłko jej chciało powiedzieć, kontynuowała: 
- No … no, przyznam ci się szczerze, w takiej roli występowałam w tym cyrku zwanym życiem, znacznie częściej. 
Natomiast ta z przyjaciółek, ta mi najbliższa, której wyznawałam te moje najskrytsze tajemnice, a która nigdy się nie skarżyła, nigdy nie narzekała, zaś wysłuchiwała mnie cierpliwie, czasem uroniła łzę, czasem przytuliła, lecz nie pocieszała. Od czasu, do czasu jedynie, gdy zanosiłam się od płaczu, gdy szlochałam, ryczałam jak mała dziewczynka, której zabrano najukochańszą lalkę tuż przed snem, mówiła: „Smutek, jak przyszedł, tak odejdzie. Ból jak się pojawił tak zniknie, a nieszczęście z nieszczęściem tańcują w jednej parze, raz widzisz jednej spódnicę, a po chwili drugiego portki. Takie jest życie. Wszystko ma swój początek i koniec. Co przyszło, odejdzie.” 
I tak było przez wiele lat. 
 I jakichś parę miesięcy temu, gdy odwiedziłam tę moją bratnią duszę, była zapłakana. Odbyłyśmy rozmowę zakraszaną co chwilę łzami. Zdałam sobie sprawę, co było zresztą cały czas widoczne jak na dłoni, że tak naprawdę to ona przez całe życie miała kłopoty, to ona miała powody, by narzekać, by się martwić, by płakać. Lecz wybrała śmiech, wybrała pogodę ducha, wybrała akceptację życia takim, jakie jest, zaakceptowała ludzi takimi jakimi są. 
Dzisiaj zdarzyło się jednak pierwszy raz, chciała się po prostu wygadać, wypłakać, bo zdarzyło się … umarł jej ktoś bardzo bliski. 
I wtedy, wtedy to właśnie wypowiedziałam te słowa: - „Niestety, moja droga, wszystko ma swoje narodziny, a w konsekwencji i śmierć. Wszystko, co przychodzi, odchodzi. Prędzej, czy później, ale tak musi być.”  
I później w łożku, było to: Mój Boże! Zdałam sobie sprawę, że chciałam dać swojej przyjaciółce to, czego nie miałam. Nie było przecież we mnie współczucia, miłości, mądrości. Tak. Zdałam sobie sprawę, że nie było nigdy, bo gdyby były, nie byłabym nieszczęśliwa, nie narzekałabym, nie zrzucałabym odpowiedzialności na innych. Tak, nie byłam też mądra. Mądry człowiek nigdy nie zadręcza innych swoim bólem, który przecież u niego odchodzi jak i przyszedł. Mądry człowiek nie pociesza, nie porównuje, nie doradza. No tak, mądry człowiek nie doradza, jedynie stwarza sytuację, dzięki, której nadchodzi zrozumienie. I zrozumiałam, że moja przyjaciółka wykorzystała to właśnie, by przy okazji pomóc uzdrowić się mi samej. 
To jest prawdziwa miłość, to jest prawdziwe współczucie, to jest prawdziwa mądrość. Tak, to prawdziwa mądrość, by przekazać coś bardzo głębokiego, nie używając nawet jednego słowa. 
Zrozumiałam swoją nieatentyczność, hipokryzję, swoją słabość, swoją głupotę. I stało się coś bardzo dziwnego. Poczułam jak jakieś kamienie spadają mi z serca. Nagle świat stał się inny. Niby ten sam, a jednak inaczej – prawdziwie widziany. Zobaczyłam wtedy, że smutek jest falą. Tak, jest taką falą, jak na morzu. Przypływa i odpływa. Cierpienie też jest falą i ból jest falą, i nieszczęście jest falą, i śmierć jest falą … Wszystko nimi jest. 
I zobaczyłam też, że smutek ma swój fartuszek, swoją zasłonkę, ma swoją inną twarz, drugie oblicze – radość. I cierpienie też ma swoją drugą stronę, swoją drugą połówkę. I wszystko inne tak ma. I dlatego od tej pory widzę te fale, widzę ten taniec, w którym przeciwności tańczą przed moimi oczami. Ja coraz częściej też biorę udział w tym tańcu, cieszę się nim. 
Zaakceptowałam. Nic wielkiego więcej nie zrobiłam. Zaakceptowałam te obie twarze wszystkiego. I co się okazało, że fartuszki, zasłony, te pierwsze brzydsze oblicza nie są prawdziwe, one są tylko chmurami na niebie, które zasłaniają to, co prawdziwe. Niebo jest prawdziwe. Ono nie przychodzi i nie odchodzi, chmury natomiast płyną, fale też płyną. Czyli to, co przychodzi i odchodzi nie jest prawdziwe. 
Dzisiaj moje życie nazwałabyym akceptacją, bo nic więcej się nie zmieniło. 
Akceptacja jest po prostu zrozumieniem tego, co prawdziwe, tego, co nie przychodzi i nie odchodzi, tego, co jest. 
Człowiek też ma swoje zasłonki, drugie oblicza. Pod nimi zawsze jest jednak prawda. I dlatego każdy człowiek jest piękny, czasem tylko przyobleka się w brzydki fartuszek. Dzisiaj już te zasłonki mnie nie zmylą. Widzę to, co jest w głębi. 
Co się w moim zyciu zmieniło dzięki akceptacji? Otóż odeszło to wszystko, co przyszło. Odeszła moja otyłość, jakieś 40 kilogramów. Czyli nie była ona moją prawdą. Odeszły moje choroby, odszedł mój ból, cierpienie. To wszystko przyszło razem z moim lękiem, z moim strachem, z moimi myślami. To wszystko było jak fale, jak chmury, jak mgła. Mój problem polegał na tym, że ja zatrzymywałam to, co nieprawdziwe przy sobie, chroniłam to, chwaliłam się tym, karmiłam się. Więc to wszystko usiadło na moich oczach, na moim sercu, stało się moim snem. Obrosłam tłuszczem jak mgłą, jak chmurami. Obrosłam smutkiem. I z tym się obnosiłam po świecie, jakby to było coś wielkiego, boskiego, jakby to była wartość. To nie mogło być prawdziwe, skoro odeszło.
Dlaczego o tym ci mówię? By się inni dowiedzieli, że mają tak samo. Nie chcę innym doradzać, co mają zrobić. Może mój przykład pomoże im zrozumieć. Mówię, bo być może inni nie mają tak mądrych przyjaciółek jak moja, która potrafi powiedzieć wiele, nie mówiąc nic. To rzadka umiejętność. 
No tak. Wszystko przychodzi i odchodzi. Wszystko, oprócz tego, co prawdziwe. – i zamilkła.
Przez następną godzinkę, lub dłużej siedzieliśmy bez słowa, obserwując spadające jabłka, a później poprzez liście wielkiej, rozłożystej jabłoni, zachodzące słońce. Ono tylko pozornie odchodziło. Ono jest zawsze, bo jest prawdziwe. 

Wysłuchał: Piotr Kiewra

2 komentarze:

Twoje komentarze są moderowane.