Pewnej grudniowej niedzieli, ze trzydzieści lat temu, byłem w
połowie swojego treningowego półmaratonu. Biegłem wśród lasów i jezior, by nad
jednym z tych jezior, gdzieś w ustronnym miejscu, wejść do wody i zażyć zimowej
kąpieli.

Od słowa do słowa, poznałem jedną z najbardziej inspirujących
historii, jakie słyszałem.
- Parę lat wcześniej,
miałem trzeci zawał. Lekarze powiedzieli, że czwartego już się nie przeżywa. Po
tylu operacjach, na kręgosłup, i na serce, i jeszcze licho wie, na co, po tylu
wagonach leków, tylu wizytach u lekarzy i w szpitalach, okazało się, że jestem
nieuleczalnie chory. Wyznaczyli mi datę śmierci, a jako alternatywę dali drugi
worek leków. Drugi, bo wcześniej przepisali już jeden i grzecznie się trzymałem
ich wskazówek, ich wyroków, strachu, który we mnie zasiewali. Owszem rzuciłem
palenie, ale poza tym, nie dali mi nic odnośnie mojego stylu życia. Może coś o
jedzeniu, ale nie bardzo rozumiałem, o co im chodzi, może coś o stresie, ale
nie bardzo wiedziałem, co mam z nim zrobić. Więc, w sumie, poza tym drugim
workiem leków, nic się nie zmieniło, a ja czułem, że coś jest nie tak.
Poczułem
się zagoniony w kozi róg przez śmierć. Poznałem już jej chłód na karku, bałem
się, bo chodziła za mną krok w krok i w każdej chwili mogła mnie dopaść. Tak
mnie ten jej uścisk złapał, że aż ciężko mi było oddychać.
Byłem w
matni. Nie mogłem się podnieść, nic mi się nie chciało robić, szukać żadnej
pomocy, o nic pytać. Jedyne, co czułem, to to, że jestem skończony.
Kołatały mi
po głowie słowa lekarzy, owa „nieuleczalność”. Wtedy zapytałem sam siebie,
skoro mój przypadek jest nieuleczalny, bo mam cukrzycę, rozjechany kręgosłup,
inne stawy, nadal zapchane cholesterolem serce - miażdżycę i jeszcze parę
innych nieuleczalnych rzeczy, to, po co mi ten drugi worek leków?
Wyrzuciłem
go na śmietnik, siadłem na rower i pojechałem umierać do lasu. Bo tu gdzie
byłem, dla mnie był już cmentarz, a tam był spokój, który znałem z chłopięcych
lat. I tam nikt nie mógł widzieć mojej beznadziejnie smutnej twarzy i wyrażających
przegraną, oczu.
Tam, ze
skraju lasu, na małej polance obserwowałem sarnę, jak sobie skubie trawkę.
Byłem w szoku, nie było przy niej … tłumu lekarzy, nie ciągnęła za sobą worka
leków.W jej ruchach, w jej zgrabnej, dzikiej sylwetce kipiało zdrowie, pełnia
życia, a mnie goniła śmierć.
Jednak im
dłużej na nią patrzyłem, tym jaśniej coś zacząłem widzieć. Gdy dołączyły do
niej jeszcze jej koleżanki, zrozumiałem: lekarze w ogóle nie zajmowali się mną,
oni niańczyli jedynie moje choroby.
Sarny żyją
sobie tu spokojnie bez stresu, w letniej gorączce i lutowym zimnie, żrą sobie
trawkę i korę, nikt im nie doradza, co mają jeść, a czego nie, nikt się nie
zajmuje ich chorobami. U mnie i u nas ludzi, wszystko jest na odwrót. Wtedy, w
tym właśnie momencie, postanowiłem, że wszystko u mnie ma, od teraz, być na
odwrót.
Niech się stanie, co się ma stać, ale od teraz moimi terapeutkami mają
być sarny. Nie mam nic do stracenia, śmierć i tak już mnie trzyma, więc teraz,
przynajmniej na chwilkę, stanę się dziki.
Jechałem z
powrotem do domu, już po zachodzie słońca, pełen śmiechu. Aż rżałem ze śmiechu,
ledwo mogłem utrzymać kierownicę. Po prostu stałem się dziki, co oznaczało, że
teraz wszystko będzie na odwrót.
Następnego
ranka, po nieprzespanej nocy, w czasie, której planowałem swoją dzikość, oddałem
na złom swój samochód.To był pierwszy krok.
Od tej pory
wszystkie następne były na pieszo i rowerem. Nawet, jeśli miałem przemieścić
się gdzieś o 100 km, to siadałem na rower.
Nie jadłem
przez tydzień, chodziłem, pedałowałem i zastanawiałem, jak mogę się stać
jeszcze bardziej dziki. Pojechałem, więc znowu na polankę i tam obserwowałem
sarny i w jakiejś kałuży ptaki, jak się kąpały w świeżej burzówce.
Od tej pory
jadłem tylko owoce i warzywa, orzechy i surowe jajka. Nic nie smażyłem i nie
gotowałem. Od czasu do czasu, raz na parę dni, urządzałem sobie głodówkę. I
codziennie jechałem 30 km w jedną stronę, nad jezioro, by sobie popływać.
Przestałem
odwiedzać lekarzy, badać swoje serce, poziom cholesterolu i cukru.
Tak mijały
miesiące. Nie powstrzymała mnie zima, deszcze, wiatry – jak dzikość, to
dzikość.

Pewnego
dnia, po kilku latach, by się jeszcze bardziej uśmiać, poszedłem do lekarzy, by
się przebadać, by zobaczyć, czym objawia się dzikość. Lekarze byli w szoku –
biologicznie byłem kilkunastoletnim chłopcem. Gdy się zapytali, jaką kurację
leczniczą podjąłem z tak wspaniałym skutkiem, przyznałem się, że mam nowego
lekarza i że mieszka w lesie. Obrazili się śmiertelnie, ale „pal ich sześć”,
jestem dziki, więc mogę sobie pozwolić na dzikość również w słowach.
I tak to
jest do dzisiaj. Pływam, jeżdżę rowerem, maszeruję, jem jak dzikus. Robię
wszystko na odwrót.To wszystko.
Na koniec, powiedziałem mu, że też jestem tak dziki jak on,
że też robię wszystko na odwrót i też mnie to cieszy.
Od tej rozmowy minęło już ponad trzydzieści lat. Od czasu do
czasu widuję go na rowerze. Ma już dobrze po osiemdziesiątce i nadal jest
dziki. Pewnie nadal lekarze są na niego obrażeni, ale on się ciągle śmieje: i z
siebie, i z nich.
Fajnie jest być dzikim.
Piotr Kiewra
Cudna opowieść
OdpowiedzUsuńznalazłam, przeczytałam ;-)
OdpowiedzUsuń